Rozdział 14 / Jake1994

publixo.com 6 godzin temu

Miller rzuciła na zawalone papierami biurko wydruk z monitoringu ogrodu. Rozpikselowana postać Franka Hegry, siedząca na kamiennym murku, wyglądała w tym cyfrowym ziarnie przerażająco spokojnie.
— Spójrz na niego, Adam — mruknęła, opierając się o blat. — Godzina 20:27. Według protokołu operatora, na 911 zadzwonił prawie pół godziny wcześniej. Przez ten cały czas siedział w ogrodzie ze telefonem, podczas gdy Kat stygła na górze w sypialni. Barnes powie w sądzie, iż jego klient był w szoku. Że zamarł z przerażenia.
— W szoku nie odpisuje się na maile, Miller — odparłem, przesuwając palcem po chropowatym papierze wydruku. — On sprawdzał, czy wszystko poszło zgodnie z planem. Co z tą skrytką? Sue twierdziła, iż Kat się bała i coś tam ukryła.
— Sue wiedziała, iż Kat miała haka na Franka. Ale kiedy ty i Owens weszliście do domu tamtej nocy, w skrytce były tylko stare rachunki za materiały budowlane sprzed dekady. Owens uznał to za śmieci i zamknął temat.
— Bo Owens chciał, żebyśmy tak myśleli — skontrowałem. — Albo Frank naprawdę nie wiedział, co tam jest, i ta niewiedza rozrywała mu łeb.
Wstałem, czując znajome, tępe rwanie pod żebrami. Miller wbiła wzrok w bilingi, porównując cyfry ze zdjęciem z ogrodu.
— Patrz na te godziny — mruknęła, kręcąc głową. — Dokładnie 20:00: połączenie z linią alarmową. „Przyjedźcie szybko, moja żona nie żyje, wszędzie jest krew”. Głos mu drżał, brzmiał, jakby miał zaraz zemdleć. A tutaj? — stuknęła paznokciem w kadr z 20:27. — Prawie pół godziny później Frank siedzi na murku, noga założona na nogę, wzrok wlepiony w ekran. W głębi kadru widać już łunę od pierwszych kogutów, a on even nie drgnie. Ani jednej łzy, ani śladu potu na koszuli. To nie jest facet, który przed chwilą znalazł ciało żony. To jest człowiek, który wysyła raport z wykonania zadania.
Zamknąłem teczkę z trzaskiem.
— Barnes mu to wyprasuje przed prokuratorem, jeżeli nie udowodnimy, co dokładnie robił wtedy na tym telefonie. Myśleli, iż dwa miesiące w szpitalu wyczyściły mi pamięć, ale ja doskonale pamiętam wzrok Franka, kiedy pokazałem mu tę skrytkę. Udawał zaskoczonego, ale jego oczy szukały tylko jednego: potwierdzenia, czy papiery zniknęły. choćby Barnes ze swoimi milionami nie zaklei ust wszystkim sąsiadom na Wzgórzach. Co powiesz na wycieczkę?
Miller zerknęła niepewnie w stronę drzwi archiwum, jakby słyszała kroki na korytarzu.
— Adam, jeżeli zrobimy jeden błąd, Barnes rozjedzie nas przed komisją dyscyplinarną. Rodriguez tylko na to czeka.
— To słuchaj uważnie, bo to twarda lekcja — powiedziałem, kierując się w stronę wyjścia ewakuacyjnego, żeby minąć główny hol. — Barnes chce, żebyśmy panikowali. Chce, żebyśmy weszli na teren Hegry z butami, bez nakazu, żeby mógł krzyczeć w mediach o nękaniu. My zrobimy to inaczej. Odwiedzimy sąsiadów jako starzy znajomi, którzy tylko „uzupełniają urzędowe notatki”. Twoim zadaniem jest sprawić, żeby poczuli się ważniejsi od Franka. Bogaci ludzie uwielbiają protekcjonalny ton.
Pół godziny później zatrzymałem Forda pod numerem 1406. Dom pani Gable. Starsza kobieta czekała na ganku, trzymając na rękach śnieżnobiałego maltańczyka. Miller wysiadła pierwsza, ja wysiadłem wolniej, opierając się o rozgrzaną maskę samochodu.
— Pani Gable — zaczęła Miller, przybierając ten swój profesjonalny, ciepły ton. — Chcieliśmy tylko doprecyzować jeden szczegół z tego, co widziała pani tamtej nocy. Godzina 19:40.
