Ruda. Wspomnienia gliny

wschodni24.pl 6 godzin temu

Rozdział 1

Broń w krótkich spodenkach

Ruda, w którym roku poszłaś do policji?

W 1992.

Dziewiętnaście lat służby i już emerytura?

To pytanie słyszałam setki razy.

Jedni mówili, iż policjanci mają dobrze. Inni zazdrościli. Jeszcze inni pytali, czy naprawdę przez tyle lat wydarzyło się coś, o czym warto napisać książkę.

Zawsze odpowiadałam:

Gdybym opisała wszystko, nikt by mi nie uwierzył.

Nazywali mnie Rudą. Po kilku latach służby mało kto pamiętał moje prawdziwe imię. W policji pseudonimy przyklejają się szybciej niż stopnie na pagonach. Jedne wynikają z wyglądu, inne z charakteru, a jeszcze inne z jednej sytuacji, o której później mówi cała komenda.

Przez dziewiętnaście lat służby widziałam rzeczy, których nie życzę nikomu. Ale widziałam też takie, z których do dziś śmieję się razem z kolegami.

Ta historia wydarzyła się na początku mojej policyjnej drogi.

Był maj 1992 roku. Ciepłe popołudnie w Gliwicach.

Kilka dni wcześniej jeden z mieszkańców oglądał telewizyjny komunikat z wizerunkami osób poszukiwanych. Twarz jednego z nich zapadła mu w pamięć.

Tamtego dnia stał na przystanku autobusowym i nagle zorientował się, iż kilka metrów dalej siedzi dokładnie ten sam mężczyzna.

Spokojny.

Niewyróżniający się niczym szczególnym.

Nie uciekał, nie rozglądał się nerwowo. Po prostu czekał na autobus, jak każdy inny pasażer.

Mężczyzna zachował zimną krew. Dyskretnie odszedł od przystanku i zawiadomił policję.

Najbliżej był patrol zmotoryzowany.

Pojechali.

Zatrzymanie przebiegło spokojnie. Mężczyzna nie stawiał oporu. Miał na sobie koszulkę i krótkie spodenki. Policjanci pobieżnie sprawdzili jego odzież, posadzili go na tylnym siedzeniu radiowozu i ruszyli w kierunku zakładu karnego.

Nikt nie przypuszczał, iż za kilka minut cała komenda stanie na nogi.

W tamtych latach radiowozy nie wjeżdżały jeszcze na teren zakładu karnego. Zatrzymywały się przed bramą. Policjant wyprowadzał zatrzymanego i przekazywał go funkcjonariuszom Służby Więziennej.

Kiedy otwarto drzwi radiowozu, wszystko wydarzyło się błyskawicznie.

Mężczyzna wsunął rękę do krótkich spodenek.

Po chwili wyciągnął pistolet.

A przynajmniej coś, co wyglądało jak prawdziwy pistolet.

Wycelował prosto we mnie.

Pamiętam tylko tę lufę.

I jedną myśl.

„To już koniec…”

Potem zapadła ciemność.

Zemdlałam.

Dopiero później dowiedziałam się, co wydarzyło się dalej. Sama tego nie widziałam. Tę część historii znam wyłącznie z opowieści kolegów, którzy uczestniczyli w całej akcji.

Mówili, iż wszystko trwało zaledwie kilka sekund.

Facet wykorzystał moment naszego zaskoczenia.

Odwrócił się i rzucił do ucieczki.

Za nim! – krzyknął jeden z policjantów.

Przeskoczył przez niski żywopłot przed więzieniem i pobiegł w stronę pobliskiego osiedla.

Po chwili radiostacje dosłownie oszalały.

Uwaga wszystkie patrole! Uciekinier z bronią!

Kierunek osiedle!

Może strzelać!

Nikt jeszcze nie wiedział, iż pistolet jest atrapą.

Dla wszystkich był uzbrojonym przestępcą, który właśnie zagroził policjantom i uciekł spod zakładu karnego.

W kilka minut do pościgu ruszyły kolejne patrole.

Jeden z kolegów opowiadał mi po latach:

Biegliśmy przez podwórka, garaże i trawniki. Człowiek choćby nie czuł zmęczenia. W głowie była tylko jedna myśl, żeby nie zdążył skrzywdzić przypadkowych ludzi.

Uciekający co chwilę oglądał się za siebie. Zmieniał kierunek, przeskakiwał ogrodzenia, próbował zgubić policjantów między blokami.

Nie udało mu się.

Z każdą minutą wokół niego pojawiały się kolejne patrole.

Miasto powoli zamykało się wokół niego.

W końcu został zatrzymany.

Jeden z policjantów odkopnął pistolet jak najdalej.

Dopiero wtedy wszyscy zorientowali się, iż broń była atrapą.

Na komendzie długo wracano do tej historii.

Jedni śmiali się z mojego omdlenia. Inni powtarzali, iż gdy człowiek widzi lufę wycelowaną prosto w twarz, nie ma czasu zastanawiać się, czy broń jest prawdziwa.

Ja zapamiętałam z tamtego dnia coś zupełnie innego.

W policji nie ma miejsca na rutynę.

Jeden źle oceniony człowiek. Jedno niedokładne przeszukanie. Jedna sekunda nieuwagi.

To wystarczy, żeby zwykła interwencja zamieniła się w walkę o życie.

Po tamtym zdarzeniu zaczęto znacznie większą wagę przykładać do dokładnego przeszukiwania zatrzymanych i zasad ich konwojowania. W policji wiele procedur rodzi się właśnie z takich doświadczeń.

To było pierwsze wspomnienie, którym podzieliła się ze mną Ruda.

Pierwsze z wielu.

Przez kilka miesięcy spotykaliśmy się przy kawie. Czasem rozmawialiśmy godzinę, czasem pół dnia. Ja słuchałem, a ona wracała pamięcią do ludzi, których już nie ma, do kolegów z patrolu, pierwszych interwencji, pościgów, dramatów i sytuacji tak zabawnych, iż do dziś wywołują uśmiech.

Nie wszystkie historie są lekkie.

Nie wszystkie kończą się szczęśliwie.

Ale wszystkie wydarzyły się naprawdę.

Nazywam się Marcus Pryszberg.

To ja namówiłem Rudą na tę policyjną „spowiedź”. Moją rolą było uważnie słuchać i opisać jej świat takim, jakim go zapamiętała.

Przed Wami pierwsza historia.

Już niedługo opowiemy kolejną.

Bo uwierzcie… najlepsze – i często najbardziej niewiarygodne – wspomnienia Rudej dopiero przed nami.

Idź do oryginalnego materiału