Zapłacili za dom, zostali z niczym. Poszkodowanych może być więcej

1 dzień temu

Miał być wymarzony dom w Polsce, a jest rozbiórka, stracone pieniądze i walka o sprawiedliwość. Pani Sandra i pan Tyron zapłacili firmie budowlanej prawie 220 tys. zł, ale zamiast domu dostali wadliwą konstrukcję i niedokończoną budowę. To nie jedyni poszkodowani przez tę firmę. Materiał "Interwencji".

Interwencja
"Interwencja". Wzięli pieniądze i nie dokończyli zlecenia

Pani Sandra i jej mąż Tyron postanowili osiedlić się na stałe w Polsce. Spełnieniem ich marzeń miało być wybudowanie domu w spokojnej okolicy niedaleko Chodzieży w województwie wielkopolskim.

- Jestem DJ-em i producentem muzycznym, grałem dużo koncertów w Polsce. To fajny kraj, macie dużo zieleni. Dlatego zdecydowaliśmy się z żoną przyjechać do Polski i wybudować dom – opowiada Tyron Dixon.

- Pierwszy sygnał, iż coś może być nie tak, odebrałam, jak prosiłam o zdjęcia materiałów, które już zakupiliśmy, np. okien i nic do nas nie docierało – mówi Sandra Węgrzyn.

Zapłacili za nowy dom. Kontakt z firmą się urwał

- zwykle nic nie przychodziło, czasami mniejsze elementy, żeby mógł powiedzieć, iż coś wysłał. Zawsze był zainteresowany następnymi pieniędzmi, które powinniśmy mu wysłać. Po jakimiś czasie zorientowałem się, iż coś jest nie tak – dodaje Tyron Dixon.

Po wpłaceniu przez małżeństwo prawie 220 000 tysięcy zł firma nie dość, iż prac nie dokończyła, to zniknął jej przedstawiciel.

ZOBACZ: Tragiczny finał policyjnej interwencji w Warszawie. Nie żyje 37-latek

- Termin zakończenia prac zgodnie z umową był na 28 i 29 stycznia 2025 roku. Potem ten termin zaczął się przesuwać, wyszły wady konstrukcyjne budynku, okazało się, iż nie ma projektu konstrukcyjnego, na podstawie którego powinno być to wybudowane i dom poszedł do rozbiórki. Prace zatrzymały się na etapie postawienia połowy płyty fundamentowej i części ścian wewnętrznych – tłumaczy Sandra Węgrzyn.

- Jak się okazuje, poszkodowanych jest więcej niż tylko moi klienci, przesłuchiwani są świadkowie w całej Polsce – dodaje Sylwia Jóźwik, pełnomocnik inwestorów.

Klienci z całej Polski oszukani. "Na papierze firma przez cały czas jest"

Próbujemy odszukać Bartosza Sz. Bezskutecznie. Nie zastajemy go w jego siedzibie, nie można również się z nim skontaktować telefonicznie.

- Działalność nie jest zamknięta, nie jest też postawiona w stan upadłości, teoretycznie na papierze firma przez cały czas jest – wskazuje Sandra Węgrzyn.

- Rozmowy z panem Bartoszem były prowadzone również przy udziale jego mamy, która jest prawnikiem w Wielkopolsce, były one choćby prowadzone przez kilka miesięcy, bo pojawiło się światełko i nadzieja, iż one przeniosą efekt. Okazały się one jednak kolejna próbą przedłużenia w czasie konieczności egzekwowania na etapie sadowym – mówi Sylwia Jóźwik.

ZOBACZ: Zawrzało po nagraniach z policyjnej interwencji w Anglii. Aresztowani Polacy

Poszkodowana przez tę samą firmę Bartosza Sz. z Poznania jest pani Adrianna z okolic Stargardu w województwie zachodniopomorskim. Budowa jej domu zakończyła się na etapie wylania fundamentów.

- W moim przypadku udało się zrealizować płytę fundamentową, co miało być początkiem prac budowlanych. Przy czym połowa transz została przekazana wykonawcy na poczet robót. Otrzymał ode mnie 165 tysięcy zł – informuje Adrianna Hierowska.

Przywłaszczono niemal milion złotych. Firmy nie dokończyły prac na budowie

Kolejną poszkodowaną klientką jest Kamila Łojewska, która budowę domu w okolicach Koła w Wielkopolsce zakończyła korzystając już z innych wykonawców. Po współpracy z firmą Bartosza Sz. zostały jej tylko straty finansowe.

- Firmie zapłaciłam 360 tysięcy. Oni nie dokończyli prac, więc nadpłaciłam do tego, co nie było zrobione 50-60 tysięcy zł, powielając prace, które nie zostały zrobione. Musiałam zapłacić też za drewno, w sumie wyszło tak w granicach 100 tysięcy – wylicza straty pani Kamila.

Płatności następowały w transzach, które miały być przelewane po kolejno zakończonych pracach.

ZOBACZ: Sąsiad zagrodził drogę do domu seniorki. Karetka nie mogła dojechać

- Płatności były jednak ponaglane przez pana Bartosza. Na zasadzie: jadą okna, przelewaj 50 tysięcy, już jadą ściany, przelej kolejne 50. Ogólnie rozmowy były też sporadyczne, bo generalnie nie odbierał telefonów, tak samo drugi wspólnik. Zawsze mnie informował, iż do jedenastej się do niego nie dzwoni, bo on śpi – dodaje pani Kamila.

Ostatecznie udaje nam się skontaktować z Bartoszem Sz. Chcemy dowiedzieć się, kiedy odda poszkodowanym klientom pieniądze.

- Ja sam jestem poszkodowany przez wspólnika. Proszę wysłać mailem pytania, skontaktuję się z moim prawnikiem – mówi.

- Tych osób poszkodowanych jest kilka, a choćby kilkanaście, co zmniejsza możliwość odzyskania tych pieniędzy, bo globalnie ta kwota będzie równia milionowi albo więcej – podejrzewa Sylwia Jóźwik, pełnomocnik pani Sandry i pana Tyrona.

WIDEO: 12-latek sprzedawał lemoniadę. Strażniczki zaskoczyły po donosie
Idź do oryginalnego materiału