Upokorzyć księdza Józefa… tajemnica wiary

1 tydzień temu

Przez blisko trzydzieści lat budował wspólnotę, zdobywał zaufanie i pomagał ludziom. Dziś został publicznie napiętnowany, a jego przełożeni mówią o poważnym przestępstwie kanonicznym. Tymczasem nasze śledztwo dziennikarskie odsłania niepokojący obraz funkcjonowania kurii bielsko-żywieckiej. Anonimowi duchowni opowiadają o wewnętrznych naciskach, konflikcie o posłuszeństwo i mechanizmach, w których człowiek może przegrać z kościelną administracją. Czy ks. Józef Zborek naprawdę zasłużył na takie potraktowanie? A może należało go przede wszystkim złamać, upokorzyć i pokazać innym księżom, czym kończy się sprzeciw wobec oczekiwań przełożonych?

Są takie historie, które początkowo wydają się zwykłym konfliktem pomiędzy przełożonym a podwładnym. Wydaje się, iż wystarczy poznać dokumenty, wysłuchać obu stron, sprawdzić obowiązujące przepisy i ustalić, kto miał rację.

Jednak im dłużej zajmujemy się sprawą księdza Józefa Zborka, wieloletniego proboszcza parafii św. Wawrzyńca w Grojcu koło Oświęcimia, tym bardziej przekonujemy się, iż nie jest to wyłącznie historia o odwołaniu duchownego.

To historia o władzy. O posłuszeństwie. O pieniądzach. O ludzkiej godności i mechanizmach funkcjonowania instytucji, której przedstawiciele każdego dnia przypominają wiernym o miłości bliźniego, przebaczeniu, pokorze i sprawiedliwości.

Przede wszystkim jest to jednak historia człowieka, który po niemal trzydziestu latach posługi stanął wobec decyzji przekreślającej jego dotychczasową pracę w parafii.

W tle mamy poważne oskarżenia o naruszenie prawa kanonicznego, publiczne komunikaty biskupa Romana Pindla, dramatyczny protest wiernych, interwencję policji oraz relacje świadków wskazujące na próby nakłonienia proboszcza do publicznego przyznania się do winy.

Przez ostatnie dni prowadziliśmy własne śledztwo dziennikarskie. Rozmawialiśmy z parafianami, darczyńcami miejscowego kościoła, osobami znającymi księdza Józefa Zborka, a przede wszystkim z duchownymi posiadającymi wiedzę o sytuacji wewnątrz diecezji bielsko-żywieckiej.

Część naszych informatorów zgodziła się rozmawiać wyłącznie pod warunkiem zachowania anonimowości. Ze względu na pełnione funkcje i obawę przed konsekwencjami nie chcą ujawniać swoich nazwisk. Redakcja dysponuje materiałem dokumentującym przeprowadzone rozmowy.

Z ich relacji wyłania się obraz znacznie bardziej niepokojący niż ten przedstawiany w oficjalnych komunikatach kurii.

W świetle naszych ustaleń powstaje bowiem podejrzenie, iż w tej sprawie nie chodziło już wyłącznie o wyegzekwowanie prawa kanonicznego. Chodziło również o podporządkowanie człowieka, który najwyraźniej stał się dla części kościelnej administracji niewygodny.

Grojec. Byliśmy tam i widzieliśmy, jak pęka zaufanie do Kościoła

Niedziela, 4 października 2026 roku.

Grojec, niewielka miejscowość w powiecie oświęcimskim. Przed kościołem św. Wawrzyńca gromadzą się tłumy mieszkańców. Przyjeżdżają również wierni z okolicznych miejscowości.

Wszyscy chcą odpowiedzi na jedno pytanie: dlaczego ksiądz, który przez blisko trzy dekady służył tej wspólnocie, musi odejść?

Na miejscu pojawia się biskup bielsko-żywiecki Roman Pindel wraz z towarzyszącymi mu duchownymi.

Jesteśmy tam również my, dziennikarze Dziennika Śledczego.

Obserwujemy spotkanie, rozmawiamy z ludźmi, dokumentujemy wydarzenia. Z każdą kolejną godziną napięcie rośnie.

Nie wszystko, co zobaczyliśmy, zasługuje na pochwałę. Padają wyzwiska. Niektórzy protestujący przekraczają granice dopuszczalnego zachowania. Dochodzi do agresji i sytuacji, które nigdy nie powinny mieć miejsca w kościele.

Potępiamy takie zachowania. Nie mają one nic wspólnego z chrześcijańską nauką o szacunku dla drugiego człowieka.

Nie można jednak uczciwie opisać tego wieczoru, ograniczając się do relacji o agresywnym tłumie i biskupie, który ostatecznie musiał opuścić teren parafii w asyście policjantów.

Na miejsce skierowano funkcjonariuszy prewencji, policyjnych negocjatorów i przedstawicieli zespołu antykonfliktowego. W rozwiązanie kryzysu zaangażowane zostały siły policyjne, podczas gdy hierarchowie kościelni nie potrafili doprowadzić do uspokojenia konfliktu we własnej wspólnocie.

Biskup opuścił parafię tuż przed godziną pierwszą w nocy. Policja poinformowała następnego dnia, iż do czasu wydania komunikatu żadna ze stron nie zgłosiła przestępstwa ani wykroczenia.

To jednak nie interwencja policji jest dla nas najważniejszym obrazem tamtej nocy.

Zapamiętaliśmy przede wszystkim twarze ludzi.

Ich rozgoryczenie, bezradność, płacz i poczucie, iż ktoś próbuje odebrać im kapłana, któremu przez lata powierzali najtrudniejsze sprawy własnego życia.

