Była sobie pewna starsza kobieta, pani Zofia z Warszawy. Jej syn, Marek, podarował jej bardzo drogą, maleńką suczkę przeuroczą miniaturową pieskę. Pani Zofia przeżyła zawał serca i syn podarował jej tę pieskę, żeby ją podnieść na duchu, odciągnąć od smutnych myśli. I faktycznie, pomogło!
Starszej pani a szczerze mówiąc, to już była naprawdę babcia zrobiło się lepiej. Wracała do zdrowia! Wychodziła na spacery ze swoją Mikusią, prowadzała ją na cieniutkiej smyczy albo nosiła w specjalnej torebce. Mikuś dostała takie imię, bo była sama malutka jak mikroba. Przemiła, posłuszna i wesoła suczka.
Któregoś dnia pani Zofia poszła z Mikusią na spacer, kiedy obok zatrzymał się samochód. Młody chłopak z dziewczyną zachwycili się psiakiem i poprosili, czy mogą pogłaskać. Pani Zofia nie miała ochoty się zgadzać, ale trochę głupio jej było odmówić. Podsunęła pieska do okienka auta. Dziewczyna chwyciła Mikusię, a chłopak dodał gazu i odjechali w mgnieniu oka. Babcia pobiegła jeszcze za samochodem, wołając i szlochając. Upadła z całych sił, potłukła się i straciła przytomność.
Sąsiedzi natychmiast zadzwonili po pogotowie, a starszą panią zabrano do szpitala. Marek przyszedł do niej, a ona leżała blada, z sine ustami, bezsilna. Szeptała tylko imię swojego psa. Łzy płynęły po starych policzkach, a ona ciągle mruczała: Mikuś.
Marek, wiecie, odnalazł tych młodych. Sąsiedzi zapamiętali samochód i skojarzyli, do kogo tamci przychodzili. A może nie warto ich w ogóle ludźmi nazwać? Marek poprosił o pomoc kolegów. Jego znajomi ze służb gwałtownie ustalili, gdzie mieszka właściciel auta. W pięknej willi w Wilanowie, biedy nie klepali, samochód rzucał się w oczy luksusowy i nowy.
Marek pojechał pod wskazany adres. Zmuszony był jakoś dostać się do środka; nieważne, jak. Ujrzał Mikusię suczka była poważnie chora. Od dnia porwania nie chciała nic jeść, pić, cały czas głośno skomlała i płakała, a potem już tylko cicho jęczała i wzdychała.
W końcu Marek zabrał Mikusię. Nieważne jak, ale ją odzyskał. Zresztą złodziejom pies już dawno się znudził; sądzili, iż będą bawić się i śmiać. Ukradli za to zwierzątko cierpiące, nieszczęśliwe, które tylko przeszkadza i robi bałagan.
Starsza pani wróciła do zdrowia, na szczęście. Mikuś także doszedł do siebie. Teraz uważnie spacerują, do nikogo się nie zbliżają, a jeżeli ktoś idzie, Mikuś natychmiast wskakuje do torebki. Wszystko skończyło się dobrze.
Myślę sobie nie wolno kraść cudzej radości. Cudzego uczucia. Może to właśnie jest całym sensem czyjegoś życia. To może być wszystko, co trzyma człowieka przy życiu: drugi człowiek, stara maszyna do szycia, ogródek na trzy ary, czy pierwsze miejsce w jakimś śmiesznym, malutkim konkursie…
To właśnie te malutkie rzeczy nas trzymają. Nie wolno odbierać komuś dla zabawy czyjegoś pieska. Nic szczęścia nie przyniesie ukradzione lub odebrane szczęście wybaczcie tautologię.
Tak łatwo można złamać człowieka. Dla czegoś mikroskopijnego, maleńkiego, czym żył i oddychał. Ale dusza też jest maleńka. Mówią, iż waży ledwie parę gramów. A zawiera w sobie całe nasze życie.

8 godzin temu













English (US) ·
Polish (PL) ·
Russian (RU) ·