
PISUARIA — czyli klejnoty rodowe PiS
Były takie czasy, gdy korony przechowywano w skarbcach, a klejnoty rodowe pokazywano ludowi
wyłącznie podczas największych uroczystości.
Ród Pisuariuszy poszedł jednak z duchem czasu i zamiast rubinów, szafirów oraz berła zgromadził
kolekcję znacznie bardziej współczesną.
Nazwano ją Pisuariami, bo żaden uczony heraldyk nie potrafił znaleźć określenia lepiej oddającego
majestat zbioru.
W pierwszej gablocie spoczywała Zonda Crypto, mieniąca się światłem ekranów i obietnicami świata, w
którym pieniądz potrafi znikać szybciej niż odpowiedzialność.
Obok leżał ciężki klejnot SKOK Wołomin, którego historię kustosze opowiadali zawsze bardzo długo, lecz
nigdy dwa razy tak samo.
Dalej znajdował się Fundusz Sprawiedliwości, prawdziwy diament kolekcji, oszlifowany tak misternie, że
trudno było ustalić, gdzie kończyła się sprawiedliwość, a zaczynał fundusz.
W osobnej sali stała Elektrownia w Ostrołęce, jedyny klejnot rodowy liczony nie w karatach, ale w tonach
betonu i miliardach złotych.
Elektrownia miała tę przewagę nad zwykłymi elektrowniami, iż choćby kiedy nie produkowała prądu,
potrafiła produkować historię.
Kawałek dalej wisiał Red is Bad, którego nazwa po latach zaczęła brzmieć jak komentarz kustosza do
stanu księgowości.
W gablocie tekstylnej prezentowano Szmaty z PCK, eksponat tak swojski, iż zwiedzający pytali, czy
naprawdę należało wpisywać go do katalogu narodowych kosztowności.
„Każdy klejnot ma swoją wartość” — odpowiadał przewodnik i gwałtownie prowadził grupę dalej.
Były też klejnociki pomniejsze, medaliki, paciorki, fundacyjki, spółeczki i kontrakciki, których pełnego spisu
nie znał choćby Wielki Archiwista.
Problem zaczął się wtedy, gdy do sali tronowej zamiast historyków weszli prokuratorzy.
Pierwszy pojawił się Słup Kral, który w tej opowieści miał być tylko podporą konstrukcji, ale nagle odkrył
w sobie niezwykły talent narracyjny.
Kral zeznawał długo, szeroko i z taką pamięcią do szczegółów, jakiej wcześniej nikt rozsądny po słupie
się nie spodziewał.
Po nim przyszli następni słupowie, półsłupowie, słupki pomocnicze oraz jeden człowiek, który stanowczo
twierdził, iż był wyłącznie framugą.
Każdy przynosił segregator, telefon albo wspomnienie rozmowy, której według innych uczestników nigdy
nie było.
Wkrótce adekwatne prokuratury zaczęły przypominać biura genealogiczne zajmujące się ustalaniem, do
którego Pisuarium prowadzi dana gałąź rodowego drzewa.
Całość postępowania prowadził prokurator Wełna, którego środowisko nazywało Mohammadem Ali.
Nie dlatego, iż nosił rękawice bokserskie do przesłuchań, bo byłoby to niezgodne z procedurą, lecz
dlatego, iż podobno lubił długo krążyć wokół świadka, zanim zadawał adekwatne pytanie.
„Lataj jak motyl, żądl dokumentem” — mawiali młodsi referenci, kiedy Wełna wchodził do pokoju z
kolejnym tomem akt.
Sam prokurator nie komentował przezwiska i spokojnie układał zeznania obok faktur, przelewów, umów
oraz zdumiewająco licznych przypadków zbiorowej amnezji.
Najbardziej fascynujące było to, iż im więcej słupowie mówili, tym mniej osób pamiętało, żeby
kiedykolwiek ich znało.
Jedni dowiadywali się z gazet, iż mieli współpracowników, inni ze zdumieniem odkrywali własne podpisy,
a jeszcze inni uznawali podpis za podobny, ale ideologicznie obcy.
W skarbcu Pisuarii rozpoczęła się więc wielka inwentaryzacja.
Przy każdym eksponacie pojawiła się niewielka karteczka z pytaniem: „Czyje to adekwatnie jest?”.
Pod Zondą Crypto karteczka gwałtownie przestała wystarczać i dostawiono tablicę.
Przy Funduszu Sprawiedliwości ustawiono całą tablicę korkową, a przy Ostrołęce zabrakło korka.
Red is Bad otrzymał własną szafę dokumentów, natomiast dział tekstylny PCK pilnował woźny, który jako
jedyny od początku twierdził, iż niczego już nie rozumie.
Wełna vel Mohammad Ali chodził między gablotami i cierpliwie zbierał kolejne elementy układanki.
Nie wydawał wyroków, bo od tego w cywilizowanym państwie są sądy, a poza tym wiedział, iż najlepsza
walka to taka, w której dokumentacja potrafi uderzać sama.
Pisuariusze tymczasem zapewniali lud, iż żadnych Pisuarii nie ma, a jeżeli są, to zostały odziedziczone po
poprzedniej dynastii.
Lud patrzył więc na gabloty, słuchał słupów i coraz częściej podejrzewał, iż największym polskim
bogactwem naturalnym nie jest węgiel, ale niewyczerpane złoże wyjaśnień.
I tylko nocami ze skarbca dobiegał cichy brzęk rodowych klejnotów, jakby kolejne Pisuarium właśnie
przesuwało się z półki oznaczonej „polityka” na półkę oznaczoną „akta sprawy”.
A prokurator Wełna siedział nad papierami do rana, bo wiedział, iż w tej walce gong zabrzmi dopiero
wtedy, gdy ostatni słup skończy zeznawać.
K-Sael













English (US) ·
Polish (PL) ·
Russian (RU) ·