Nie usprawiedliwiamy agresji parafian. Ale po kilku dniach naszego śledztwa znacznie lepiej rozumiemy, skąd wzięły się te emocje.

Byłoby bowiem zbyt proste uznać, iż mieszkańcy Grojca nagle zbuntowali się przeciwko Kościołowi.

Oni nie przyszli protestować przeciwko wierze. Przyszli bronić swojego księdza.

A to zasadnicza różnica.

Rozmawialiśmy z dziesiątkami ludzi. Nie usłyszeliśmy złego słowa o proboszczu

W kolejnych dniach postanowiliśmy dokładnie przyjrzeć się sprawie.

Nie interesowała nas wyłącznie wersja przekazywana przez kurię. Nie chcieliśmy też bezkrytycznie powielać opinii wzburzonych parafian. Sprawdzaliśmy relacje. Rozmawialiśmy z osobami związanymi z parafią, duchownymi i ludźmi, którzy przez lata angażowali się w życie miejscowego kościoła, również finansowo. Pytaliśmy nie tylko o zalety proboszcza, ale także o jego błędy, sposób zarządzania parafią, relacje z innymi księżmi, pieniądze i konflikty.

Z naszych rozmów wyłonił się niezwykle spójny obraz.

Ani razu nie usłyszeliśmy od naszych rozmówców złego słowa o księdzu Józefie Zborku.

Nie oznacza to, iż jest człowiekiem nieomylnym. Nie oznacza również, iż nie mógł dopuścić się uchybień administracyjnych lub kanonicznych. Jednak przez niemal trzydzieści lat pełnienia funkcji proboszcza zbudował coś, czego nie da się kupić za pieniądze ani narzucić dekretem biskupa.

Zaufanie.

Parafianie opowiadają o człowieku skromnym, sprawiedliwym, życzliwym i niezwykle bliskim ludziom. O kapłanie, który potrafił słuchać, pomagać i traktować każdego z szacunkiem.

Zamiast opowieści o luksusowym życiu duchownego słyszeliśmy historie o codziennej pracy, poświęceniu i przywiązaniu do parafii. Zamiast zarzutów o lekceważenie wiernych pojawiały się kolejne przykłady osobistego zaangażowania.

Darczyńcy miejscowego kościoła również nie przedstawiali proboszcza jako człowieka skoncentrowanego na gromadzeniu pieniędzy. Jego relacja z parafianami była czymś znacznie więcej niż formalną zależnością pomiędzy duchownym a wiernymi.

„Ksiądz Józef nigdy nie stawiał się ponad ludźmi. Był z nami w najtrudniejszych momentach, kiedy ktoś umierał, kiedy trzeba było pomóc rodzinie albo zwyczajnie wysłuchać drugiego człowieka. Nie rozumiemy, dlaczego po tylu latach jego pracy potraktowano go w taki sposób. Można było podjąć decyzję o odwołaniu, ale nie trzeba było robić z niego człowieka, którego teraz wszyscy mają podejrzewać o najgorsze”– mówi Pan Jan, który z kościołem w Grojcu związany jest od 3 pokoleń.

Właśnie w tym miejscu zaczyna się największy problem kurii.

Bo formalnie można odwołać proboszcza. Można pozbawić go urzędu i nakazać opuszczenie parafii.

Ale nie można dekretem usunąć z ludzkiej pamięci trzydziestu lat uczciwej pracy i wzajemnego zaufania.

Nie można również oczekiwać, iż wierni bez zadawania pytań zaakceptują sposób, w jaki potraktowano człowieka, którego dobrze znają.

Duchowni przerywają milczenie. Czy Kościół boi się własnych księży?

Najważniejszym etapem naszego śledztwa były rozmowy z duchownymi diecezji bielsko-żywieckiej.

Osobami, które znają funkcjonowanie kościelnej administracji, relacje pomiędzy księżmi a przełożonymi oraz okoliczności konfliktu wokół proboszcza z Grojca. Niektórzy z naszych informatorów mają wiedzę o zarzutach stawianych księdzu Józefowi Zborkowi.

I właśnie te rozmowy rzucają nowe światło na całą sprawę.

Nasi rozmówcy nie zaprzeczają, iż w parafii mogło dochodzić do naruszania określonych przepisów prawa kanonicznego.

Nie próbują też przedstawiać proboszcza jako człowieka, który zawsze postępował zgodnie z każdą regulacją kościelną. Zwracają jednak uwagę na coś znacznie ważniejszego.

W ich ocenie rzeczywista skala i szkodliwość zarzucanych uchybień pozostają rażąco nieproporcjonalne do afery, którą wywołała kuria, oraz konsekwencji, jakie poniósł ksiądz.

Według naszych informatorów sprawa dotyczyła naruszeń wewnętrznych regulacji kościelnych, a nie czynów będących przestępstwami w rozumieniu polskiego Kodeksu Karnego.

To bardzo istotne rozróżnienie.

Określenie „poważne przestępstwo kanoniczne” może dla przeciętnego odbiorcy brzmieć jak zarzut ciężkiego przestępstwa kryminalnego. Tymczasem system prawa kanonicznego jest odrębny od polskiego prawa karnego. Przewinienie kanoniczne może dotyczyć zasad sprawowania urzędu, dyscypliny duchowieństwa, obowiązków administracyjnych lub reguł odprawiania nabożeństw.

Nie musi oznaczać przestępstwa ściganego przez prokuraturę.

