73-letnia Wisława Pacer od lat mieszkała samotnie w trzypiętrowym bloku przy ul. Bydgoskiej w Pile. Mąż zmarł blisko dekadę wcześniej, a ona – schorowana, mająca problemy z nogami – rzadko wychodziła z domu. Odwiedzała ją trójka dorosłych dzieci, najczęściej córka mieszkająca w tym samym mieście. Wisława emeryturę dostawała na konto, więc w mieszkaniu nie trzymała gotówki ani cennych rzeczy; kilka pierścionków i złoty łańcuszek nosiła na sobie.
Była w stałym kontakcie z sąsiadką z piętra wyżej, panią Lidią, w podobnym wieku, oraz z panią Jadwigą z pobliskiego osiedla, z którą kiedyś pracowała w szpitalu jako pielęgniarka. Czasem zaglądał też stary znajomy, który pomagał jej w drobnych naprawach.
Dni mijały jej spokojnie: poranna kawa, krzyżówki, wyszywanie obrazków, które potem wieszała w całym mieszkaniu. Gdy pogoda dopisywała, potrafiła godzinami wyglądać przez zawsze uchylone okno – miała kłopoty z sercem i lubiła świeże powietrze. Żyła cicho, w rytmie swoich przyzwyczajeń i małego, uporządkowanego świata.
W niedzielę 1 czerwca 2008 panią Wisławę odwiedził wnuk. Miał już 20 lat, ale Dzień Dziecka to zawsze dobra okazja, by zajrzeć do babci po parę złotych. Przyszedł przed dziewiątą.
Następnego dnia o 9.50 zadzwoniła córka. Z rozmowy wynikało, iż matka jak zwykle po porannej kawie rozwiązuje krzyżówki. Chwilę wcześniej, około 9.15, sąsiadka Lidia spotkała panią Wisławę na schodach – wracała właśnie z podlewania kwiatów sąsiadce, która wyjechała do Niemiec i zostawiła jej klucze.
Po południu, około 15.30, Lidia zeszła do Wisławy i zadzwoniła umówionym szyfrem. Odpowiedziała jej cisza. Wieczorem, około 21.30, próbowała ponownie – bez skutku. Zaniepokoiło ją to, bo Wisława zawsze uprzedzała o wyjazdach. Nie chciała jednak niepokoić córki sąsiadki.
Dopiero następnego dnia rano, około 9, gdy znów nikt nie otwierał, zadzwoniła do córki. Ta poprosiła, by weszła do środka – Lidia od lat miała klucze.
Weszła i zamarła. Wisława siedziała w fotelu, z ręcznikiem na głowie. Lidia sądziła, iż zasłabła, więc zawiadomiła córkę. Ta przyjechała taksówką, a po chwili dotarł jej mąż. Gdy uchyliła ręcznik, zobaczyła knebel. Matka nie żyła. Wezwano policję i pogotowie.
Na ławie obok fotela leżał otwarty portfel – bez 60 zł, które Wisława przygotowała na doładowanie telefonu. Obok znajdował się kuchenny nóż bez śladów krwi i szpitalny pokrowiec na buty. Lewa ręka ofiary była przytwierdzona taśmą do poręczy fotela, prawa wolna. Usta zakneblowane skarpetą i zaklejone taśmą. Na głowie dwa zakrwawione ręczniki. Czaszka była rozbita.
Narzędziem zbrodni okazał się młotek znaleziony pod umywalką – umyty przez sprawcę.
Z ustaleń wynikało, iż sprawców było co najmniej dwóch. Jeden z nich miał ogrodnicze rękawiczki – ślad po nich zabezpieczono na futrynie balkonu. Wisława musiała się bronić: na ścianie była plama krwi, a obraz spadł ze swojego miejsca. Prawdopodobnie po pierwszym uderzeniu młotkiem jeszcze żyła. Sprawcy zakneblowali ją, przenieśli na fotel i przywiązali taśmą. Krwawiącą głowę owinęli ręcznikami, włączyli telewizor, być może żeby zagłuszyć odgłosy walki. Choć zbrodni dokonano tuż przed południem, nikt z sąsiadów niczego nie usłyszał. Gdy sprawcy odkryli, iż ofiara nie żyje, uciekli.
Mieszkanie nie nosiło śladów dokładnej penetracji – jedynie wysunięte szuflady. Nie ustalono, czy młotek użyty do zabójstwa należał do Wisławy, czy przynieśli go bandyci. Nie wiadomo też, jak weszli do środka: czy zostali wpuszczeni i pod jakim pretekstem. Wisława otwierała drzwi listonoszowi i pracownikom administracji, elektrowni czy gazowni – innym raczej nie.
Do zabójstwa doszło najpewniej 2 czerwca 2008 roku między godziną 10 a 11 . Wskazywały na to zeznania pani Jadwigi, która, przechodząc obok bloku, zauważyła, iż wszystkie okna są zamknięte – co ją zdziwiło, bo dzień był słoneczny. Uznała wtedy, iż Wisława musiała gdzieś wyjechać.
W czasie oględzin w mieszkaniu był włączony wyciszony telewizor. Rano pani Wisława nigdy nie oglądała telewizji, co potwierdzałoby hipotezę, iż włączyli go sprawcy. Choć do zabójstwa doszło tuż przed południem, nikt z lokatorów niczego nie słyszał.
Przesłuchano ponad 80 świadków, typowano wielu potencjalnych sprawców, głównie młodych mężczyzn – bez rezultatu. Nie pomogła choćby emisja sprawy w moim „997” rok po zbrodni. Jak poinformował mnie podinspektor Andrzej Borowiak, rzecznik prasowy Wielkopolskiej Policji, niedawno do tej niewykrytej sprawy wróciło poznańskie Archiwum X.
Wiesz coś o tej zbrodni – pisz: rzecznik@ po.policja.gov.pl

4 godzin temu














English (US) ·
Polish (PL) ·
Russian (RU) ·