Niedzielny tata. Opowiadanie. — Gdzie jest moja córka? — powtórzyła Olesia, czując, jak zęby szczękają jej ze strachu albo z zimna. Zostawiła Zosię na urodzinach, w sali zabaw w galerii handlowej. Rodziców solenizantki znała tylko z widzenia, ale zostawiła córkę spokojnie – nie pierwszy raz na takim dziecięcym przyjęciu, to był standard. Tylko dziś się spóźniła – autobus długo nie przyjeżdżał. Galeria była w trudnym miejscu, wszyscy zwykle podjeżdżali autem, ale Olesia auta nie miała. Więc zawiozła Zosię autobusem, wróciła do domu – była umówiona na lekcje, nie wolno było odwołać – a potem znów jechała po córkę. Spóźniła się raptem kwadrans – biegła po oblodzonym parkingu, aż się zgrzała. A teraz mama solenizantki, niska dziewczyna z niebieskimi okrągłymi oczami, patrzyła na Olesię z zaskoczeniem i powtarzała: — Przecież ojciec ją odebrał. Ale Zosia nie miała ojca. No, adekwatnie miał go, ale nigdy go nie widziała. Z Andrzejem Olesia poznała się przypadkowo – spacer z koleżanką po bulwarze, koleżanka skręciła nogę, chłopaki pomogli… I jak w polskich komediach, udawali, iż studiują na UW, a ojcowie to tu generał, tam profesor. Po co to robili, trudno powiedzieć – byli młodzi i niemądrzy. Gdy Olesia zaszła w ciążę i Andrzej dowiedział się, iż jest studentką pedagogiki, a jej tata jeździ autobusem, wręczył pieniądze na aborcję i zniknął. Olesia aborcji nie zrobiła i nigdy nie żałowała – Zosia była jej powierniczką, o nieracjonalnie dojrzałym charakterze. Zawsze miały siebie, a gdy Olesia prowadziła lekcje, Zosia cicho bawiła się lalkami, a potem razem gotowały mleczny zupę czy jajko po wiedeńsku, piły herbatę z ciasteczkami i masłem. Pieniędzy nie było wiele, wszystko szło na czynsz za mieszkanie, ale żadna z nich nigdy nie narzekała. — Jak mogliście oddać moją córkę obcemu?! Głos Olesi drżał, a łzy napływały do oczu. — Ale jak obcemu? — irytowała się niebieskooka kobieta. — Przecież to ojciec! Olesia mogłaby jej powiedzieć, iż ojca nie ma, ale to nic nie da. Trzeba było biec do ochrony i prosić o nagrania… — Kiedy to było? — Z dziesięć minut temu… Olesia rzuciła się biegiem. Ile razy powtarzała Zosi – nie odchodź z obcymi! Nogi ze strachu ledwie ją niosły, w oczach jej się mąciło – kilka razy wpadła na kogoś, ale choćby nie przeprosiła, byle dalej. Na wyczucie krzyknęła: — Zosia! Zosiu! Na food courcie było gwarnie, większość nie zwróciła uwagi na jej wołanie, ale kilka osób się obejrzało. Olesia łapała gwałtownie oddech i próbowała zdecydować – gdzie iść najpierw? Może on jej nie zabrał, może… — Mamusiu! Z początku nie wierzyła własnym oczom. Jej córka w rozpiętej kurtce, buzia w lodach, biegła do niej. Wtuliła się w dziewczynkę tak, jakby miała odpaść od ziemi, gdyby ją puściła – a może tak właśnie było — i spojrzała intensywnie na mężczyznę. Przystojny, krótkie włosy, w śmiesznym swetrze ze śnieżynkiem i lodem w ręku. Widać, odczytał w jej oczach to, co Olesia miała mu powiedzieć, bo zaczął tłumaczyć: — Przepraszam, to moja wina! Powinienem czekać na miejscu, ale chciałem załatwić te dzieciaki! Wie pani, dokuczali Zosi, mówili, iż nie ma taty, iż jej tata nigdy nie przyjdzie, bo jest brzydka! To pomyślałem, iż pokażę im — podszedłem, mówię: córciu, zanim przyjedzie mama, chodźmy na lody. Nie sądziłem, iż pani się przestraszy… Olesię trzęsło. Nie zamierzała wierzyć obcemu. Ale czy rzeczywiście dokuczali Zosi? Spojrzała córce w oczy, a ta natychmiast zrozumiała pytanie. Pociągnęła nosem, zadartym podbródkiem. — No