Od wspólnych planów centrum ratownictwa i nowego samochodu, przez paliwo, audyty, szkolenia, inwentaryzację i remizę, po wyjście z KSRG, sąd i budowanie nowych struktur. Po miesiącach pracy wracamy do każdego zarzutu i każdej odpowiedzi OSP – bez skrótów, które zmieniają sens całej historii.
Ten materiał nie powstał po jednym telefonie, konferencji ani przeczytaniu dwóch audytów. Przez wiele miesięcy zbieraliśmy dokumenty, wracaliśmy do wcześniejszych publikacji, porównywaliśmy stanowisko władz z odpowiedziami OSP i sprawdzaliśmy, czy mocne publiczne zarzuty rzeczywiście mają tak mocne podstawy, jak początkowo mogło się wydawać. Dziś można już powiedzieć coś, czego nie dało się powiedzieć na początku: część problemów w OSP Janów Podlaski była realna, ale wiele zarzutów po poznaniu pełnych wyjaśnień jednostki traci znaczną część swojej pierwotnej siły.
Jeszcze latem 2025 roku Janów Podlaski miał być przykładem dobrej współpracy samorządu z ochotniczą strażą pożarną. Burmistrz publicznie mówił o około 500 tys. zł pozyskanych przez OSP na nowy samochód ratowniczo-gaśniczy i około 940 tys. zł zabezpieczonych przez gminę. We wrześniu informowano o podpisaniu umowy z WFOŚiGW. Nowy wóz miał poprawić bezpieczeństwo mieszkańców. W tle pozostawały plany Janowskiego Centrum Ratownictwa. OSP Janów była jednostką z ponadstuletnią historią, wieloletnią obecnością w Krajowym Systemie Ratowniczo-Gaśniczym i setkami wyjazdów.
Kilka miesięcy później obraz był diametralnie inny. Samochodu nie kupiono. Władze i zarząd OSP praktycznie przestały ze sobą normalnie rozmawiać. Pojawiły się zarzuty dotyczące paliwa, kart drogowych, kierowców, ekwiwalentów, inwentaryzacji, ubezpieczenia, MDP, napraw samochodów, firmy prezesa, gotowości operacyjnej i relacji z PSP. Gmina wypowiedziała możliwość korzystania z remizy i porozumienie związane z KSRG. W tym samym czasie zaczęto rozwijać inne jednostki, utworzono nowe stowarzyszenia i przygotowywano OSP Nowy Pawłów do wejścia do systemu.
Gdybyśmy zatrzymali się na pierwszych wystąpieniach strony samorządowej, można byłoby odnieść wrażenie, iż mamy do czynienia z jednostką, której problemy były tak poważne, iż radykalne decyzje były nieuniknione. Tyle iż później OSP odpowiedziała na nasze pytania bardzo szeroko. Nie ograniczyła się do stwierdzenia, iż burmistrz kłamie. Przedstawiła chronologię, faktury, umowy, korespondencję, zakresy obowiązków, dokumenty PSP, polisę, pisma dotyczące szkoleń, notatkę z inwentaryzacji, materiały samochodowe, własne wyliczenia i odpowiedź Policji uzyskaną na swój wniosek.
Dla mnie, po miesiącach siedzenia nad tą sprawą, to ma znaczenie reporterskie. Dokument sam w sobie nie czyni strony wiarygodną. Ale sposób, w jaki strona odpowiada na pytania, ma znaczenie. Czy unika odpowiedzi? Czy zmienia wersję? Czy przyznaje błąd tam, gdzie rzeczywiście wystąpił? Czy potrafi podać datę, dokument i mechanizm działania? W przypadku OSP Janów wielokrotnie widzieliśmy odpowiedź nie w rodzaju „nic takiego nie było”, lecz: „był problem, ale wyglądał tak i tak, a tutaj są dokumenty”. To nie zwalnia nas z weryfikacji. Przeciwnie – właśnie umożliwia weryfikację.
Dlatego ten artykuł jest długi i taki ma pozostać. Każdy z głównych zarzutów został tu opisany razem z pełniejszym wyjaśnieniem OSP, bo skrót potrafi całkowicie zmienić sens. Zdanie „OSP nie podpisała umowy” znaczy coś innego, kiedy czytelnik pozna historię ubezpieczenia i wcześniejsze pismo samorządu do wojewody. Zdanie „OSP nie prowadziła kart drogowych” brzmi inaczej, kiedy widzimy system M-OSP, zakres obowiązków urzędnika i spór o legalność norm paliwowych. Zdanie „komisji uniemożliwiono inwentaryzację” nabiera innego znaczenia po poznaniu składu komisji, problemu własności sprzętu i podpisanej notatki strażaków. Właśnie takich skrótów nie chcemy już powtarzać.