„Nie twierdzę, iż ksiądz Józef był bez winy. Były kwestie, które należało uporządkować zgodnie z prawem kanonicznym. Ale proszę mi wierzyć, charakter tych przewinień nie odpowiada temu obrazowi, który powstał po publicznych wypowiedziach biskupa. Można było załatwić tę sprawę w sposób spokojny i godny, bez niszczenia człowiekowi opinii i bez doprowadzania całej parafii do tak dramatycznego konfliktu” – mówi jeden ze współpracowników biskupa Pindla.

Nie publikujemy personaliów rozmówcy ze względu na konieczność ochrony źródła informacji. Duchowny dwukrotnie prosił o anonimowość i zrozumienie jego obaw.

Dla nas szczególnie niepokojące jest jednak to, iż księża znający sytuację nie chcą występować pod własnymi nazwiskami. Nie dlatego, iż temat jest błahy. Wręcz przeciwnie.

Według ich deklaracji obawiają się konsekwencji ze strony przełożonych w tym księdza biskupa.

To rodzi pytanie o atmosferę panującą wewnątrz diecezji bielsko-żywieckiej.

Czy ksiądz może otwarcie powiedzieć, iż jego biskup postąpił niesprawiedliwie?

Czy może zakwestionować decyzję kościelnej administracji?

Czy może wystąpić w obronie innego duchownego bez obawy, iż sam znajdzie się w niekorzystnej sytuacji?

Jeżeli odpowiedź na te pytania budzi strach, mamy do czynienia z problemem znacznie poważniejszym niż nieprawidłowości w jednej parafii.

Pieniądze i donosy. Czy właśnie dlatego ksiądz Józef stał się niewygodny?

Kolejny wątek naszego śledztwa dotyczy finansowania działalności kościelnej, zasad rozliczeń oraz relacji pomiędzy proboszczami a władzami diecezji.

Jest to tym bardziej istotne, iż podobne informacje pojawiły się również w ustaleniach ogólnopolskich mediów.

6 października „Rzeczpospolita” opublikowała materiał dotyczący kulis odwołania księdza Zborka.

Według informatorów dziennika konflikt miał dotyczyć pieniędzy pochodzących z intencji mszalnych oraz doniesień składanych przez duchownych z sąsiednich parafii.

„Rzeczpospolita” opisała, iż ksiądz Józef cieszył się tak dużą popularnością, iż wierni również z innych miejscowości zamawiali u niego nabożeństwa. Według przedstawionej w dzienniku wersji problem miał wynikać między innymi ze sposobu przyjmowania i realizowania licznych intencji mszalnych, w tym przekazywania ich innym duchownym.

Są to ustalenia informatorów gazety, a nie upubliczniona treść kościelnego rozstrzygnięcia. Ale ich znaczenie trudno przecenić.

Jeżeli u podstaw tak wielkiego konfliktu rzeczywiście leżały zasady rozliczania intencji mszalnych i rywalizacja pomiędzy duchownymi, pojawia się pytanie o proporcjonalność działań podjętych wobec proboszcza.

Nie twierdzimy, iż kościelne przepisy dotyczące intencji mszalnych są nieistotne. Nie twierdzimy również, iż ich naruszanie nie powinno wywoływać konsekwencji.

Jednak czy naprawdę nie istniała możliwość rozwiązania takiego problemu bez doprowadzenia do publicznego napiętnowania wieloletniego proboszcza? Czy interes instytucji został postawiony ponad dobrem wspólnoty? Czy ostatecznie większym problemem niż rzeczywiste uchybienia księdza Józefa nie stało się jego niepodporządkowanie oczekiwaniom kościelnej administracji?

W rozmowach z naszymi informatorami powracało zagadnienie dyscypliny finansowej, obowiązków wobec kurii oraz stosunku przełożonych do księży, którzy nie zawsze bez zastrzeżeń akceptują przyjęte zasady.

„Wiele osób patrzy na tę sprawę wyłącznie przez pryzmat przepisów. Tymczasem w Kościele ogromne znaczenie mają też relacje, zależności i posłuszeństwo. Ksiądz, który jest samodzielny, ma silną pozycję w swojej parafii i nie zawsze podporządkowuje się oczekiwaniom przełożonych, może stać się problemem. Wtedy choćby uchybienia, które w innych okolicznościach dałoby się rozwiązać bez rozgłosu, zaczynają urastać do bardzo poważnej sprawy”- mówi drugi z księży, którzy zdecydowali się na rozmowę z naszą redakcją.

Nie oznacza to, iż znamy już wszystkie rzeczywiste motywy decyzji biskupa.

Wiemy natomiast, iż należy dokładnie wyjaśnić, czy obok kwestii prawnych nie odegrały tu również roli czynniki personalne, finansowe oraz wewnętrzne konflikty wśród duchowieństwa.

Szczególnie iż sam ksiądz Józef Zborek w rozmowie z Radiem ZET sugerował, iż za jego problemami mogły stać nieżyczliwość i zazdrość niektórych osób. o ile te podejrzenia mają choć częściowe potwierdzenie, sprawa nabiera zupełnie nowego wymiaru.

Bo wtedy nie mówimy już jedynie o egzekwowaniu wewnętrznych przepisów.

Mówimy o możliwości wykorzystania instytucjonalnej przewagi do rozstrzygnięcia konfliktu, którego źródłem mogły być również osobiste niechęci.

Kto naciskał na biskupa? Niepokojące relacje z wnętrza diecezji

W toku naszych rozmów pojawił się jeszcze jeden szczególnie poważny wątek.

Według części informatorów wokół sprawy proboszcza z Grojca miała narastać presja na zdecydowane zakończenie konfliktu i odsunięcie księdza od jego dotychczasowej wspólnoty.