i co z tego! Teraz też mam tatę! Mężczyzna rozłożył ręce bezradnie, Olesia wciąż nie mogła wydusić słowa. — Idziemy – w końcu wyszeptała. – Późno już, na autobus się nie spóźnimy. — Poczekajcie! — zrobił krok naprzód, niepewnie pomachał ręką. — Może was podwiozę? No skoro tak się stało… Proszę się nie martwić, nie jestem żadnym maniakiem! Nazywam się Artur. Jestem dobry! choćby moja mama siedzi tam — może potwierdzić! Pokazał kobietę w fiołkowych lokach siedzącą przy stoliku, oczy utkwione w książce. — jeżeli chce pani, zaprowadzimy się do niej, ona poleci mnie najlepiej! — Nie wątpię — syknęła Olesia, której nie przeszła jeszcze ochota, by przywalić nieznajomemu. — Dzięki, ale same sobie poradzimy! — Mamo… – Zosia pociągnęła za rękaw jej kurtki. — Niech oni zobaczą, iż tata nas odwiózł! Przed salą zabaw wciąż stała jubilatka z mamą i jeszcze jedna dziewczynka, imienia jej Olesia nie pamiętała. W oczach córki było tyle prośby, a iść po lodzie w tym stanie byłoby trudno. Olesia postanowiła. — Dobrze — rzuciła. — Super! Zaraz, tylko dam znać mamie! „Maminsynek” – zgryźliwie zanotowała Olesia. W tej chwili kobieta z fioletowymi włosami pomachała jej serdecznie, Olesia gwałtownie odwróciła wzrok. Ależ głupia sytuacja! Po drodze starała się nie patrzeć Arturowi w oczy, ale nie mogła nie zauważyć, jak delikatny był w rozmowie z Zosią. Ta śpiewała jak skowronek, nie do poznania – Olesia nigdy jej takiej nie widziała. Ale gdy zatrzymali się pod blokiem, Zosia posmutniała. — Już nigdy się nie spotkamy? — spytała cicho Artura, spoglądając na matkę. Olesia poczuła jego spojrzenie, wiedziała, iż pyta o zgodę. Miała już powiedzieć – Zosiu, nie wypada — ale patrząc na jej rozczarowaną twarz, nie potrafiła. Spojrzała Arturowi w oczy, kiwnęła głową. — jeżeli tylko mama pozwoli, mogę zaprosić cię w weekend do kina na bajkę. Byłaś kiedyś w kinie? — Naprawdę? Nie, nigdy! Mamo, czy mogę pójść z tatą do kina? Olesia poczuła się niezręcznie, więc to ona zaczęła się tłumaczyć: — Dobrze, Zosiu, pozwolę, ale pod dwoma warunkami. Po pierwsze — musisz wiedzieć, iż nazywanie obcego człowieka tatą jest niekulturalne, mów mu „pan Artur”, rozumiesz? Po drugie — na bajkę idę z wami, bo co ci powtarzam? Nie wolno chodzić z obcymi, choćby miłymi! — Ja też jej to tłumaczyłem – wtrącił Artur. — Że nie wolno chodzić — podkreślił. — To mogę już? — Powiedziałam – tak. — Hura!!! Olesia wiedziała, iż powinna to wszystko przerwać w zarodku, ale nie mogła. Nie miała nikogo na tym świecie oprócz Zosi. Żeby tylko mogła się z kimś poradzić! Na przykład z mamą. Olesia ledwo ją pamiętała — mama zginęła, gdy Olesia miała pięć lat, tyle, ile Zosia teraz. Chłopiec wpadł pod lód, nikt nie odważył się go ratować, ona się odważyła. I chłopca wyciągnęła, ale sama… Sama złapała zapalenie i zmarła w tydzień – miała cukrzycę, zdrowia nie było. U Zosi też była cukrzyca, przez to Olesia bardzo się martwiła — to przecież jej geny. Do następnego weekendu Olesia wiele przemyślała, ale niepotrzebnie się martwiła – wszystko przebiegło nie tak, jak wyobrażała — Artur przyprowadził do kina swoją mamę. — Żeby pani nie myślała, iż coś knuję — niech mama mnie zareklamuje — zaśmiał się. — A właśnie, iż knujesz — powiedziała jego mama z taką dumą w głosie, iż od razu widać było, iż syn jest jej oczkiem w głowie. Gdy Artur prowadził Zosię do popcornu, jego mama rzeczywiście go „zareklamowała”. — Wiesz… możemy mówić sobie po imieniu? On też wychowywał się bez ojca. Cztery razy byłam