Rozdział 18 / Jake1994

publixo.com 2 godzin temu

Zatrzymuję Forda w cieniu starej cegielni, dwie przecznice od opuszczonego kompleksu magazynów na północnym skraju dystryktu. Gaszę silnik. W kabinie panuje absolutna cisza, przerywana tylko miarowym oddechem Miller, która siedzi na miejscu pasażera. Zasadzka została założona kilka godzin temu. Zastraszony Spooner zagrał swoją rolę życia – poszedł do starych kontaktów Vargi na ulicy i wypuścił `złoty cynk`. Miejska śmieciarka numer 14 miała awarię. Została porzucona w starym magazynie przy Trzeciej Alei. Pod stertą odpadów ukryta jest tona czystego Szkła. Informacja musiała błyskawicznie dotrzeć do samego szczytu drabiny. Dixon, siedzący w swoim luksusowym gabinecie w ratuszu, wie doskonale, iż jeżeli jakikolwiek niezależny patrol policji wejdzie do tej śmieciarki przed nim, jego polityczna kariera i wolność znikną w sekundę. Będzie zmuszony posprzątać ten bałagan osobiście, rękami swojej prywatnej armii czyścicieli. A my będziemy tam czekać.
Wysiadamy z wozu bez słowa. Deszcz zacina w twarz, zamieniając ulice w czarne lustra. Ruszamy biegiem wzdłuż siatki okalającej magazyny. Wspinamy się po śliskiej, pordzewiałej drabinie ewakuacyjnej na dach budynku sąsiadującego bezpośrednio z magazynem numer trzy. Pokrywająca dach papa jest nasiąknięta wodą, lepka i zdradliwa.
Kładziemy się na krawędzi murku, a zimno betonu natychmiast przenika przez moje ubranie. Wyciągam z kieszeni płaszcza wojskowy noktowizor i przykładam go do oczu. Zielonkawy obraz ukazuje zamkniętą, rdzewiejącą bramę rolowaną magazynu na dole. Z kieszeni kurtki wyciągam zaszyfrowane radio. Gray czeka kilka przecznic dalej, ukryty w mroku ze swoimi zaufanymi ludźmi taktycznymi z zewnątrz wydziału. Czekają tylko na jedno słowo, by wejść i zgarnąć ludzi wiceburmistrza na gorącym uczynku.
— Są — szepcze nagle Miller, szturchając mnie w ramię. Przez zielony filtr noktowizora widzę, jak w alejkę powoli i bezszelestnie, na zgaszonych światłach, wjeżdżają trzy czarne, nieoznakowane vany. Zatrzymują się z precyzją wojskowego konwoju pod samą bramą magazynu. Zsuwają się z nich tylne drzwi. Wysypuje się z nich co najmniej tuzin facetów. Mają na sobie ciemne kombinezony bez insygniów, kominiarki i broń długą. To nie są uliczne zbiry Vargi. To profesjonaliści, najemnicy opłacani z lewych funduszy miasta.
Podchodzą do bramy magazynu. Dwóch z nich wyciąga ciężkie nożyce do cięcia kłódek. Mój kciuk wędruje na przycisk nadawania w radiu. — Komendancie, mamy ich. Zbliżają się do bramy... — szepczę, szykując się do wydania komendy.
I w tym ułamku sekundy wszystko idzie do piekła. Z dachu opuszczonej garbarni, dokładnie po przeciwnej stronie ulicy, prosto na czarne vany pada ostre, precyzyjne światło latarki taktycznej. Trzy krótkie błyski. Przerwa. Jeden długi. Sygnał ostrzegawczy.
Faceci w kominiarkach na dole zamierają. Dowódca grupy podnosi głowę, patrzy na dach naprzeciwko i wykonuje jeden, krótki ruch ręką. Ciężkie nożyce lądują z powrotem w vanie. Najemnicy w idealnym szyku, bez słowa, wycofują się do wozów. Drzwi zatrzaskują się z głuchym hukiem, a vany z rykiem silników i piskiem palonych opon wyrywają z alejki, rozbryzgując wodę z kałuż. Znikają, zanim zdążę wziąć oddech.
Zostaliśmy spaleni. Ktoś wiedział o zasadzce. — Adam! — krzyczy Miller, zrywając się na równe nogi. Ale ja już nie słucham. Furia całkowicie przejmuje kontrolę. Upuszczam radio na papę dachu i ruszam biegiem wzdłuż krawędzi, prosto w stronę dachu garbarni. Przeskakuję przez metrową szczelinę między budynkami. Mokra papa usuwa mi się spod stóp, ale padam na twardy beton, przetaczam się i natychmiast wstaję. Moje płuca palą, a w miejscu po nożu z doków czuję nagłe, ostre rwanie. Tkanka, która wciąż nie doszła do siebie po sepsie, pęka pod naporem przeciążenia. Pod lewym żebrem rozlewa się parzący gorąc, a wilgotna plama osocza i krwi powoli zaczyna wsiąkać w materiał koszuli, ale jestem w amoku. Nie mam czasu, by o tym myśleć. Napędza mnie czysta, mordercza adrenalina.