— Nic. Pusto — odpowiedziała pani Gable, miarowo głaszcząc psa. — Tylko ta niebieskawa poświata z ich ogrodu, jak zawsze, gdy nikogo nie ma w domu. Franka nie było do wpół do ósmej. Wjechał na podjazd, a jakieś dwadzieścia siedem minut później usłyszałam pierwsze syreny. Dokładnie wtedy widziałam go znowu w ogrodzie. Siedział na tym murku z telefonem w ręku, choćby gdy pierwsi policjanci zaczęli wbiegać do domu.
Przeszliśmy pod numer 1410. Dom Hendersona. Tym razem pozwoliłem działać Miller, obserwując z boku, jak radzi sobie z bogatym, znudzonym facetem w markowym dresie. Henderson tylko powtórzył wersję sąsiadki.
— Widziałem SUV-a Franka jakoś za kwadrans ósma. Pomachał mi ręką zza szyby. Prawie pół godziny później zobaczyłem niebieskie koguty odbijające się od ściany mojej sypialni.
Wróciliśmy do Forda. Miller rzuciła notes na deskę rozdzielczą z głuchym stukotem.
— Wszystko się zgadza, Adam. Sąsiedzi potwierdzają godziny, monitoring z ulicy go widzi. Alibi jest czyste.
— Pasuje zbyt idealnie, żeby było prawdziwe — odparłem, odpalając silnik. — Mamy martwą kobietę na piętrze i męża, który pół godziny po zgłoszeniu morderstwa siedzi sobie w ogrodzie i spokojnie klika w telefon, całkowicie ignorując syreny pod własnym domem. On na coś czekał, Miller.
Nagle głośne, metaliczne trzeszczenie radia przerwało ciszę w kabinie.
— 7-Adam-15, zgłoś się. Polecenie z Wydziału Spraw Wewnętrznych. Detektyw Harrison ma natychmtast stawić się na komendzie. Pokój 402.
Spójrzeliśmy na siebie z Miller. WSW nie wysyłało komunikatów na ogólnym kanale bez powodu. Chcieli, żeby wszyscy słyszeli.
W pokoju 402 panował nieznośny, duszny zaduch. Porucznik Lynch z WSW siedził sztywno przy metalowym stole, zapięty pod samą szyję. W ciemnym rogu pomieszczenia, z założonymi rękami, stał Arthur Cooper – nasz przedstawiciel ze związku zawodowego. Jego obecność oznaczała tylko jedno: oficjalne kłopoty.
Lynch bez słowa nacisnął ciężki przycisk starego dyktafonu. Taśma ruszyła z cichym szumem.
— Detektyw Adam Julian Harrison. Numer odznaki siedem-cztery-dwa. Przesłuchanie kontrolne.
Lynch otworzył grubą, szarą teczkę, choćby na mnie nie patrząc.
— Pańskim szkoleniowcem i partnerem był zmarły funkcjonariusz Mark Sheppard. Sheppard nie żyje, a drugi prowadzący, funkcjonariusz Owens, zniknął z czynnej służby. Czy podtrzymuje pan swoje wcześniejsze twierdzenia, iż zdarzenia w porcie San Pedro miały podłoże korupcyjne wewnątrz wydziału?
— Tak — odpowiedziałem krótko, starając się ignorować pulsowanie w boku. — Mark miał informatora, faceta nazwiskiem Spooner. To on przekazał Sheppardowi dowody na to, iż transporty na Terminal Island są celowo przepuszczane przez straż portową bez żadnych kontroli. Owens uciekł, bo wiedział, iż Spooner zaczął sypać. Strzelanina na pirsie miała na celu fizyczną likwidację Shepparda i przejęcie tych dowodów.
Lynch nacisnął klawisz stop. W małym pokoju przesłuchań zapadła cisza, przerywana tylko szumem starego klimatyzatora. Spojrzał na mnie znad okularów, a w jego oczach nie było wrogości. Było tam coś gorszego – absolutna obojętność.
— Harrison, spójrzmy na to bez emocji — powiedział cicho, opierając przedramiona o stół. — Sheppard nie żyje, Owens zniknął, a ty spędziłeś dwa miesiące pod respiratorem. Oficjalna wersja, która idzie do prokuratury, to nieudana akcja operacyjna, w której profesjonalizmowi twojego partnera puściły nerwy. Ty oferujesz mi spisek, korupcję na pirsach i mitycznego informatora, na którego nie ma ani jednego zapisu v dzienniku sekcji. Dla mnie to nie są tropy. To są pobożne życzenia faceta, który nie potrafi pogodzić się z tym, iż jego mentor spieprzył sprawę i dał się zabić.