zamężna, ostatni mąż był idealny! Artur cały do niego podobny. Ale los postanowił inaczej — nie zdążył wziąć syna na ręce. Zawał. Rodziłam wcześniej, nie wiem, jak przeżyłam. Oczywiście, pierwsi mężowie pomagali… Dziwnie patrzysz? Z pierwszym przez cały czas świetne stosunki, drugi okazał się nie z tych, co trzeba, a trzeci — zbyt kochał kobiety, jednej mu było mało. Starali się zastąpić Arturowi ojca, ale ojciec to ojciec. Dlatego tak się przejął Zosią — jego też dzieciaki wyśmiewały w szkole. Ileż to razy chodziłam do nauczycieli! Nic nie pomagało! Co on nie robił, zakłady głupie, byle udowodnić chłopakom, raz prawie zginął… Co tu mówić — kobieta była fascynująca. Niska, szczupła, fiołkowe włosy, garnitur od Vistuli i kryminał w rękach. Olesi bardzo przypadła do gustu. — Nie obawiaj się, nic złego nie knuje, po prostu ma dobre serce — tu kobieta puściła oko. — A z tobą to chyba też mu się podoba. Olesia się zarumieniła. Tego jej brakowało! Czuła, iż lepiej nie zaczynać, ale żal jej było Zosi… Po filmie podała Arturowi pieniądze za bilety, ale ten odmówił. — jeżeli zapraszam dziewczynę do kina, to płacę za wszystko! Olesi to się nie podobało — była przyzwyczajona do niezależności. Co do tego, iż mu się podoba — brednie, tak się nie zdarza. Gdy Artur odwoził ich do domu, Zosia spytała: — Tato, gdzie pójdziemy następnym razem? — Zosia! — zganiła Olesia. Dziewczynka śmiesznie zakryła usta dłonią. — Możemy pójść do Muzeum Przyrody — jak ci się podoba? — Super! Mamo, idziemy? — Idźcie sami — odparła szorstko Olesia. — Weźcie ze sobą panią Katarzynę, mówiła, iż uwielbia motyle. Pierwsza wyszła z auta, chcąc jak najszybciej skończyć to wszystko. Kątem ucha usłyszała, jak Artur mówi do Zosi: — Gdy mama nie słyszy, możesz mówić do mnie „tato”. Tak to Zosia dostała niedzielnego tatę. Czasami Olesia chodziła z nimi, czasem zostawiała córkę pod opieką matki Artura. Wciąż uważała Artura za kogoś obcego i podejrzanego, choć Zosia z zachwytem opowiadała, jaki jest wesoły i ciekawy. Olesia sama zaczynała się tym zarażać, ale nie pozwalała sobie na uczucia — w życiu nie ma nagłych zwrotów akcji, nie ma „księcia na białym koniu”. A mama Artura chwaliła syna tak, iż Olesia zastanawiała się — co z nim jest nie tak? Czy taka kobieta swatałaby syna zwykłej dziewczynie? Ale powoli serce Olesi miękło. Artur robił to z taką delikatnością — tu zostawił czekoladkę, tam pytał, czy może dokądś zabrać Zosię, a w aucie łapał jej spojrzenie. Ale najbardziej lubiła panią Katarzynę — była cudowną rozmówczynią! Gdyby Artur nie był jej synem, to właśnie z nią Olesia radziłaby się w sprawach sercowych. Pewnego dnia zadzwonił i zaczął coś o kinie. Zosia natychmiast się pojawiła — szeptem spytała: — To Artur? Usiadła zadowolona obok. — Tak, Zosia się ucieszy — jak zawsze odpowiedziała. — Poczekaj… Dzwonię po Zosię, ale i po panią. No, w sensie, żebyśmy poszli razem. We dwoje. I wtedy odezwała się pani Katarzyna: — Wreszcie! — Mamo, przestań podsłuchiwać! O, Olesia, przepraszam… Zawsze ma ucho nastawione. Zosia szepnęła: — On zaprosił cię do kina? Olesia zaśmiała się. — Ja też mam ucho! Słuchaj, Artur… Ja… — Proszę, tylko nie odmawiaj! Daj mi jeden szansę, obiecuję być rycerzem! — O oczach, Artur, powiedz o oczach — nie dawała spokoju pani Katarzyna. — Powiedz, co mówiłeś o oczach jej mamy… Jakby ktoś wylał na Olesię zimną wodę. Nic nie rozumiała — co z mamą? Artur coś krzyknął do matki, a potem rzekł: — Olesiu, zaraz przyjadę i wszystko ci wyjaśnię. Mogę? Wyjaśnienia