Z relacji tych wynika, iż nie wszyscy duchowni musieli podzielać stanowisko przyjęte ostatecznie przez władze diecezjalne. Niektórzy mieli postrzegać księdza Zborka jako człowieka, którego nie tyle należało ukarać za konkretne uchybienia, ile przede wszystkim przywołać do porządku.

To bardzo poważna ocena.

Jeżeli w otoczeniu biskupa rzeczywiście funkcjonowało takie podejście, należałoby ustalić, czy wpływało ono na sposób postępowania wobec proboszcza.

Czy ksiądz Józef miał zostać ukarany za określone czyny?

Czy też stał się przykładem dla innych duchownych, pokazującym, jakie konsekwencje może przynieść konflikt z przełożonymi?

„W tej sprawie nie chodzi już tylko o księdza Józefa. Chodzi o pokazanie innym, iż decyzjom kurii należy się podporządkować. Niektórzy duchowni widzą, co się dzieje, ale nie chcą publicznie zabierać głosu. Każdy przecież ma swojego przełożonego, swoją parafię i własną przyszłość. Łatwo jest mówić o odwadze, kiedy samemu nie ponosi się konsekwencji” – dodaje bliski współpracownik kurii.

To właśnie te relacje sprawiają, iż nasza ocena działalności kurii bielsko-żywieckiej staje się coraz bardziej krytyczna. Nie dlatego, iż kwestionujemy istnienie kościelnej hierarchii. Nie dlatego, iż uważamy, iż proboszcz nie powinien podlegać kontroli.

Ale dlatego, iż system władzy, w którym podwładni obawiają się otwarcie mówić o nadużyciach, wymaga szczególnej kontroli społecznej. W Kościele posłuszeństwo nie może oznaczać rezygnacji z sumienia.

A autorytet biskupa nie powinien opierać się na strachu przed konsekwencjami niezgody.

Jeżeli duchowny obawia się powiedzieć prawdę o sposobie traktowania swojego współbrata, problem nie dotyczy jednego księdza. Dotyczy całej instytucji.

Najpierw publiczne napiętnowanie. Potem próba uzyskania przyznania się do winy?

5 października, dzień po wydarzeniach w Grojcu, doszło do kolejnego spotkania księdza Józefa Zborka z przedstawicielami kurii. To właśnie jego przebieg może okazać się jednym z najbardziej niepokojących epizodów całej sprawy.

Portal „Fakty Oświęcim” opublikował rozmowę z uczestnikiem siedmioosobowej delegacji parafian zaproszonej do kurii bielsko-żywieckiej.

Świadek opisał sytuację, w której ksiądz Józef miał wielokrotnie wyrażać chęć opuszczenia terenu kurii, podczas gdy przedstawiciele władz diecezjalnych próbowali przekonać go do określonego zachowania. Według tej relacji duchowny nie chciał nagrywać żadnego oświadczenia ani wypowiadać się do mediów.

Przedstawiciele kurii mieli natomiast zachęcać parafian, aby nakłonili proboszcza do nagrania wypowiedzi, w której przyzna się do zarzucanych mu czynów i zaapeluje o uspokojenie sytuacji.

Z relacji świadka wynika również, iż możliwość przyjazdu księdza do Grojca i pożegnania się z parafianami miała być uzależniana od przygotowania takiego komunikatu. jeżeli te informacje zostaną potwierdzone, będziemy mieli do czynienia z praktyką, która wymaga wyjątkowo surowej oceny.

Bo czym innym jest rozmowa przełożonego z podwładnym o konieczności wykonania decyzji, a czym innym wywieranie presji, aby człowiek wypowiedział publicznie słowa, których wypowiedzieć nie chce.

Czym innym jest troska o zdrowie zmęczonego kapłana, a czym innym sytuacja, w której jego samodzielność i możliwość zakończenia rozmowy stają się przedmiotem kolejnych negocjacji.

Czy księdza Józefa Zborka próbowano doprowadzić do publicznego przyznania się do winy nie po to, aby ustalić prawdę, ale po to, aby zakończyć kryzys wizerunkowy kurii?

To pytanie nie jest pozbawione podstaw. Z jednej strony mamy relację świadka opisującego naciski. Z drugiej publiczne oświadczenie biskupa, który tego samego wieczoru poinformował, iż ksiądz przyznał się do poważnego przestępstwa kanonicznego i zaakceptował decyzję o odejściu.

Tyle iż następnego dnia sam ksiądz Józef zaprzeczył tak przedstawionemu przebiegowi rozmowy.

W rozmowie z „Faktami Oświęcim” powiedział:

„To, co powiedział ksiądz biskup, to nie jest prawda”.

Trudno o bardziej jednoznaczną sprzeczność. Kto zatem przedstawił rzeczywisty przebieg wydarzeń? Dlaczego publiczny komunikat biskupa pozostaje w konflikcie ze stanowiskiem księdza?

Czy istnieje dokument lub nagranie potwierdzające przyznanie się duchownego do winy podczas tego spotkania?

A o ile takiego potwierdzenia nie ma, na jakiej podstawie podano opinii publicznej, iż ksiądz zaakceptował przedstawioną mu wersję wydarzeń?

To pytania, które powinny zostać skierowane bezpośrednio do biskupa Romana Pindla.

Przemoc psychiczna? Granica, której nie wolno przekraczać

Wydarzenia opisane przez uczestnika spotkania w kurii należy rozpatrywać również w kontekście możliwej przemocy psychicznej. Przemoc nie zawsze oznacza fizyczny atak.

Może przejawiać się również poprzez długotrwałe naciski, publiczne podważanie wiarygodności, wykorzystanie zależności służbowej, stawianie człowieka w sytuacji silnego stresu lub uzależnianie określonej korzyści od podporządkowania się oczekiwaniom silniejszej strony.

