— Przepraszamy bardzo — zaczął jeden z policjantów — ale ta pani twierdzi, iż wasz kot przeskoczył na jej balkon, zaatakował ją, a potem ukradł jej kociaka…

5 godzin temu

Proszę nam wybaczyć zaczął jeden z policjantów ale ta pani twierdzi, iż państwa kot przeskoczył na jej balkon, zaatakował ją, a potem ukradł jej kociaka

Są takie bloki, które nazywają się narożnymi. To te, gdzie dwa skrzydła budynku spotykają się pod kątem prostym dokładnie dziewięćdziesiąt stopni.

Jeśli po wewnętrznej stronie są balkony, to w samym narożniku prawie się stykają ze sobą. To prawie to w najlepszym razie półtora metra.

I o tym właśnie…

Pewnego popołudnia wracaliśmy z Ireną do domu. Mieszkaliśmy na piątym piętrze, w jednym z takich narożnych bloków w Warszawie. Pracowaliśmy oboje w tej samej firmie, więc jeździliśmy do pracy naszym starym fiatem.

Kiedy już przechodziliśmy przez podwórko, zauważyliśmy, jak bezpańskie psy rzuciły się na bezdomnego kota, którego dokarmiali sąsiedzi, trochę my, a trochę inne dobre dusze.

Nie zastanawiałem się długo pognałem psy, ale kot mocno oberwał. Na szczęście, nic poważnego. Zawinęliśmy go w sweter Ireny i wróciliśmy do samochodu.

W gabinecie weterynaryjnym opatrzyli mu rany, zszyli rozcięcie, podłączyli kroplówkę z solą fizjologiczną i witaminami, dali antybiotyk i zalecili zjawiać się codziennie przez tydzień.

Tak kot o imieniu Gustlik został z nami.

Czemu Gustlik? mógłby ktoś zapytać. A dlatego, iż przypominał złego bandytę. Pysk miał groźny, posturę poważną. W rzeczywistości jednak…

Złowrogi Gustlik przyzwyczaił się do naszego domu szybciej, niż sądziłem. Już po dwóch dniach leżał wygodnie na miękkim kocu, mruczał rozanielony i przewracał się na plecy, gdy Irena drapała go po brzuchu.

Spójrz tylko, jaki rozpuszczony panicz! śmiała się, głaszcząc go po sierści.

Gustlik trochę się jeszcze krzywił chociaż rany bolały, najwyraźniej uwielbiał te pieszczoty.

Odkąd się u nas zadomowił, wypiał się, odżywił, futro mu zabłyszczało i coraz chętniej wskakiwał na kolana.

Dawne życie zimno, głód, ciągły strach powoli znikało jak zły sen.

Teraz lubił spędzać czas na balkonie, obserwując podwórko. Nie ciągnęło go już na ulicę tę wolność znał i znał jej cenę.

Sąsiednie balkony go nie interesowały. Do czasu…

Pewnego dnia na sąsiednim niemal stykającym się balkonie pojawił się kociak. Malutki, puchaty, zadbany.

Rasowy szczęściarz… Skąd on niby może wiedzieć, jak wygląda życie pomyślał Gustlik i prychnął pogardliwie, odwracając się demonstracyjnie.

Ale następnego popołudnia usłyszał niepokojący dźwięk. Zbliżył się. Kociak siedział w kącie i żałośnie płakał.

Hej! zagaił Gustlik. Co ty ryczysz? Źle ci karmę podali?

Maluch aż podskoczył i jeszcze mocniej przykleił się do ściany, spoglądając lękliwie na dużego, groźnie wyglądającego kota.

No i dlaczego płaczesz?! powtórzył Gustlik.

Kociak wyszeptał, nie wychodząc ze swojej kryjówki:

Uderzyła mnie kapciem… Boli okropnie.

Gustlik nie znał tego uczucia. U nas był kochany i rozpieszczany, a jego przewinienia wybaczane. Jednak ból pamiętał aż za dobrze.

Kapciem? Za co?

Miałem czelność zamiauczeć rano… Byłem głodny…

I co? zdziwił się Gustlik.