Zanim wszystko się rozpadło
OSP Janów Podlaski działa od 107 lat. To nie jest nowa organizacja powstała wokół jednego projektu czy jednej osoby. Przez lata jednostka funkcjonowała jako najważniejsza siła ochotnicza na terenie gminy. Z danych przygotowanych przez OSP za lata 2015-2025 wynika, iż uczestniczyła w 570 spośród 672 działań realizowanych przez wszystkie miejscowe OSP. To około 85 procent. Takie zestawienie zawsze warto czytać razem z metodologią, ale choćby bez procentu skala jest oczywista: Janów był jednostką często alarmowaną i posiadającą duże doświadczenie w działaniach.
Po wyborach samorządowych w 2024 roku kooperacja z nowymi władzami początkowo miała układać się poprawnie. Jednym z ważnych tematów była budowa Janowskiego Centrum Ratownictwa. OSP uczestniczyła w rozmowach o możliwych lokalizacjach, jeździła na wizyty studyjne i analizowała rozwiązania. Z perspektywy strażaków była to inwestycja, która mogła uporządkować zaplecze ratownicze na lata.
Pod koniec 2024 roku pojawiła się koncepcja adaptacji magazynu po słomie. OSP zaczęła zgłaszać zastrzeżenia: wyjazd ciężkich pojazdów, różnice poziomów, plac manewrowy, sąsiedztwo infrastruktury gazowej i zgodność z praktycznymi potrzebami jednostki. 2 marca 2025 roku walne zebranie członków OSP odrzuciło tę lokalizację. Jednostka uważa ten moment za początek pogorszenia relacji. Nie mamy dokumentu pozwalającego stwierdzić, iż późniejsze decyzje były odwetem za głosowanie. Chronologia jest jednak istotna: pierwsza poważna różnica zdań dotyczyła nie politycznego symbolu, ale warunków, w jakich strażacy mieli wyjeżdżać do zdarzeń.
To ważne również dlatego, iż OSP nie odrzucała samego centrum ratownictwa. Odrzucała konkretną lokalizację i uzasadniała to kwestiami technicznymi. W późniejszych miesiącach, gdy pojawiła się narracja o jednostce niezdolnej do współpracy, ten szczegół łatwo zgubić. Sprzeciw wobec jednego wariantu inwestycji nie pozostało sprzeciwem wobec inwestycji jako takiej.
W dokumentach i późniejszych publicznych wypowiedziach obie strony powołują się na grudniowe i styczniowe próby mediacji. Gmina przypomina, iż propozycja rozmowy pojawiła się już w grudniu. OSP odpowiada, iż terminy były wyznaczane z bardzo krótkim wyprzedzeniem, często w godzinach pracy, a druhowie musieli organizować urlopy, aby w ogóle móc się pojawić. To może wydawać się drobiazgiem, dopóki nie przypomnimy sobie, jak działa OSP. Zarząd nie jest zespołem urzędników siedzących przez osiem godzin w jednym budynku. Jeden pracuje w firmie, drugi prowadzi działalność, trzeci jest poza miejscowością. o ile zaproszenie przychodzi dzień wcześniej na południe, formalnie spotkanie zostało zaproponowane, ale praktycznie może być trudne do zrealizowania.
OSP opisuje dwa spotkania odwołane krótko przed terminem i kolejną propozycję z bardzo małym wyprzedzeniem. Gmina pokazuje natomiast zaproszenie i argumentuje, iż próbowała rozmawiać. Obie rzeczy mogą być prawdziwe jednocześnie. Ktoś może rzeczywiście chcieć spotkania i jednocześnie zaproponować termin, który dla ochotników jest mało realny.