bardzo się jej przydały… Chodziła z kąta w kąt, aż przyjechał Artur, a Zosia, jakby wyczuła, siadła do rysowania. — Powinienem był od razu ci powiedzieć — zaczął Artur. — I chciałem, ale tak bardzo mi się spodobałaś… Nie chciałem, żebyś myślała, iż robię to dla mamy. Swojej mamy, to znaczy. A bałem się, iż mnie znienawidzisz. Przez to, co zrobiłem — przez mnie ona zginęła… Mówił chaotycznie, przeskakiwał z tematu na temat, patrzył błagalnym wzrokiem. Olesię trzęsło, jak wtedy, gdy myślała, iż Zosia zaginęła. — Wybaczysz mi? Olesia nie powiedziała nic przez cały monolog, z trudem wydusiła: — Muszę to przemyśleć. — Mamo, no, wybacz tacie… Artur spojrzał znacząco na Zosię, przypominając ich układ. I znów patrzył na Olesię. Ona powtórzyła: — Potrzebuję czasu. Muszę to przemyśleć, rozumiesz? Chciała zadać mu milion pytań, ale nie mogła nic z siebie wydusić. Ale gdy zadzwoniła pani Katarzyna, wszystko potoczyło się inaczej — od niej Olesia dowiedziała się wszystkiego. — On nie wiedział, iż ona zginęła — oszczędzałam mu psychikę. Potem przypadkiem powiedziałam, a Artur postanowił was odnaleźć. Tego wieczoru chciał się przedstawić i pomóc, ale najpierw z Zosią tak wyszło, potem z tobą… Zakochał się od pierwszego wejrzenia! Bał się, iż go źle zrozumiesz. Nie obwiniaj go — to Artur chciał udowodnić chłopakom, iż jest mężczyzną, choćby bez ojca. Wszyscy bali się wejść na lód, a on wszedł i… Pani Katarzyna nie naciskała, ale broniła syna. Zosia za to naciskała i to jak! — Mamo, on przecież jest dobry! I kocha cię, sam mówił! Może być moim tatą, prawdziwym, rozumiesz? Olesia rozumiała. Ale czy to było… w porządku? Minął prawie miesiąc, a Olesia wciąż nie mogła z nim porozmawiać. Nie odbierała, nie czytała wiadomości. Im dłużej zwlekała, tym bardziej chciała zadzwonić. Ale tym trudniej było to zrobić. Zosia obudziła ją w nocy — płakała, mówiła, iż boli ją brzuszek. Już wieczorem się skarżyła, Olesia uznała, iż to przez kiepski kefir. Teraz Zosia była rozpalona — nie trzeba było mierzyć temperatury. Trzęsącymi się dłońmi wybrała numer pogotowia, potem — nie wiadomo czemu — Artura. Przybiegł razem z karetką. W spodniach dresowych, zaspany, rozczochrany. Pojechał z nimi do szpitala, uspokajał, obiecywał, iż wszystko dobrze się skończy. Sam miał drżący głos. — Zapalenie otrzewnej — to nie takie straszne, — powtarzał. — Będzie dobrze! Olesia sama złapała go za rękę — czy by go uspokoić, czy siebie. W poczekalni było chłodno, oboje nie wzięli nic ciepłego, siedzieli blisko, ogrzewając się nawzajem. Pierwszy rzucił się do lekarza, pytał o przebieg operacji. Olesia siedziała, bała się ruszyć. jeżeli z Zosią coś się stanie, nie przeżyje tego. Ale wszystko było dobrze. Lekarze zrobili wszystko najlepiej, Zosia też — dzielnie walczyła, choć sytuacja była krytyczna. — Jakby dobry anioł nad nią czuwał — powiedział lekarz, a Olesia szepnęła: dziękuję, mamo! Artur długo dziękował lekarzowi, a ten kazał im wracać do domu — do Zosi i tak nie wolno, jest w reanimacji, a rodzice powinni odpocząć. Podwiózł ją pod blok, Olesia oczekiwała, iż poprosi, by wejść, ale milczał. Wtedy powiedziała: — Już świta. Chcesz wejść? Zaparzę kawę. Zdała sobie sprawę, iż naprawdę tego chciała — żeby wszedł. I żeby został. Na zawsze. Zosia wracała do zdrowia zaskakująco gwałtownie — wszyscy lekarze i pielęgniarki to zauważyli. — Bo mam i mamę, i tatę — tłumaczyła. A nikt poza Olesią i Arturem nie rozumiał, czemu dziewczynka jest z tego taka szczęśliwa…