Nie każde zdecydowane działanie przełożonego można uznać za przemoc psychiczną. Jednak opisane okoliczności wymagają zbadania właśnie pod tym kątem.

Zwróćmy uwagę na sytuację księdza Józefa. Po niemal trzydziestu latach pełnienia funkcji proboszcza został odwołany ze swojej parafii. Jego nazwisko pojawiło się w ogólnopolskich mediach w kontekście poważnego przestępstwa kanonicznego. Wierni protestowali, biskup musiał korzystać z pomocy policji, a konflikt stał się jednym z najgłośniejszych wydarzeń dotyczących Kościoła w ostatnich dniach.

W takiej atmosferze ksiądz proboszcz przybywa do kurii.

Jest zmęczony i znajduje się w sytuacji ogromnego obciążenia emocjonalnego. Według relacji świadka wielokrotnie odmawia publicznego wystąpienia.

Mimo to podejmowane są kolejne próby przekonania go, aby nagrał oczekiwane oświadczenie.

Gdzie w tym wszystkim znajduje się troska o człowieka?

Gdzie szacunek dla jego woli? Gdzie poszanowanie godności kapłana, który przez całe zawodowe życie służył Kościołowi?

Właśnie w takich sytuacjach najbardziej widoczna staje się nierówność sił pomiędzy kościelnym przełożonym a podporządkowanym mu duchownym.

Biskup dysponuje autorytetem instytucjonalnym, zapleczem administracyjnym i możliwościami podejmowania decyzji dotyczących przyszłości księdza. Po drugiej stronie stoi człowiek, którego całe życie zawodowe jest związane z tą instytucją.

Dlatego każde działanie zmierzające do wymuszenia określonego zachowania wymaga wyjątkowej ostrożności.

Nie przesądzamy, iż w kurii doszło do przestępstwa lub bezprawnego pozbawienia wolności. Stawiamy jednak poważne pytanie, czy wobec księdza Zborka nie stosowano presji psychicznej mającej doprowadzić do publicznego podporządkowania go oczekiwaniom przełożonych.

Jeżeli tak było, oznaczałoby to przekroczenie granicy, której nie wolno usprawiedliwiać ani prawem kanonicznym, ani koniecznością zakończenia medialnego kryzysu.

Czy biskup bardziej potrzebował prawdy, czy publicznego podporządkowania księdza?

W całej tej sprawie szczególnie uderza sposób, w jaki komunikaty kurii wpływały na opinię publiczną.

Najpierw poinformowano o poważnych nieprawidłowościach, które miały zostać udowodnione w postępowaniu kanonicznym. Później pojawiło się publiczne stwierdzenie, iż ksiądz przyznał się do poważnego przestępstwa kanonicznego. Jednocześnie szczegóły zarzutów pozostawały nieujawnione.

Władze diecezjalne tłumaczyły to ochroną prywatności duchownego. Taki sposób komunikacji budzi zasadniczą wątpliwość.

Skoro celem była ochrona dobrego imienia księdza, dlaczego zdecydowano się na użycie tak mocnego publicznego określenia bez wyjaśnienia jego rzeczywistego znaczenia? Dlaczego nie przedstawiono informacji w sposób, który pozwoliłby wiernym odróżnić uchybienia w zakresie przepisów wewnętrznych Kościoła od przestępstw prawa karnego? Dlaczego pozwolono, aby wokół nazwiska człowieka, który przez niemal trzydzieści lat służył jednej parafii, narastały tak poważne podejrzenia? I wreszcie, dlaczego w obliczu tak silnego sprzeciwu wiernych nie wypracowano rozwiązania pozwalającego zakończyć sprawę bez publicznego napiętnowania duchownego?

Można odnieść wrażenie, iż w tej historii od pewnego momentu ważniejsze od samego proboszcza stało się obronienie autorytetu decyzji podjętej przez kurię.

A przecież autorytetu nie buduje się poprzez wykazywanie ludziom, iż nie mają prawa zadawać pytań. Autorytet buduje się sprawiedliwością, odpowiedzialnością i sposobem traktowania słabszych.

Biskup może wygrać postępowanie kanoniczne, a jednocześnie przegrać moralną ocenę własnego postępowania w oczach wiernych.

I właśnie z taką sytuacją możemy mieć do czynienia w Grojcu.

Ksiądz, którego trzeba było przywołać do porządku

Z przeprowadzonych przez nas rozmów wyłania się jeszcze jedna, niezwykle gorzka refleksja.

Być może największym problemem ks. Józefa Zborka w oczach części kościelnej administracji była nie tylko treść zarzucanych mu uchybień, ale także sposób, w jaki funkcjonował jako proboszcz.

Samodzielny. Przywiązany do swojej parafii. Cieszący się ogromnym poparciem wiernych. Skromny i postrzegany przez mieszkańców jako człowiek, który nie potrzebuje kościelnych zaszczytów do budowania własnego autorytetu. To cechy, które powinny być zaletami duchownego.

Jednak w każdej silnie zhierarchizowanej instytucji niezależność podwładnego może stać się źródłem napięć. Szczególnie wtedy, gdy człowiek posiada autorytet wynikający nie z urzędu, ale z osobistego zaufania innych ludzi.

Nasi informatorzy opisują konflikt, w którym coraz większe znaczenie miało podporządkowanie księdza zasadom narzucanym przez administrację kościelną. Ich relacje każą postawić pytanie, czy decyzje wobec proboszcza były wolne od wpływu personalnych uprzedzeń oraz nacisków osób z otoczenia biskupa.

