Wielu umarło w drodze, tysiące nie wróciły do kraju. 86. rocznica zsyłek na Sybir [FOTO]

1 godzina temu

Umierali z głodu i zimna, od katorżniczej pracy i chorób. Wciąż jeszcze żyją ci, którzy doświadczyli lodowego piekła, a pamięć o masowej zsyłce Polaków na Syberię przekazują sobie kolejne pokolenia. W niedzielę w kościele pod wezwaniem NMP Królowej Polski na Osiedlu Młodych w Świdnicy odprawiono nabożeństwo w intencji Sybiraków.

10 lutego 1940 roku to data, która zapadła w pamięć każdemu z obywateli II Rzeczpospolitej zamieszkałych na Kresach Wschodnich. Tego dnia o świcie rozpoczęła się pierwsza masowa wywózka ludności zamieszkującej te tereny na Sybir. Wśród zesłańców było około 70% Polaków, reszta to Białorusini i Ukraińcy. Zsyłano głównie osadników wojskowych, urzędników niższej i wyższej rangi, aktywistów ze służby leśnej, a wraz z nimi całe rodziny. W sumie deportacja objęła około 140 000 osób. Wywiezionych dziesiątkowały mróz, głód, choroby i praca ponad siły.

Ci, którzy przetrwali i powrócili do Polski, znaleźli się wśród pionierów zasiedlających Ziemie Odzyskane. Spora grupa trafiła też do Świdnicy i w tej chwili zrzeszona jest w Związku Sybiraków Ziemi Świdnickiej, spotykając się m.in. na wspólnych uroczystościach. 15 lutego w kościele pw. Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski na Osiedlu Młodych odbyło się nabożeństwo upamiętniające rocznicę pierwszej masowej deportacji Polaków na Sybir, podczas którego modlono się za Polaków, których groby znajdują się na dalekiej Syberii, a także o zdrowie i pomyślność dla tych, którzy przeżyli zsyłkę.

10 lutego minęła 86. rocznica pierwszej wywózki na Sybir. Takich wywózek było cztery. Pierwsza była w lutym 1940 roku, druga była w kwietniu, trzecia była w czerwcu, czwarta w maju 1941 roku – przypomina Zygmunt Zelek, prezes świdnickiego koła Związku Sybiraków. – Najtragiczniejsza była pierwsza wywózka, bo to była straszna zima ze strasznymi mrozami. Ludzie nie byli na nic przygotowani. Sytuacja była tragiczna. W nocy dali nam 40 minut na spakowanie się, przed domem czekały sanie. Pozbierali wszystkich ludzi z domostw i w ciężkich warunkach zawieźli nas na stację, gdzie czekaliśmy przeszło cztery dni na transport w wagonach bydlęcych. W takich warunkach jechaliśmy miesiąc czasu, bez żadnej pomocy, bez wyżywienia. Co kto miał – tym się żywił. Po miesiącu czasu następna tragedia, bo wysadzili nas na przydrożnej stacyjce w szczerym polu, w śniegu i mrozie, przy -40 stopniach. Tak czekaliśmy na dalszy transport – przywołuje Zelek.

1 z 48

/mn/

fot. Mariusz Ordyniec

Idź do oryginalnego materiału