6 godzin temu

Gdzie jest moja córka? powtarzałam, czując, jak zęby mi szczękają, nie wiem, czy bardziej ze strachu czy chłodu.

Milę zostawiłam na urodzinach, w pokoju zabaw w centrum handlowym. Rodziców solenizantki znałam tylko z widzenia, ale bez stresu zostawiłam tam córkę nie pierwszy raz, to przecież normalne na takich imprezach. Tym razem jednak spóźniłam się autobus długo nie przyjeżdżał. Centrum handlowe wybudowali na końcu miasta, wszyscy jeżdżą tu samochodami, ale ja auta nie mam. Pojechałam więc z Milą autobusem, wróciłam na chwilę do domu prowadziłam lekcje, nie mogłam ich przełożyć, potem ruszyłam po córkę. Spóźniłam się może z piętnaście minut, pędziłam przez oblodzony parking, aż bolały mi płuca. Teraz mama solenizantki, drobna kobieta o niebieskich oczach, patrzyła na mnie ze zdziwieniem i powtarzała:

Przecież jej tata ją odebrał.

Ale Mila nie miała taty. Oczywiście, biologicznie miała, ale nigdy go nie widziała.

Z Janem poznałam się przypadkiem spacerowałam z koleżanką nad Wisłą, ona skręciła nogę, a dwóch chłopców podeszło, żeby pomóc. Jak w starym filmie, opowiedzieli, iż studiują na Uniwersytecie Warszawskim, iż jeden tata jest generałem, drugi profesorem. Po co to było? Głupie młode żarty. Kiedy zaszłam w ciążę i Jan dowiedział się, iż uczę się w pedagogicznej szkole, a mój tata jeździ autobusem, wcisnął mi pieniądze na aborcję 300 złotych i zniknął.

Aborcji nie zrobiłam i ani razu tego nie żałowałam. Mila od pierwszych dni była moją towarzyszką mądrą, rozważną, lojalną. Zawsze było nam razem wesoło. Gdy prowadziłam lekcje, ona cichutko bawiła się lalkami, później wspólnie gotowałyśmy zupę mleczną albo jajka w koszulce, piłyśmy herbatę z ciastkiem posmarowanym masłem. Pieniędzy nie było za dużo wszystko szło na czynsz ale nie narzekałyśmy.

Jak mogliście oddać moją córkę obcej osobie?!

Głos mi się załamał, łzy napływały do oczu.

Jak obcej? obruszyła się niebieskooka kobieta. Przecież to jej ojciec!

Mogłam jej tłumaczyć, iż żaden ojciec nigdy nie odebrał Mili, ale co z tego? Musiałam biec do ochrony, prosić o nagrania z kamer

Kiedy to było?

Tak z dziesięć minut temu

Odwróciłam się i pobiegłam. Ile razy przestrzegałam Milę nie odchodź z nikim obcym! Nogami prawie nie mogłam trafić w ziemię, wszystko rozmazywało się przed oczami, kilka razy potrąciłam kogoś, choćby nie przeprosiłam tylko pędziłam dalej. Instynktownie krzyknęłam:

Mila! Milaaa!

W wielkiej strefie gastronomicznej było głośno, większość nie zwróciła uwagi, jedynie parę osób obejrzało się. Dysząc, próbowałam zdecydować gdzie najpierw biec? Może ją jeszcze nie odprowadził, może

Mamo!

Przez sekundę nie wierzyłam oczom. Moja córka w otwartej kurteczce, z buzią umorusaną lodami, biegła w moją stronę. Złapałam ją tak mocno, jakbym miała paść, jeżeli ją puszczę może rzeczywiście bym padła i wbiłam wzrok w mężczyznę. Schludny, krótko obcięty, głupi sweter ze śnieżynką, w ręku lody. Chyba wyczytał, co zamierzam mu powiedzieć, bo zaczął mówić:

Proszę mi wybaczyć! Powinienem poczekać tu, ale tak mnie wkurzyły te urwisy! Droczyli się z Milą, mówili, iż nie ma taty, iż nikt po nią nie przyjdzie, bo jest brzydka Chciałem im pokazać, przytuliłem ją i powiedziałem: córeczko, poczekamy na mamę, chodź kupimy lody. Przepraszam, nie sądziłem, iż pani tak się wystraszy

Cała się trzęsłam. Nie zamierzałam wierzyć obcemu facetowi. Ale czy naprawdę dzieci dokuczały Mili? Spojrzałam jej w oczy, zrozumiała mój niemy pytanie. Parsknęła nosem, podniosła brodę.

Wiesz co? Teraz też mam tatę!

Mężczyzna nieporadnie rozłożył ramiona, ja wciąż nie umiałam wykrztusić słowa.

Chodźmy już wymamrotałam. Późno, na autobus się spóźnimy.

Zaczekajcie! Mężczyzna podszedł bliżej, niepewnie machnął ręką. Może was podwiozę? Tak się potoczyło Proszę się nie bać, jestem normalny! Nazywam się Marcin. Moja mama tu siedzi, może potwierdzić!

Pokazał kobietę z fiołkowymi lokami przy stoliku, która czytała książkę.

jeżeli chce pani, podejdziemy, udzieli mi referencji!