„Najsmutniejsze jest to, iż mówimy o człowieku, który całe życie poświęcił Kościołowi. Można było go upomnieć, można było wyjaśnić nieprawidłowości, można było znaleźć rozwiązanie bez tego całego publicznego upokorzenia. Tymczasem powstała sytuacja, w której najważniejsze stało się pokazanie, kto podejmuje decyzje i czyje zdanie musi być ostateczne. Wielu księży patrzy na to z ogromnym niepokojem”– dopowiada ksiądz, który prosi o anonimowość.

Jeżeli taka ocena odzwierciedla rzeczywisty mechanizm podejmowania decyzji, byłby to alarmujący sygnał dotyczący sposobu funkcjonowania diecezji.

Kościół nie może przecież stać się instytucją, w której najważniejszą cnotą księdza jest bezwarunkowa uległość wobec administracji. Posłuszeństwo nie oznacza rezygnacji z własnej godności. A pokora nie oznacza obowiązku przyznawania racji przełożonym niezależnie od okoliczności.

Wierni pokazali, gdzie naprawdę znajduje się autorytet

Jedna rzecz w sprawie księdza Józefa Zborka nie ulega wątpliwości.

Odwołanie proboszcza wywołało niezwykle silny sprzeciw miejscowej społeczności.

Już wcześniej mieszkańcy zbierali podpisy w jego obronie. Według doniesień medialnych w 2024 roku poparcie dla księdza wyraziło około 1600 osób.

W październiku 2026 roku konflikt osiągnął apogeum.

Tysiące ludzi zgromadziły się wokół kościoła, aby wyrazić solidarność ze swoim duszpasterzem. Nie można usprawiedliwiać agresywnych zachowań części protestujących. Nie można jednak ignorować tego, jak wielkim zaufaniem darzą księdza mieszkańcy.

Nie sposób też nie zauważyć kontrastu pomiędzy urzędowym autorytetem biskupa a osobistym autorytetem proboszcza. Pierwszy wynika z funkcji, jaką człowiek pełni w strukturach Kościoła. Drugi trzeba budować przez lata. Codzienną obecnością, uczciwością, pomocą, rozmową i gotowością do bycia z ludźmi również wtedy, gdy nie ma kamer, dziennikarzy ani wielkich uroczystości.

Ksiądz Józef Zborek przez blisko trzydzieści lat budował właśnie taki autorytet.

Nie zmieni tego żaden dekret. Nie zmienią tego kolejne oświadczenia.

Nie zmieni tego choćby ostateczne rozstrzygnięcie kościelnego trybunału.

Bo rozstrzygnięcie administracyjne może zakończyć sprawę urzędu. Nie może jednak wymazać tego, co człowiek pozostawił w sercach innych.

Kuria powinna zacząć od rachunku sumienia

W toku naszego śledztwa doszliśmy do wniosku, iż w tej sprawie konieczne jest zadanie pytań wykraczających daleko poza przypadek jednego proboszcza.

Jak naprawdę wygląda zarządzanie diecezją bielsko-żywiecką?

Czy księża mogą otwarcie mówić o nieprawidłowościach?

Czy mają możliwość przeciwstawienia się decyzjom, które uważają za niesprawiedliwe?

Czy stosunki finansowe pomiędzy parafiami a kurią są dostatecznie przejrzyste?

Czy przełożeni jednakowo traktują wszystkich duchownych, niezależnie od ich osobistych relacji z kościelną administracją?

Czy biskup i jego najbliżsi współpracownicy dostrzegają granicę pomiędzy egzekwowaniem posłuszeństwa a wywieraniem psychicznej presji?

Wreszcie, czy w całej tej sprawie ktoś rzeczywiście zastanowił się nad ludzkimi konsekwencjami podejmowanych decyzji?

Nie chodzi nam o stworzenie precedensu, w którym każdy proboszcz może ignorować prawo kanoniczne, jeżeli cieszy się poparciem parafian. Nie chodzi również o podważanie każdej decyzji biskupa. Chodzi o coś znacznie ważniejszego. O zasadę, iż choćby człowiek, który popełnił błąd, nie przestaje być człowiekiem zasługującym na szacunek.

Nawet duchowny uznany za winnego przewinienia kanonicznego nie traci prawa do godności, obrony swojego dobrego imienia i uczciwego traktowania.

Nie wolno wykorzystywać przewagi wynikającej z pełnionego urzędu do łamania drugiego człowieka.

Jeśli zarzuty wobec proboszcza były na tyle poważne, by uzasadniać jego odwołanie, biskup miał prawo korzystać z przewidzianych procedur.

Ale o ile ich egzekwowanie przerodziło się w próbę publicznego podporządkowania księdza, w atmosferze nacisków i narastających podejrzeń, wówczas odpowiedzialność władz diecezjalnych nabiera zupełnie innego wymiaru.

Najbardziej niepokojące jest milczenie innych duchownych

Nasi rozmówcy, którzy ze względu na pełnione funkcje chcą pozostać anonimowi, są szczególnie istotni dla wyjaśnienia tej sprawy.

To osoby znające realia funkcjonowania Kościoła od środka. Nie patrzą na kurię wyłącznie przez pryzmat niedzielnej wizyty biskupa w Grojcu. Znają mechanizmy podejmowania decyzji, zależności oraz znaczenie posłuszeństwa w relacjach duchownych z przełożonymi. I właśnie dlatego ich obawy przed publicznym zabraniem głosu powinny dawać do myślenia.

Współczesny Kościół nie może skutecznie odbudowywać zaufania społecznego, o ile wewnątrz własnych struktur nie potrafi zapewnić przestrzeni do uczciwej krytyki.