Przesunął w moją stronę dokument w foliowej koszulce.
— To jest wniosek o zawieszenie dostępu do systemów. Dopóki nie dostanę raportu z sekcji zwłok Shepparda i pełnej ekspertyzy balistycznej z portu, jesteś odsunięty od wszystkiego, co z nim związane. Nie zbliżasz się do Terminal Island i nie dotykasz jego starych spraw. Chronię czystość tego postępowania, Harrison. jeżeli zaczniesz grzebać przy tym na własną rękę, sam dostarczysz mi dowodów na swoją niesubordynację. Zrozumiano?
Lynch bez czekania na odpowiedź ponownie wcisnął nagrywanie.
— Przesłuchanie zakończono o godzinie piętnastej trzydzieści.
Arthur Cooper natychmiast wyszedł z pokoju, już wyciągając telefon z kieszeni. Wiedziałem, jak to działa. Wiadomość o tym, iż Harrison jest całkowicie odcięty i ma glejt na odstrzał od WSW, rozejdzie się po komendzie w ciągu pięciu minut.
Wyszedłem z komendy. Powietrze w San Pedro pachniało dzisiaj wyjątkowo ciężko — wilgocią, spalinami i nadchodzącą burzą. Gdzieś tam, w tym labiryncie pirsów i kontenerów, ukrywał się Spooner. Musiałem go odnaleźć, zanim Owens zorientuje się, iż wróciłem do gry i postanowi dokończyć to, co zaczął na Terminal Island.
Ciężki, gęsty deszcz bębnił o dach Forda, kiedy wyjechaliśmy z policyjnego parkingu. W zamkniętej kabinie śmierdziało zimną kawą z papierowych kubków i mokrym asfaltem parującym z ulicy. Miller siedziała sztywno na miejscu pasażera, oświetlona jedynie bladozielonym blaskiem deski rozdzielczej. Nie patrzyłem na nią. Mój wzrok błądził po lusterkach wstecznych, skanując samochody wyjeżdżające z garażu komendy. Szukałem nieoznakowanego sedana WSW. Lynch nie wyglądał na faceta, który rzuca ostrzeżenia na wiatr — jeżeli dał mi zakaz, na pewno chciał sprawdzić, czy go złamię.
— Te stare rachunki budowlane ze skrytki, Miller — rzuciłem krótko, nie zdejmując nogi z gazu. — Owens uznał je za śmieci i zamknął temat, bo sprawa Kat od początku była prowadzona na kolanie. Ale Kat trzymała je w ukryciu przed mężem. Skoro są sprzed dekady, to znaczy, iż Frank zaczął budować swoje imperium na jakimś poważnym przekręcie finansowym już wtedy. Sprawdź firmy, które wystawiły te faktury. Kto nimi kierował, gdzie szły przelewy. To nie jest robota dla wydziału zabójstw, to czysta księgowość. jeżeli znajdziesz tam cokolwiek lewego, mamy punkt zaczepienia do sprawy Hegry, którego Rodriguez nie będzie mogła zignorować.
Miller potaknęła w milczeniu. Nie zadawała pytań o to, co zrobimy jutro, ani jak zamierzam ominąć zakaz Lyncha z WSW. Zaczynała rozumieć, gdzie jest jej miejsce w tej hierarchii.
— A ty, Adam? — spytała cicho, patrząc na wycieraczki miarowo tnące ścianę wody na szybie.
— Ja mam swoją robotę — odparłem, skręcając w stronę gorszej części dzielnicy portowej. — Spooner nie będzie czekał, aż Wewnętrzni zapukają do jego drzwi. jeżeli jeszcze żyje, to znaczy, iż siedzi głęboko w szczelinie, o której wszyscy zapomnieli.
Zatrzymałem wóz przy krawężniku, niedaleko migającego, neonowego znaku stacji metra.
— Wysiadaj tutaj. Masz zakaz od Rodriguez, więc nie chcę cię widzieć w promieniu mili od doków. Jak coś wygrzebiesz w papierach Franka, wiesz, jak mnie szukać. Tylko nie przez policyjne pasmo.
Miller wysiadła bez słowa, naciągając głęboko kaptur na głowę. Zatrzasnęła drzwi i po sekundzie zniknęła w gęstym tłumie zmęczonych ludzi wracających z wieczornej szychty w dokach. Zostałem sam z szumem deszczu.