Widzę go. Ubrany na czarno facet biegnie w stronę schodów przeciwpożarowych po drugiej stronie dachu. W dłoni wciąż trzyma czarną latarkę. — Stój! — ryczę, przyspieszając. Facet ogląda się przez ramię i widząc mnie, rzuca się w dół po stalowych, rdzewiejących schodach ewakuacyjnych. Dopadam do barierki i zeskakuję na półpiętro. Moje buty ślizgają się po mokrym metalu. Dopadam go na drugim piętrze.
Rzucam się na niego całym ciężarem ciała. Moje ramię wbija się w jego plecy z potężną siłą. Obaj z impetem wpadamy na ciężkie, stalowe drzwi techniczne. Dźwięk uderzenia niesie się echem po całej ulicy. Facet odwraca się, próbując uderzyć mnie latarką w skroń. Uchylam się w ostatniej chwili. Chwytam go za nadgarstek, wykręcam mu rękę do tyłu, aż kość chrupie, a latarka z brzękiem wypada na metalowe kraty.
Napastnik kopie mnie w kolano, próbuje się wyrwać, ale jestem w amoku. Uderzam go czołem w nos, a potem łapię obiema rękami za fraki i z całą wściekłością ciskam nim o ceglaną ścianę. Osuwa się na kolana, ciężko dysząc. Podchodzę do niego. Jednym gwałtownym szarpnięciem zrywam mu z twarzy czarną kominiarkę. Podnoszę latarkę z ziemi i świecę mu prosto w twarz.
Krew ścina mi się w żyłach. Mój mózg przez sekundę odmawia przetworzenia tego obrazu. Złamany nos, rozcięta warga i ten sam chłodny, cyniczny wzrok. To detektyw Reynolds z wydziału antynarkotykowego. Ten sam skurwysyn, który wpatrywał się we mnie z podejrzliwością na korytarzu komendy wiele tygodni temu. Facet, z którym mijałem się w bufecie.
Reynolds pluje krwią na mokry metal schodów i zaczyna się śmiać. To cichy, mroczny, obłąkany śmiech człowieka, który wie, iż choćby przyparty do muru ma w ręku wszystkie karty. — Co ty sobie myślałeś, Harrison? — charczy, unosząc głowę w świetle mojej latarki. — Myślałeś, iż wystawienie Vargi i ucieczka Owensa cokolwiek zmieniły? Że pozbyłeś się zgnilizny?
Złapałem go za gardło, dociskając mocniej do cegieł. — Kto ci dał cynk o prowokacji?! Z kim pracujesz?!
Reynolds śmieje się jeszcze głośniej, choć brakuje mu powietrza. — Jesteś naiwnym głupcem, Adam. Dixon ma na swojej prywatnej liście płac połowę tego pieprzonego wydziału. W narkotykowym, w prewencji, w technicznym. Jesteśmy wszędzie. Owens był tylko nadzorcą jednego sektora. Nie wygrasz tego. Ty, Miller, a choćby Gray... jesteście tylko planktonem. choćby ten wasz komendant wielki sprawiedliwy... on choćby nie wie, z kim pije rano kawę. Rozgrywamy was od samego początku.
Z każdym jego słowem czuję, jak fundamenty tego, o co walczyłem, kruszą się i obracają w pył. Komenda nie była zinfiltrowana przez kilku ludzi Owensa. Komenda była armią wiceburmistrza. Usunięcie Vargi nie oczyściło niczego. Wycięliśmy tylko chwast, podczas gdy pod ziemią rozciągała się cała, zgniła grzybnia.
Puszczam Reynoldsa, uświadamiając sobie przerażającą prawdę. Nie mogę mu choćby założyć kajdanek. Nie mogę zadzwonić po wsparcie, bo radiowóz, który tu przyjedzie, może być obsadzony przez ludzi Dixona. choćby zaufana grupa uderzeniowa Graya nie dała rady, bo kret siedział tuż obok nich. Pętla, o której myślałem, iż zarzuciłem ją na szyję wiceburmistrza, właśnie zacisnęła się na mojej własnej. Jesteśmy zdani tylko na siebie, a w tym mieście nie ma już ani jednego człowieka z odznaką, któremu mógłbym zaufać.
Idź do oryginalnego materiału