Cisza i pustka. Jeszcze kilka miesięcy temu wypełniał go śmiech mojej ukochanej wnuczki – małej Zosi. Miała wtedy cztery latka i była całym moim światem. Codzienne spacery, bajki na dobranoc, wspólne pieczenie ciasteczek… To były nasze rytuały. Teraz pozostały tylko zdjęcia i bolesna tęsknota.
Wszystko zaczęło się zmieniać, kiedy moja córka, Ania, zaczęła zachowywać się inaczej. Milcząca, jakby nieobecna. Nie odbierała telefonów, nie odpowiadała na wiadomości. A potem… zupełnie zniknęła z mojego życia. Nie przestałam próbować – jechałam pod ich dom, stałam godzinami pod blokiem, zostawiałam listy w skrzynce. Bez odpowiedzi.
To wtedy pojawił się on. Mój zięć. Michał. Chłodny, zdystansowany. Otworzył drzwi tylko raz. Patrzył na mnie z pogardą.
– Nie życzymy sobie więcej wizyt – powiedział cicho, ale stanowczo. – Zosia nie będzie miała kontaktu z osobami, które źle wpływają na rodzinę.
Zatkało mnie. Ja? Zły wpływ? Próbowałam pytać, tłumaczyć, płakać. Ale drzwi zostały zamknięte z trzaskiem. A za nimi moje wnętrze – moje serce – zaczęło się rozsypywać.
Od tamtej pory minęły trzy miesiące. Nie widziałam Zosi. Nie słyszałam jej głosu. Córka nie odpowiada. Znajomi mówią, iż to jej decyzja, iż powinnam uszanować granice. Ale jaka to granica? To mury, które mnie więżą w bólu.
Zaczęłam podejrzewać, iż Ania może być ofiarą przemocy psychicznej. Może się boi. Może nie wolno jej się odezwać. Ale jak to udowodnić? Jak pomóc, gdy wszystko, co robię, spotyka się z milczeniem?
Każdej nocy modlę się tylko o jedno – żeby moja wnuczka wiedziała, iż babcia jej nie porzuciła. Że gdzieś tam, po drugiej stronie tych drzwi, ktoś bardzo na nią czeka. I iż kiedyś, może za miesiąc, może za rok, ale przybiegnie do mnie z otwartymi ramionami i powie: „Babciu, pamiętam”.
Ale co, jeżeli już zapomniała?