Uderzyła mnie za to i krzyczała na mnie

Mały kłębek szarego futerka aż drżał ze strachu. Gustlik przypomniał sobie własne przygody z ulicy, głód, zimno i strach.

Bije cię często? zapytał cicho.

Prawie zawsze wyszeptał kociak. Za każdy hałas czy psotę. Ona mnie nie kocha…

Za to przez telefon przechwala się koleżankom, iż jestem drogi. Że kosztowałem mnóstwo pieniędzy. Nie wiem, co znaczy być drogim…

Gustlik wiedział. Irena często do niego mówiła z czułością:

Mój kochany.

Ale w ustach tej kobiety to brzmiało zupełnie inaczej.

Zmarszczył się. Czuł głębokie współczucie dla malucha. Gdyby spotkali się na ulicy, wiedziałby, co robić, ale teraz… Był rozpieszczanym domowym kotem. Co miał począć?

Kociaka zawołano do domu. Podkulił ogonek, uszy opuścił, po czym przestraszony zniknął za uchylonymi drzwiami. Na kaflach został mokry ślad, a Gustlik przypomniał sobie, jak sam, będąc małym, zlał się ze strachu przed wielkim psem…

Od tego czasu coraz częściej tkwił na balkonie. Z nowym kolegą którego pani nazywała Dolar, a Gustlik w myślach nazywał Szaraczkiem rozumieli się, jakby znali latami.

Szaraczek przybiegał na balkon poskarżyć się:

Powiedziała dzisiaj, iż jak nie przestanę hałasować, wyrzuci mnie przez balkon. Ma dosyć sprzątania po mnie…

Futra Gustlika aż stanęła dęba, a kły same się odsłaniały. Często słyszał krzyki sąsiadki, ordynarne przekleństwa i… czasem aż zadrżał na dźwięk klapnięcia kapcia o drobną kocią łapkę.

Decyzję podjął dawno temu. Jednak paraliżował go strach.

Wyrzucą mnie myślał. A wtedy znów czeka mnie to samo: zimno, głód, samotność. Nie chcę wracać na ulicę.

Ale myśl, iż ona może zabić Szaraczka, nie dawała mu spokoju.

Wszystko stało się pewnego wieczoru. Siedziałem na balkonie, a z mieszkania za ścianą dobiegała kłótnia. Sąsiadka wrzeszczała z łóżka na Szaraczka. W odbiciu szyb dostrzegałem, jak podnosi kapcia, celuje w kociaka i krzyczy:

Ty paskudo! Zaraz cię zabiję!

Nie wiem, jak znalazłem się na jej balkonie. Przeskoczyłem te półtora metra.

Nie zdążyła rzucić kapcia. Przed nią, na łóżku zjawiło się coś jak z nocnych koszmarów.

Potężny kot o bandyckim pysku, syczący, zjeżony, drący się na całe gardło. Dla sąsiadki wyglądał jak sam diabeł.

Krzyknęła, upuściła kapcia, a noga jej się momentalnie zrosiła. Wydawało jej się, iż płonie piekłem.

Diabeł podniósł łapę z wyciągniętymi pazurami. Sąsiadka zapiszczała, zasłoniła się dłońmi i zemdlała.

Dziesięć minut później w naszym mieszkaniu zadzwonił domofon. W drzwiach stała rozczochrana sąsiadka z dzikim spojrzeniem.

Państwa kot mnie zaatakował! krzyczała. Podrapał mnie i ukradł mojego bardzo drogiego kociaka! Dzwonię na policję!

Proszę pani odparła spokojnie Irena nasz kot choćby nie wychodzi z mieszkania. A państwa kociaka u nas nie ma.

Sąsiadka wpadła w furię. Chciała coś powiedzieć, zamiast tego syknęła złowrogo, obróciła się i zatrzasnęła drzwi.

Chwilę później zjawił się patrol policji. Za nimi fala nowych pretensji.

Przepraszamy zaczął jeden z funkcjonariuszy ale ta pani zgłosiła, iż państwa kot przeskoczył na jej balkon, zaatakował ją i porwał jej kociaka…

Słucham?! oboje z Ireną aż podskoczyli.

Proszę wejść odparłem spokojnie. Sami się przekonacie: kot u nas jest, śpi na kanapie. Żadnego kociaka nie mamy.