Zatrzymałem Forda trzy przecznice dalej, na tyłach starej kantyny „The Hook”. To miejsce było totalnym ściekiem. Zbierali się tu ci, których port wypluł i przeżuł dekadę temu — zniszczeni dokerzy, emerytowani marynarze i ludzkie strzępy, które żyły z tego, co spadło z przeładowywanych kontenerów. jeżeli Spooner miał jakikolwiek, choćby najwątlejszy kontakt ze światem żywych, to ta buda była jedynym łącznikiem.
Wchodziłem do środka, kuląc się w kurtce. Zapach stęchłego tytoniu, potu i najtańszej whiskey uderzył we mnie niczym fizyczna pięść, wykręcając żołądek. Wnętrze było ciemne, rozświetlone tylko paroma żółtymi żarówkami wiszącymi nad zniszczonymi boksami.
Podchodziłem wolno do baru, starając się nie utykać. Barman, stary, potężny facet z głęboką, poszarpaną blizną przecinającą brodę, metodycznie wycierał brudną szmatą i tak lepiący się blat. choćby nie podniósł wzroku, gdy przed nim stanąłem.
— Szukam kogoś, kto znał Marka Shepparda — powiedziałem cicho, kładąc dłoń na blacie i chowając pod palcami stuzdolarowy banknot.
Szmata barmana zatrzymała się na moment. Facet nie spojrzał na mnie, tylko na moją dłoń. Przetarł blat jeszcze raz, szerokim ruchem zgarniając banknot prosto pod ladę.
— Nic nie wiem o Sheppardzie — mruknął pod nosem, wciąż gapiąc się na lepiące się drewno. — But jeżeli szukasz tego szczura, co się z nim kręcił, sprawdź stary dok numer cztery. Ktoś tam od dwóch dni szabruje kutry w nocy. Spieprzaj stąd, zanim skończę wycierać.
Odwrócił się do mnie plecami, tłukąc szkłem o zlew.
Wyszedłem na zewnątrz, naciągając kołnierz. Deszcz wciąż siekł moją twarz, ale w tym lodowatym powietrzu San Pedro miałem już pierwszy, konkretny punkt zaczepienia. Dok numer cztery. Sektor małych przedsiębiorców, prywatne pirsy i warsztaty. Idealna szczelina, żeby zniknąć.
Spojrzałem na zegarek. Wiedziałem, iż przede mną długie godziny czekania w mroku i deszczu, a pójście tam samemu, bez przygotowania, to proszenie się o kulkę od Owensa. Musiałem zebrać myśli i ułożyć plan.
Podszedłem do automatu telefonicznego na rogu ulicy i wrzuciłem monetę. Wykręciłem prywatny numer Miller. Odebrała po drugim sygnale.
— Zostaw te faktury na chwilę — powiedziałem, przekrzykując szum ulewy. — Przyjedź do „Patsy’s” przy nabrzeżu. Tego obok starej chłodni. Mamy ślad. Musimy pogadać.
Dwadzieścia minut później pchnąłem ciężkie drzwi lokalu. W „Patsy’s” panował półmrok, pachniało smażoną rybą, frytkami i mocną, lekko przypaloną kawą. Za wielkimi oknami szalała ulewa, a po burtach cumujących niedaleko łodzi spływały potoki brudnej wody. Miller już tam była. Siedziła w rogu, w boksie z wysłużonego, czerwonego skaju, ściskając w dłoniach gruby kubek. Przed nią leżał talerz z nietkniętym obiadem.
Opadłem na siedzenie naprzeciwko niej, czując, jak ciepło lokalu powoli rozgrzewa mój zdrętwiały bok i obolałe żebra. Kelnerka bez słowa postawiła przede mną głęboki talerz parującego gulaszu i drugi kubek czarnej sieki.
— Jesteś pewien, iż to tam? — spytała zniżonym głosem Miller, przysuwając się bliżej stołu i bacznie mi się przyglądając.
— Dok numer cztery — odpowiedziałem, nabierając porcję jedzenia. Musiałem wrzucić coś w żołądek, zanim stracę siły. — Stary pirs rybacki. Owens szuka go na dużych terminalach kontenerowych, bo sam myśli kategoriami wielkich transportów. WSW sprawdza oficjalne meliny. A Spooner wrócił na własne śmieci, tam, gdzie nikt nie pyta o dokumenty.
Oparłem łokcie o blat, patrząc jej prosto w oczy.
Idź do oryginalnego materiału