Nie wątpię wycedziłam, przy czym wciąż miałam ochotę strzelić mu w głowę. Dziękujemy, do domu wrócimy same.

Mamo Mila szarpała mnie za rękaw. Niech widzą, iż tata nas podwozi!

Przy pokoju zabaw stały jeszcze solenizantka z mamą i jakaś dziewczynka, której imienia nie pamiętałam. W oczach Mili zobaczyłam błaganie, a po takiej lodowicy daleko byłoby trudno. Zdecydowałam się.

No dobrze mruknęłam.

Super! Sekunda, tylko uprzedzę mamę!

Maminsynek, pomyślałam z ironią. Jego mama z uśmiechem pomachała ręką, gwałtownie odwróciłam wzrok. Sytuacja idiotyczna!

W samochodzie starałam się nie patrzeć Marcina w oczy, ale nie mogłam nie zauważyć, jak delikatnie rozmawia z Milą. A ona śpiewała, jak skowronek, nie do zatrzymania nie taka ją znałam. Ale gdy wysiedliśmy przed bloku, Mila posmutniała.

Już się nie zobaczymy? cicho spytała, spoglądając na matkę.

Zobaczyłam, iż Marcin patrzy na mnie jakby czekał na zgodę. Chciałam już powiedzieć: Mila, nie wypada Ale, gdy zobaczyłam jej minę, nie potrafiłam. Spojrzałam na Marcina, skinęłam głową.

jeżeli mama pozwoli, mogę zaprosić cię w weekend do kina na bajkę. Byłaś kiedyś w kinie?

Naprawdę? Nigdy! Mamo, mogę iść z tatą do kina?

Ogarnęło mnie dziwne uczucie, więc sama zaczęłam mówić szybko, by uciszyć emocje.

Mila, zgodzę się, ale pod dwoma warunkami. Po pierwsze nie wolno mówić do obcych tato, nazwij go pan Marcin, rozumiesz? Po drugie na bajkę idę z wami. Co zawsze ci powtarzam? Nigdzie nie wychodzi się z obcymi, choćby jeżeli wydają się mili!

Ja też jej o tym powiedziałem wtrącił Marcin. O tym, iż nie wolno iść.

Więc mogę?

Przecież powiedziałam tak.

Hurra!!!

Rozumiałam, iż powinnam uciąć te niedorzeczności od razu, ale nie mogłam. Nie miałam nikogo poza Milą. Gdyby tylko była osoba, z którą mogłabym się naradzić! Na przykład moja mama. Pamiętam ją niewyraźnie zginęła, gdy miałam pięć lat, tyle co Mila teraz. Chłopak wpadł pod lód, nikt nie odważył się go ratować, mama się zdecydowała. Dziecko uratowała, ale sama Złapała zapalenie płuc, zmarła w tydzień miała cukrzycę, osłabiony organizm. Mila też ma cukrzycę, o co bardzo się obwiniam te geny ode mnie.

Przez cały tydzień myślałam i się zamartwiałam, ale niepotrzebnie w kinie Marcin przyprowadził swoją mamę.

Żebyś nie myślała, iż jestem dziwakiem! uśmiechnął się.

Oj, jesteś rzuciła jego mama z takim błyskiem w oku, iż widać jak bardzo swojego syna wielbi.

I rzeczywiście, gdy Marcin z Milą kupował popcorn, jego mama wyznała mi wszystko.

Przestawmy się na ty. On też dorastał bez ojca. Byłam cztery razy mężatką, ostatni mąż był ideałem! Marcin cały w niego. Ale tak chciał los zmarł zanim zdążył potrzymać małego na rękach. Zawał. Urodziłam przed terminem, sama nie wiem, jak przetrwałam. Pierwsi mężowie pomagali A co tak patrzysz? Z każdym mam dobry kontakt pierwszy do dzisiaj mnie kocha, drugi, cóż… woli panów, trzeci za bardzo lubił kobiety. Próbowali być ojcem Marcinowi, ale To nie to. Dlatego tak przejął się Milą, jemu też dokuczano w szkole. Ile razy szłam do nauczycieli nic nie działało. Głupich rzeczy się podejmował, żeby udowodnić chłopakom, raz omal nie zginął

Kobieta była fascynująca niewysoka, szczupła, fiołkowe włosy, kostium Chanel, Doncowę czytała. Polubiłam ją od razu.

Nic złego nie knuje, ma dobre serce puszcza oko. Wydaje mi się, iż ty też mu się podobasz.

Oblałam się rumieńcem. Tego tylko brakowało Czułam, powinnam się wycofać, ale dla Mili Tak szkoda mi jej było.

Po filmie chciałam dać Marcinowi pieniądze za bilety, ale odmówił.

Zapraszam dziewczyny, płacę, i już!