Nie może mówić wiernym o potrzebie prawdy, jeżeli jego duchowni obawiają się mówić otwarcie o problemach. Nie może żądać szacunku dla hierarchii, o ile sam nie potrafi okazać szacunku człowiekowi, który znalazł się w konflikcie z przełożonym. Nie może wreszcie oczekiwać, iż wierni bezrefleksyjnie zaakceptują każdą decyzję tylko dlatego, iż została podjęta przez biskupa. Kościelna godność nie zwalnia z odpowiedzialności.

Wręcz przeciwnie.

Im wyższy urząd, tym większe powinny być wymagania dotyczące uczciwości, sprawiedliwości i sposobu traktowania ludzi.

Czy naprawdę trzeba było zniszczyć człowiekowi reputację?

To pytanie powracało podczas naszej pracy wielokrotnie.

Ksiądz Józef Zborek nie jest bohaterem tej historii dlatego, iż zajmował wysokie stanowisko. Jest nim dlatego, iż przez niemal trzydzieści lat pozostawał blisko swojej wspólnoty. Nie budował autorytetu poprzez sprawowaną władzę.

Budował go poprzez codzienną posługę.

Tymczasem dzisiaj jego nazwisko funkcjonuje w przestrzeni publicznej w kontekście poważnego przestępstwa kanonicznego, sporów finansowych, odwołania przez biskupa i dramatycznego protestu wiernych.

Bez znajomości szczegółów kościelnego postępowania przeciętny odbiorca może mieć wrażenie, iż chodzi o człowieka, który dopuścił się czynów szczególnie nagannych. W świetle informacji uzyskanych przez nas od osób znających sprawę taki obraz może być głęboko nieproporcjonalny do charakteru faktycznych uchybień.

„Największy problem polega na tym, iż opinia publiczna słyszy o poważnym przestępstwie kanonicznym, ale nie wie, co naprawdę kryje się pod tym określeniem. W ten sposób bardzo łatwo zniszczyć reputację człowieka. o ile ktoś rzeczywiście naruszył przepisy kościelne, powinien ponieść odpowiedzialność. Tylko iż odpowiedzialność nie może zamieniać się w publiczne upokorzenie”– relacjonuje ksiądz znający kulisy sprawy.

Ta ocena trafia w sedno problemu. Kuria miała prawo bronić swoich decyzji. Ale miała również obowiązek pamiętać o konsekwencjach wypowiadanych publicznie słów. Słowa biskupa mają szczególną wagę. Dlatego powinny być wyjątkowo precyzyjne, odpowiedzialne i pozbawione jakiejkolwiek dwuznaczności.

Tymczasem w tej sprawie mamy publiczne oświadczenie o przyznaniu się księdza do winy oraz późniejsze zaprzeczenie samego zainteresowanego.

Mamy relacje o próbach nakłaniania go do medialnego oświadczenia.

Mamy informacje o konfliktach finansowych i personalnych.

Mamy wreszcie rozmówców, którzy wskazują na nieproporcjonalność działań podjętych wobec duchownego.

To wystarczająco wiele, aby nie przejść obok tej historii obojętnie.

UPOKORZYĆ KSIĘDZA. Czy właśnie o to chodziło?

Im więcej informacji zdobywamy, tym bardziej niepokojący staje się obraz tej sprawy.

Nie dysponujemy podstawami do stwierdzenia, iż każda decyzja kurii była motywowana złą wolą. Nie możemy również bez pełnej dokumentacji przesądzić, czy wobec księdza stosowano bezprawny przymus.

Ale możemy postawić mocną ocenę dziennikarską.

Sposób, w jaki potraktowano księdza Józefa Zborka, budzi poważne zastrzeżenia natury moralnej. Publiczne napiętnowanie, brak jasnego wyjaśnienia charakteru zarzutów, relacje o naciskach oraz sprzeczne wypowiedzi biskupa i proboszcza tworzą obraz instytucji, która w naszym przekonaniu bardziej skoncentrowała się na obronie własnego autorytetu niż na poszanowaniu godności człowieka.

To właśnie ten obraz wyłania się z naszego śledztwa dziennikarskiego.

W szczególności niepokoi nas możliwość, iż ksiądz Józef został potraktowany jako przykład dla innych duchownych. Jako człowiek, któremu należało pokazać granice niezależności. Jako proboszcz, którego ogromne poparcie wśród wiernych nie miało znaczenia wobec decyzji podejmowanych w kurii.

Jeżeli takie były rzeczywiste motywy działania części przedstawicieli diecezji, należałoby mówić o głębokim kryzysie sposobu sprawowania władzy kościelnej na poziomie kurii diecezjalnej.

Bo Kościół nie jest korporacją, w której pracownika można pozbawić funkcji, a następnie oczekiwać, iż zniknie z życia społecznego. Parafia nie jest prywatną własnością urzędników. A ksiądz nie jest przedmiotem, który można dowolnie przenosić, odsuwać i publicznie oceniać bez oglądania się na ludzkie konsekwencje.

W centrum każdej decyzji powinien pozostawać człowiek. Tym bardziej w instytucji, która od dwóch tysięcy lat głosi miłość bliźniego.

Biskupie Romanie Pindlu, kto odpowie za tę aferę?

Nie można już dłużej udawać, iż cała sprawa jest wyłącznie problemem nieposłusznego proboszcza i wzburzonych parafian.

