Moja babcia mawiała (jak jeszcze żyła), iż „ze starego pedryla pożytek taki jak z gówna motyla” (pedryl to za jej czasów homoś był po prostu). Przypomniałem sobie o tym, tak przy okazji, bo widzę, iż właśnie Newsweek przypierdolił się do jego wysokości, wielkości, nieomylności i jasnej pomroczności, kardynała Don Stanislao, i tylko od was zależy jak sobie te moje skojarzenia zinterpretujecie.
Myślę sobie, iż nic takiego wielkiego ostatnio się nie stało, żeby flecistę (nazwa alternatywna, której babcia nie znała) Stasia, w Krakowie od lat prześmiewczo zwanego sołtysem, ze względu na spory deficyt intelektualno-poznawczy, robić bohaterem tekstu, sprawiającego wrażenie przedświątecznej zapchajdziury. Nie mówię, iż to co napisał Newsweek to nieprawda, ale to też nic nowego, przemielenie raz jeszcze wszystkich w zasadzie znanych mniej lub bardziej faktów, choć oczywiście na swój sposób to bawi, bo wszystko co dotyczy pana kardynała Stasia z założenia jest zabawne, do cna jarmarczne, to czysta hipokryzja w kolorze purpury.

Z jakiegoś powodu gazeta skupiła się głównie na dilerce uprawianej przez kardynała, to znaczy handlowaniu tak zwanymi relikwiami, po panu papie Karolusie, które nota bene się mnożą i nikt nie ma pewności co kupuje lub dostaje. Zachodzi choćby podejrzenie, iż ta niby karolkowa krew, zamknięta w złoconych, zdobnych flakonikach, rozdawana na prawo i lewo, to efekt dilu, jaki kardynał zawarł z pewnym krakowskim laboratorium medyczno-analitycznym, badającym krew przypadkowych pacjentów. Towaru tam po kokardę, po kiego chuja wylewać to do kibla, skoro można pohandlować. Oni dają towar, Staszek uwiarygodnia jego pochodzenie, nadając certyfikat karolowy. No ale to tylko plotki. Jak mawiał kiedyś niezapomniany i niezastąpiony Hunter Thompson: „ja tylko powtarzam plotki, które słyszałem, niewykluczone, iż kiedyś sam je stworzyłem”. I tej zasady się trzymam.
Zresztą co tam… walić wszystkie te relikwie, niezależnie z jakiego krakowskiego kibla pochodzą. W zasadzie powinno nam to zwisać, niczym kilo kitu. Ważne, iż Stanisławowi dobrze się z tym żyje. Krew, czy kawałki (konsekrowanego) siusiaka, klient bierze jak leci, Don zapewni każdą ilość, w hurcie i w detalu. A w jego posiadaniu, jak się mówi, jest też sporo innego popieskiego badziewia, które przezorny Don, przezornie zachomikował, zupełnie nie przejmując się wolą swojego zmarłego pryncypała, kolegi i wspólnika w dziele tuszowania pedofilii, który w swoim zaginionym testamencie napisał, iż rzeczy „codziennego użytku, którymi się posługiwałem, proszę rozdać wedle uznania. Notatki osobiste spalić. Proszę, ażeby nad tymi sprawami czuwał ks. Stanisław”. No i Stanisław czuwa!
Mniej więcej był w stanie ocenić wartość towaru, który wpadł mu w ręce, więc praktycznie niczego nikomu nie oddał, a tym bardziej nic nie spalił. Bo przecież, do kurwy nędzy, nie pali się tysiącami złotych w kominku. Wszystko trzyma więc na półkach w swoim obwoźnym kramiku. Notatki, różne takie szpargały, przynajmniej w część już sprzedał pewnemu muzeum, było tam też kilka, może kilkanaście listów (nikt tego nie wie dokładnie), o treści raczej dość jak na Karola frywolnej, ale muzeum owe, zdaje się, iż do dziś nie chce się przyznać, iż owe frykasy posiada, nie mówiąc już o ujawnieniu kasy jaką za owe śmieci zapłaciło.
Ostatnimi czasy Don Stanislao udziela się jakby mniej, przesiadł, przykucnął, nie wychyla się z szamba, bo wiadomo PESEL jeńców nie bierze, odmawia wywiadów, bo boi się kolejnej kompromitacji, a paru takich już doświadczył. Od czasu do czasu jakiś pierd tylko z siebie wyda, i tylko dla sprawdzonych i zaprzyjaźnionych, ślepo w niego wpatrzonych katoszczujni, przy czym prawda jest taka, iż to oni wzniośle coś tam piszą, jakiś „wywiad” powiedzmy, a on to potem autoryzuje.
Cały czas próbuje też walczyć, by pamięć o jego kumplu i wspólniku w interesach trwała wiecznie, ale szczerze mówiąc idzie to coraz gorzej, bo mit Karola wietrzeje, z roku na rok ten mecenas tych co to wiadomo, w oczach ludzi coraz bardziej traci na znaczeniu. Jeszcze trochę, a trzeba będzie zasłaniać kotarami wszystkie jego pomniki i wizerunki, bo być może to taki sam drapieżca, jak nie przymierzając, jezuita Marko Ivan Rupnik, swego czasu autor najsłynniejszych sakralnych mozaik, którego wszyscy się dziś wstydzą a jego prace chowają i zakrywają, bo wyszło, iż to wyjątkowy zbok, gwałciciel i seksualnie niezrównoważony czubek, czerpiący między innymi przyjemność z wysłuchiwania sióstr zakonnych, które spowiadały mu się z tego co odczuwały kiedy on je dymał. Więc może się dziać, oj może, wyjdą prawdopodobnie takie historie z Karola historii, iż czapki z głów a głowy w piasek. Marko to przy nim mało pojętny uczeń.
Jakoś tak Newsweek gładko jednak, bez należnego i spodziewanego zaangażowania i wręcz niezauważalnie, prześlizgnął się po życiu uczuciowym kardynała, półgębkiem tylko wspominając o istnieniu Andrei Nardotto, oficjalnie sekretarza, nieoficjalnie żony lub męża, co w zasadzie jest bez znaczenia, przynajmniej dla nas heteryków. Ważne iż się chłopcy kochają, dbają o siebie, bo jakby tam nie było, jest miłość i jest uczucie, jest prowadzanie się za rączkę i kolacje ze śniadaniem, w przepastnych apartamentach na ulicy Kanoniczej. Lepiej niech się sami macają, jakby mieli macać dzieci.
Ktoś już choćby zapowiedział pojawienie się pewnych pikantnych zdjęć, z tak zwanej alkowy, z frapującymi szczegółami, ale jak na razie cisza, przynajmniej ja do tej pory nic nie znalazłem, acz mam wyobrażenie o tym, co tam może się dziać lub się działo, ale z powodu pewnych powiedzmy braków językowych, nie byłbym w stanie tego plastycznie opisać. No i w ten sposób, z inspiracji Newsweeka, świątecznie obrobiliśmy dupę kardynałowi Stanislao.