Weszli do środka. Gustlik naprawdę spał, rozciągnięty wygodnie na kanapie.

To on! To ten potwór! wrzasnęła sąsiadka. On mnie zaatakował i porwał mojego Dolara!

Przepraszam, co niby ukradł? nie pojmowali policjanci. Państwa kot ukradł dolary?

Czy wy wszyscy jesteście głupi?! wrzeszczała. Mojego kociaka tak nazwałam!

Policjanci spojrzeli po sobie i weszli na balkon.

Tu są prawie dwa metry zauważył jeden.

Chce pani powiedzieć, iż ten kot przeskoczył z kociakiem w zębach? spytał drugi.

Nie wierzycie mi?! wrzasnęła sąsiadka, miotając się po mieszkaniu. Dolar! Dolar! Dolar!

Otwierała szafy, przewracała bieliznę, wytrzepywała zawartość na podłogę. Policjanci musieli ją posadzić na krześle.

Proszę pani rzekł stanowczo jeden dewastuje pani cudze mieszkanie. Za taki bałagan właściciele mogą zgłosić sprawę do sądu.

Co?! Po tym, jak ich kot mnie zaatakował i uprowadził mojego pupila?!

Proszę pokazać, gdzie został panią podrapany lub pogryziony poprosił drugi policjant.

Sąsiadka zaniemówiła i tylko zaczęła krzyczeć:

Jeszcze się z wami wszystkimi policzę!

Przepraszam, ale od pani bardzo mocno pachnie moczem Może pani wstać z mojego krzesła? wtrąciła Irena.

Sąsiadka najpierw poczerwieniała, potem zbladła i wybiegła z naszego mieszkania, trzaskając drzwiami.

Chcecie zgłosić sprawę do sądu? zapytał jeden z policjantów.

Nie, dziękujemy zgodnie odpowiedzieliśmy z Ireną.

Chyba nie jest z nią najlepiej dodała cicho Irena.

Przepraszamy za zamieszanie powiedzieli policjanci i wyszli.

Spojrzeliśmy na Gustlika, który właśnie rozbudzony siedział na kanapie.

No dalej powiedziałem.

No dalej powtórzyła Irena.

Gustlik spojrzał na nas przepraszająco. Zeskoczył z kanapy i ruszył do szafy. Zdecydowanym ruchem podważył drzwi, wskoczył na półkę i delikatnie wyciągnął spod ręczników przerażonego kociaka.

Matko Boska… westchnęliśmy równocześnie.

Usiedliśmy na kanapie. Gustlik położył przy nas trzęsącego się szarego malucha.

I co teraz? zapytała Irena, biorąc Szaraczka na kolana.

Kociak jeszcze bardziej się skulił.

Nic się nie bój, maluszku powiedziałem delikatnie.

U nas kotów się nie krzywdzi dodała Irena, głaszcząc maleństwo. A ty, Gustliku Masz szlaban! Tak się nie robi! Trzeba było rozwiązać to inaczej

Jak niby? zdziwiłem się. Przecież uratował malucha z rąk wiedźmy! Czemu go karzesz?

A zresztą, żadnego kociaka nie mamy. Przecież tak powiedziała policja.

No tak westchnęła Irena, zwracając się do Szaraczka. Męska solidarność Może jeszcze chcesz, żebym go nagrodziła?

Właśnie! Należy mu się nagroda! uśmiechnąłem się. Chodź, Gustlik, dostaniesz kawałek kurczaka.

Popatrz na niego! oburzyła się Irena, szukając wsparcia u kociaka.

Ale Szaraczek niespodziewanie wyciągnął łapki i chwycił jej dłoń, przytulając się ostrożnie.

Irena się uśmiechnęła.

Dobrze Tym razem ci przebaczam.

Zaraz poszliśmy z Gustlikiem do kuchni, a Szaraczek został na kolanach Ireny i już cicho mruczał, odkrywając, iż głaskanie jest przyjemne.

Zastanawiał się tylko nad znaczeniem słowa kochany. Bo w ustach tej dobrej kobiety brzmiało ono całkiem inaczej…

Idź do oryginalnego materiału