To również mnie zaniepokoiło nie lubię zależeć od innych. A iż się mu podobam bzdura.

Kiedy dowiózł nas do domu, Mila zapytała:

Tata, a gdzie pójdziemy następnym razem?

Mila! upomniałam ją.

Zabawkowo zakryła usta dłonią.

Może do Muzeum Zoologicznego? Lubisz motyle?

Świetnie! Mamo, pójdziesz?

Idźcie beze mnie odparłam sucho. Weźcie panią Annę, ona kocha motyle.

Pierwsza wyszłam z auta chciałam to wszystko zakończyć. I kątem ucha usłyszałam Marcina, który mówił do Mili:

Gdy mama nie słyszy, możesz mówić tata.

Tak Mila zyskała niedzielnego tatę. Czasem chodziłam z nimi, czasem puszczałam ją samą, jeżeli była z Anną ciągle uważałam Marcina za obcego i podejrzanego, chociaż Mila zawsze opowiadała, jaki jest zabawny i fajny. Trochę się tym zaraziłam, ale nie pozwalałam uczuciom rosnąć. Nie ma czegoś takiego, żeby książę na białym koniu pojawił się ot tak. choćby jego matka zawsze go promowała, zaczęłam podejrzewać co jest nie tak? Czy taka kobieta swatałaby swego syna zwykłej nauczycielce?

Z biegiem tygodni moje serce miękło. Marcin był bardzo delikatny zostawiał mi czekoladkę na półce w przedpokoju, zawsze pytał, czy może zabrać Milę gdzieś, łapał mój wzrok w lusterku. Ale najbardziej polubiłam Annę była świetną rozmówczynią! Gdyby nie syn, mogłabym z nią radzić się o wszystkim.

Raz Marcin zadzwonił, zaczął mówić coś o kinie. Mila natychmiast przybiegła i zapytała szeptem:

To Marcin?

Potem usiadła obok, szczęśliwa.

Tak, Mila będzie zadowolona odparłam automatycznie.

Ale ja zapraszam ciebie. Żebyśmy poszli razem. Tylko we dwoje.

W tle odezwał się głos Anny:

No nareszcie!

Mamo, nie podsłuchuj! Ojej, przepraszam Ola Przepraszam. Zawsze ma ucho przy telefonie.

W tym momencie Mila znowu szeptem:

Zaprosił cię do kina?

Zaśmiałam się.

Tutaj też mam uszy. Marcin, ja

Tylko nie odmawiaj, proszę! Daj mi szansę, obiecuję być rycerzem!

Powiedz jej o oczach! podsuwała Anna. Powiedz to, co powiedziałeś mi: iż ma oczy swej matki

Wydało mi się to absurdalne. Jaka matka?

Marcin coś krzyknął do niej, potem powiedział:

Ola, zaraz podjadę i wyjaśnię wszystko. Mogę?

Wyjaśnienia bardzo się przydały Chodziłam po mieszkaniu, czekając, aż przyjechał, a Mila, jakby przeczuwając, rysowała przy stoliku.

Powinienem był powiedzieć od razu zaczął. Ale spodobałaś mi się Nie chciałem, byś myślała, iż to przez twoją mamę. A jeszcze bałem się, iż mnie znienawidzisz. Przecież to przeze mnie ona zginęła

Mówił chaotycznie, skakał po tematach, patrzył błagalnie. A mnie trzęsło jak wtedy, gdy sądziłam, iż Mila zniknęła.

Wybaczysz mi?

Nie powiedziałam nic przez cały jego monolog, na końcu wykrztusiłam:

Muszę to przemyśleć.

Mamo wybacz tacie

Marcin zrobił wielkie oczy do Mili, przypominając umowę. Spojrzał na mnie, powtórzyłam:

Potrzebuję czasu. Rozumiesz?

Chciałam zadać mu milion pytań, ale nie mogłam wykrztusić słowa. Za to Anna wyjaśniła mi wszystko przez telefon.

On nie wiedział, iż twoja mama nie żyje chroniłam jego dziecięcą psychikę. Potem przypadkiem wyszło, zaczął was szukać. Chciał pomóc, ale najpierw tak wyszło z Milą, a potem z tobą Zakochał się od pierwszego wejrzenia! Bał się, iż go odtrącisz. Próbował udowodnić chłopakom, iż też jest facetem, choć nie miał ojca. Wszyscy bali się wejść na lód, on poszedł

Anna nie naciskała, tylko usprawiedliwiała syna. Mila już naciskała mocno:

Mamo, on jest dobry! Mówił, iż cię kocha! Może być moim tatą, na serio!

Rozumiałam ją. Ale czy to nie… było nie w porządku?