9 stycznia 2026 roku doszło do kolejnego spotkania, zorganizowanego na wniosek OSP jako próba uratowania samochodu. Jednostka twierdzi, iż nie przyniosło żadnego rozwiązania i iż zastępca burmistrza nie zgodził się na oficjalne nagrywanie spotkania, choć – według OSP – sam miał je rejestrować. Tego ostatniego elementu nie rozstrzygamy tutaj prawnie, bo wymagałby analizy samego nagrania i okoliczności. Najważniejsze jest to, iż przed banerem, wypowiedzeniem remizy i KSRG istniał etap intensywnych, ale nieskutecznych rozmów. To podważa prostą narrację, iż jedna strona nigdy nie chciała rozmawiać. Bardziej trafne jest stwierdzenie, iż strony nie potrafiły już stworzyć takiej formuły rozmowy, której obie ufały.
Spór, który zaczął się od paliwa
Paliwo było jednym z pierwszych obszarów, w których konflikt zaczął mieć wymiar praktyczny. W publicznej narracji sprawa była stosunkowo prosta: OSP nie prowadziła dokumentacji w sposób wymagany przez gminę, pojawiały się problemy z kartami drogowymi i rozliczaniem paliwa, więc samorząd musiał zareagować. Taki opis jest jednak za krótki.
OSP tłumaczy, iż prowadziła ewidencję w systemie M-OSP, który wcześniej był wykorzystywany przez gminę i jednostki. Nie twierdzi więc, iż paliwo nie było ewidencjonowane. Spór pojawił się, gdy zaczęto wymagać dodatkowych papierowych kart i innego sposobu rozliczeń. Jednostka ostatecznie dokumentację uzupełniała, ale równocześnie zaczęła kwestionować przyjęte przez gminę normy zużycia paliwa.
Kluczowy jest zakres obowiązków pracownika odpowiedzialnego po stronie gminy za ochronę przeciwpożarową. W dokumentach znajdują się zapisy o prowadzeniu dokumentacji eksploatacyjnej samochodów i sprzętu oraz wydawaniu i rozliczaniu kart drogowych i kart pracy sprzętu silnikowego. To nie znaczy, iż druhowie nie musieli podawać przebiegów, tankowań czy czasu pracy. Znaczy natomiast, iż odpowiedzialność za system dokumentacji nie leżała wyłącznie w remizie. Gdy karta zawiera błąd, trzeba ustalić cały obieg: kto ją wystawił, kto uzupełnił, kto miał zweryfikować i kto rozliczył.
OSP nie tylko sprzeciwiała się normom. Zakwestionowała zarządzenie nr 29/2025 i skierowała sprawę do organu nadzoru. W maju 2026 roku Wojewoda Lubelski skierował zarządzenie do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego, wnosząc o stwierdzenie jego nieważności w całości. To nie pozostało wyrok WSA. Jest jednak bardzo ważnym elementem. Pokazuje, iż spór nie sprowadzał się do sytuacji, w której strażacy nie chcieli podporządkować się oczywistym i bezspornym zasadom. Sam organ nadzoru uznał podstawę przyjętych regulacji za na tyle wątpliwą, iż skierował ją do sądu.
OSP przedstawia swoje działania odwrotnie niż gmina: jako próbę doprowadzenia do transparentnego, możliwego do obrony systemu rozliczeń. Strażacy twierdzą, iż chcieli sprawdzić rzeczywiste normy spalania i nie chcieli podpisywać dokumentów, które ich zdaniem nie odpowiadały faktycznej eksploatacji pojazdów. Można z nimi polemizować co do sposobu, w jaki prowadzili spór. Trudno jednak na tej podstawie utrzymywać prostą narrację, iż jednostka unikała kontroli paliwa.
20 maja 2026 roku Gmina Janów Podlaski zwróciła się do Komendanta Miejskiego PSP w Białej Podlaskiej z prośbą, aby z powodu zablokowania kart flotowych OSP Janów Podlaski do zdarzeń na terenie gminy w pierwszej kolejności dysponować OSP Nowy Pawłów, a następnie Bubel Granna, Jakówki i Stary Bubel. Janów w tej wskazanej kolejności nie został wymieniony. Gmina powiązała blokadę kart z niestosowaniem zasad z zarządzenia nr 29/2025 i zadeklarowała, iż po rozpoczęciu stosowania tych zasad karty zostaną przywrócone.