Konflikt osiągnął skalę ogólnopolską. Doprowadził do głębokich podziałów, publicznych oskarżeń, interwencji policji i poważnego kryzysu zaufania do władz kościelnych. A przecież odpowiedzialność za sposób zarządzania diecezją spoczywa przede wszystkim na jej biskupie. To biskup i jego współpracownicy powinni przewidzieć konsekwencje podejmowanych działań. To oni powinni zadbać o odpowiednią komunikację z wiernymi. To oni powinni dopilnować, aby postępowanie wobec wieloletniego proboszcza nie przerodziło się w konflikt, który dzisiaj obserwuje cała Polska. Przede wszystkim to oni powinni odpowiedzieć na pytania dotyczące przebiegu spotkania w kurii 5 października.

Czy podejmowano próby uzyskania nagranego przyznania się księdza do winy?

Czy delegacja parafian rzeczywiście została wykorzystana do przekonywania proboszcza?

Czy możliwość pożegnania się z wiernymi uzależniano od publicznego oświadczenia?

Dlaczego biskup przekazał informację o przyznaniu się księdza do winy, skoro sam zainteresowany następnego dnia temu zaprzeczył?

I czy w otoczeniu władz diecezji znajdowały się osoby wywierające naciski na zdecydowane odsunięcie księdza Józefa od jego parafii?

To nie są pytania wymierzone w Kościół jako wspólnotę wiernych. To pytania o odpowiedzialność osób, które sprawują w nim władzę.

Milczenie nie może być odpowiedzią na zarzuty dotyczące sposobu traktowania człowieka. Tym bardziej gdy zarzuty te dotyczą ludzi, którzy sami powinni być przykładem moralnego postępowania.

Nie można odebrać człowiekowi godności dekretem

Wróćmy jeszcze na chwilę do Grojca.

Do niewielkiego kościoła, przed którym kilka dni temu gromadzili się parafianie. Do ludzi, którzy nie potrafili pogodzić się z odejściem swojego proboszcza. Do księdza Józefa Zborka, który przez niemal trzy dekady był obecny w najważniejszych chwilach życia miejscowej społeczności.

Jego przyszłość jako proboszcza została rozstrzygnięta w ramach procedur prawa kanonicznego. Ale moralna ocena sposobu przeprowadzenia tej decyzji pozostaje otwarta.

Nie zamierzamy przekonywać, iż każdy duchowny cieszący się poparciem wiernych powinien być zwolniony z odpowiedzialności. Wręcz przeciwnie. W Kościele powinny obowiązywać jasne zasady, a każde rzeczywiste naruszenie prawa zasługuje na uczciwą ocenę. Jednak żaden przepis nie powinien stanowić usprawiedliwienia dla upokarzania drugiego człowieka.

Żaden urząd nie daje moralnego prawa do niszczenia czyjejś reputacji.

Żadna kościelna hierarchia nie może zastąpić zwykłej ludzkiej przyzwoitości.

Jeżeli ktoś popełnił błąd, należy go rozliczyć. o ile wyrządził szkodę, powinien ją naprawić.

Ale o ile człowiek po trzydziestu latach służby staje się przedmiotem publicznej afery, w której zaczyna liczyć się przede wszystkim wykazanie przewagi przełożonych, Kościół ma problem znacznie większy niż nieposłuszeństwo jednego księdza.

Ma problem z własnym systemem wartości.

Bo można odebrać księdzu parafię. Można zabrać mu urząd, stanowisko i możliwość dalszego kierowania wspólnotą. Ale nie można odebrać mu człowieczeństwa.

I nie można dziwić się wiernym, iż stają w obronie kapłana, którego przez trzydzieści lat poznawali nie z urzędowych komunikatów, ale z codziennego życia.

Być może ksiądz Józef Zborek nie był idealnym administratorem.

Być może popełniał błędy w zakresie kościelnych regulacji.

Być może nie zawsze podporządkowywał się oczekiwaniom przełożonych.

Jednak ludzie, z którymi rozmawialiśmy, zapamiętali go przede wszystkim jako dobrego człowieka i kapłana. A to mówi o jego posłudze znacznie więcej niż jakikolwiek urzędowy komunikat.

W naszym przekonaniu to nie ksiądz Józef Zborek powinien dzisiaj dokonać rachunku sumienia. Znacznie poważniejszy rachunek sumienia czeka tych, którzy decydowali o jego losie i o sposobie potraktowania go w ostatnich dniach.

Bo największym skandalem tej historii może ostatecznie okazać się nie samo przewinienie księdza. ale sposób, w jaki potraktowali go ludzie zobowiązani do nauczania miłosierdzia i sprawiedliwości.

Księdzu biskupowi Romanowi przypominamy o kanonie 1378 Kodeksu prawa kanonicznego.

Dziennik Śledczy będzie kontynuował śledztwo

Nasza redakcja będzie przez cały czas wyjaśniać kulisy odwołania księdza Józefa Zborka, w szczególności mechanizmy podejmowania decyzji w kurii bielsko-żywieckiej, możliwe konflikty personalne i finansowe oraz okoliczności wydarzeń z 5 października.

Dysponujemy materiałem dokumentującym rozmowy z osobami znającymi okoliczności sprawy. Chronimy tożsamość informatorów, którzy ze względu na pełnione funkcje i obawę przed konsekwencjami nie chcą występować publicznie.

Oczekujemy również wyjaśnień ze strony władz diecezjalnych i odniesienia się do wątpliwości dotyczących możliwych nacisków na proboszcza.

Bo ostatecznie w tej sprawie nie chodzi wyłącznie o jednego księdza. Chodzi o to, czy za murami kościelnych urzędów szacunek do człowieka przez cały czas jest ważniejszy niż bezwzględne posłuszeństwo i demonstracja władzy.

Autor: Dawid Burzacki – dziennikarz śledczy

Posiadasz informacje na temat tej sprawy? Skontaktuj się z autorem: [email protected]

Idź do oryginalnego materiału