Mijał miesiąc, nie nawiązałam kontaktu z Marcinem. Nie odbierałam, nie czytałam SMS-ów. Im dłużej zwlekałam, tym bardziej chciałam zadzwonić. Ale robiło się coraz trudniej.

W nocy Mila obudziła mnie płaczem bolał ją brzuszek. Już wczoraj się skarżyła, myślałam, iż to po kefirze Teraz była rozpalona, nie musiałam choćby sięgać po termometr.

Z drżącymi rękami zadzwoniłam po karetkę, później sama nie wiem czemu do Marcina.

Przyjechał razem z pogotowiem. W spodniach dresowych, rozczochrany. Pojechał do szpitala ze mną, uspokajał, powtarzał, iż wszystko będzie dobrze choć głos mu się załamywał.

Przecież zapalenie otrzewnej nie jest aż takie straszne mówił. Wszystko będzie dobrze, naprawdę!

Chwyciłam go za rękę nie wiem, czy dla niego, czy by siebie pocieszyć. W poczekalni zimno, nie mieliśmy kurtek, więc siedzieliśmy ciasno przy sobie, grzejąc się nawzajem obecnością.

Do lekarza pobiegł pierwszy, pytał, jak poszła operacja. A ja siedziałam i bałam się ruszyć. Gdyby coś się stało Mili, nie przeżyłabym tego.

Ale wszystko skończyło się dobrze. Lekarze spisali się cudownie, Mila była dzielna walczyła, choć sytuacja była krytyczna według lekarza.

Jakby dobry anioł ją chronił powiedział lekarz, a ja szepnęłam: dziękuję, mamo!

Marcin długo dziękował lekarzowi, a ten powiedział nam: wracajcie do domu, i tak jej nie zobaczycie na razie reanimacja, rodzice muszą odpocząć.

Marcin odwiózł mnie pod blok, oczekiwałam, iż poprosi, by wejść, ale milczał. Wtedy powiedziałam:

Już świta. Chodź, zrobię ci kawę.

I poczułam, iż naprawdę chcę, żeby został. Na zawsze.

Mila dochodziła do siebie zadziwiająco szybko, wszyscy w szpitalu to zauważyli.

Bo mam już mamę i tatę mówiła.

I nikt poza mną i Marcinem nie wiedział, jak bardzo to dla niej znaczyWieczorem, gdy wróciłyśmy już do domu, Mila wtuliła się we mnie, a Marcin siedział oparty o futrynę, niepewny, czy powinien zostać. W powietrzu unosiła się cisza, jakby każda chwila była krucha, a my zbyt głośno oddychaliśmy, żeby jej nie rozbić. Anna zadzwoniła, żeby spytać, jak się czujemy, a potem przez telefon opowiedziała Marcinowi, iż te najważniejsze sprawy załatwia się od serca. Usłyszałam jej śmiech, potem trzask odkładanej słuchawki.

Położyłam się obok Mili na łóżku, ona gładziła moją twarz palcem tak ciepłym i małym. Na nocnej szafce stała szklanka z sokiem jabłkowym, przy lampce rysunek: mama, tata i Mila, wszyscy trzymali się za ręce pod wielkim słońcem. Poczułam, iż łzy lecą mi cicho po policzku pierwszy raz od dawna to była radość. Pocałowałam Milę w czoło.

Zaśnij już, skarbie szepnęłam. Jutro będzie piękny dzień.

W przedpokoju stał Marcin. Podszedł i delikatnie ujął moją dłoń, jakby bał się, iż go odtrącę. Tym razem nie zamknęłam drzwi. Przez uchylone okno wpadało świeże powietrze, pachniało czerwcową trawą. Pomyślałam o mojej mamie może właśnie tak miała wyglądać miłość, kiedy już wybaczy się przeszłości i pozwoli przyszłości wejść do środka.

Marcin spojrzał na mnie nieśmiało.

Olu, mogę zostać? Po prostu być z wami?

Zamiast odpowiedzi zaniosłam go do kuchni i nalałam kawę do dwóch kubków. W mieszkaniu było cicho, a na ścianie, przyłączona magnesem do lodówki, wisiał rysunek Mili jej nowa rodzina. Marcin położył swoją dłoń przy mojej.

Przecież już jesteś wyszeptałam.

Mila wstała niespodziewanie, zaspana, ale szczęśliwa.

Mamo, a tata już zostanie na zawsze?

Uśmiechnęłam się, potem, nie czekając na odpowiedź, objęłam ich oboje.

Wieczór trwał długo, cisza była spokojna, a w środku serca coś grzało pewność, iż choćby najzimniejsze dni można ogrzać miłością, jeżeli tylko pozwolisz komuś zostać.

Idź do oryginalnego materiału