To kolejne zdarzenia z udziałem słupków za miliony, które miały skutecznie chronić reprezentacyjny deptak przed wjazdem pojazdów bez uprawnień. System miał działać prosto: przed pojazdem z uprawnieniami słupki miały się chować, a przed pozostałymi - pozostawać w górze. We wtorek znów nie obyło się bez problemów.
Najpierw taksówkarz. Potem radiowóz straży miejskiej
Do pierwszego zdarzenia doszło około godz. 14.
- 39-letni kierujący toyotą corollą wjechał na wysuwający się słupek. Nie przyjął mandatu, więc wniosek trafił do sądu
- informuje podkomisarz Kamila Sowińska z biura prasowego Komendy Miejskiej Policji w Łodzi.
Według policji, taksówkarz nie zachował odpowiedniej ostrożności i najechał na słupek, który podnosił się po przejeździe znajdującego się przed nim pojazdu uprzywilejowanego.
Na tym jednak nie koniec.
Około pół godziny później do niemal identycznego zdarzenia doszło na wysokości ul. Nawrot. Tym razem bliskie spotkanie ze słupkiem zaliczył... radiowóz Straży Miejskiej w Łodzi.
- Kolizja miała miejsce około godz. 14.30. Kierujący został pouczony
- potwierdziła Kamila Sowińska.
I właśnie ten przypadek jest najbardziej zastanawiający. Radiowóz straży miejskiej należy przecież do pojazdów, którym system powinien umożliwiać przejazd. Co więc się stało?
Policja odsyła w tej sprawie do Straży Miejskiej. Straż Miejska z kolei - do policji.
- Nie znam przebiegu zdarzenia, czynności wyjaśniające prowadzi policja
- powiedziała nam Joanna Prasnowska z Komendy Straży Miejskiej w Łodzi.
Czy zawinił kierowca? Czy słupek podniósł się w niewłaściwym momencie? Do chwili publikacji Urząd Miasta Łodzi nie wyjaśnił, co było przyczyną zdarzenia.
Toyota już wcześniej zawisła na słupkach
To nie pierwsza podobna historia. 12 sierpnia na wysokości restauracji „Komediowa”, przed skrzyżowaniem z ul. Próchnika i Rewolucji 1905 roku, na słupki najechała 67-letnia kobieta kierująca toyotą. Auto zawisło na urządzeniu. Pierwszy głośny przypadek miał miejsce już 12 maja.
Samochód dostawczy, mijając się z innym pojazdem w pobliżu ul. Traugutta, zahaczył o słupek. Tym razem to konstrukcja wyszła ze starcia gorzej - mocowanie zostało wyrwane, a słupek legł na jezdni.
Miasto przekonywało wtedy, iż urządzenie zachowało się zgodnie z założeniami.
- Samochód nie uderzył centralnie w ten słupek, tylko go trącił. Dwa samochody mijały się w tym miejscu i jeden zawadził go bokiem. Nie możemy mówić o próbie staranowania. Słupek zachował się tak jak należy, czyli położył się
- tłumaczył Bartosz Król, zastępca dyrektora Miejskiego Centrum Inwestycji.
Kilka tygodni później słupki znów zaliczyły „crash test”. W nocy z 24 na 25 lipca taksówkarz próbował przejechać przez zamknięty odcinek Piotrkowskiej między Jaracza a Rewolucji 1905 r., jadąc za samochodem, który miał uprawnienia do przejazdu.
Pierwsze auto przejechało, słupki zaczęły się podnosić, a taksówkarz nie zdążył przejechać i uderzył w urządzenie. Uszkodzona została pokrywa słupka i opaska LED.
Później w internecie pojawiło się też nagranie karetki stojącej przed podniesionymi zaporami z włączonymi sygnałami świetlnymi i dźwiękowymi. Nagranie ponownie wywołało pytania o to, jak system działa w przypadku służb.
Słupki na Piotrkowskiej kosztowały około 6 mln zł i miały być zabezpieczeniem przed nieuprawnionym wjazdem oraz potencjalnym zagrożeniem. Tymczasem lista zdarzeń z ich udziałem robi się coraz dłuższa. Inwestycja miała być oddana do użytku w ubiegłym roku, jednak wciąż nie jest zakończona. Urząd Miasta Łodzi podkreśla, iż faza testów jeszcze trwa.

2 godzin temu













English (US) ·
Polish (PL) ·
Russian (RU) ·