To istotny dokument, bo pokazuje, iż konflikt o sposób rozliczania paliwa nie pozostawał wyłącznie sporem księgowym. Zaczął wpływać na sposób, w jaki samorząd chciał organizować dysponowanie jednostek do zdarzeń. Jednocześnie późniejsza odpowiedź KM PSP dotycząca pożaru w Błoniu mówi wprost, iż stanowisko kierowania nie miało informacji o braku gotowości operacyjnej OSP Janów. Zestawienie tych dokumentów nakazuje bardzo ostrożnie używać argumentu o paliwie jako dowodu niezdolności jednostki do działania.
W tym miejscu zmienia się również ocena redakcyjna. Na początku problem kart drogowych wyglądał jak jeden z mocniejszych zarzutów wobec OSP. Po analizie dokumentów pozostaje zarzut dotyczący sposobu prowadzenia i uzupełniania dokumentacji, ale znacznie słabiej brzmi sugestia, iż był to dowód świadomego lekceważenia zasad. Widzimy raczej konflikt o system rozliczeń, odpowiedzialność i normy, który z czasem stał się kolejnym frontem wojny.
Umowa, której nie było. I ubezpieczenie, które nie rozwiązywało wszystkiego
Brak podpisanej umowy pomiędzy gminą a OSP był przez stronę samorządową przedstawiany jako jeden z podstawowych dowodów braku współpracy. Formalnie argument jest zrozumiały. Gmina chce mieć na piśmie zasady finansowania, korzystania z majątku i obowiązki stron. Tyle iż samo zdanie „OSP nie podpisała umowy” nie mówi czytelnikowi, dlaczego tego nie zrobiła.
OSP wyjaśnia, iż podobna umowa pozostawała niepodpisana już od około dwóch lat, a więc problem nie pojawił się nagle po zmianie relacji z obecnym burmistrzem. W obecnej wersji dokumentu jednostka miała przede wszystkim zastrzeżenia do ubezpieczenia strażaków i majątku. Według przekazanych materiałów roczna polisa kosztowała około 2800 zł i obejmowała 70 strażaków oraz 30 członków MDP z całej gminy. Sama wysokość składki nie rozstrzyga jakości polisy, ale jednostka wskazuje konkretne doświadczenia pokazujące, dlaczego temat nie był dla niej abstrakcją.
OSP opisuje wcześniejsze przypadki poszkodowania strażaków, przy których zakres ochrony nie dawał druhom poczucia wystarczającego zabezpieczenia. Najbardziej drastyczny przykład dotyczył zdarzenia z 30 czerwca 2025 roku podczas zabezpieczenia imprezy organizowanej na zlecenie samorządu. Jeden z druhów miał zostać dotkliwie pobity, doznać licznych obrażeń twarzoczaszki, przejść hospitalizację i operację. Dla strażaka ochotnika nie jest to dyskusja o paragrafie. Ciężki uraz może oznaczać nie tylko leczenie i rehabilitację, ale również czasową niezdolność do pracy i utratę dochodów. Dlatego po takim zdarzeniu pytanie o zakres ochrony ubezpieczeniowej przestaje być abstrakcyjnym postulatem zarządu.
Jednostka zwracała również uwagę na brak autocasco pojazdów. Można dyskutować, czy gmina powinna kupować AC dla wszystkich wozu i jaki poziom ubezpieczenia jest ekonomicznie uzasadniony. Ale nie można sprowadzać tej dyskusji do kaprysu prezesa. Ochotnik ma prowadzić ciężki pojazd wart setki tysięcy złotych w warunkach alarmowych, więc pytanie o odpowiedzialność za ewentualną szkodę jest realnym problemem organizacyjnym.
Najważniejszy dokument dotyczący samej umowy pochodzi zresztą ze strony samorządowej. W piśmie do wojewody zastępca burmistrza przyznał, iż gmina ma obowiązek finansowania działalności OSP choćby wtedy, gdy jednostka odmawia zawarcia umowy. To nie znaczy, iż umowa jest bez znaczenia. Oznacza jednak, iż nie można przedstawiać jej braku jako automatycznej podstawy do odcięcia podstawowego finansowania ochrony przeciwpożarowej.
W tym kontekście trzeba również czytać odmowę udziału OSP w części imprez i zabezpieczeń. Dla gminy mogło to wyglądać jak kolejny przykład braku współpracy. Dla strażaków była to kwestia ryzyka, które po wcześniejszych doświadczeniach uważali za niewłaściwie zabezpieczone. Nie rozstrzygamy, czy prawna ocena polisy po stronie OSP była w każdym punkcie trafna. Jednostka nie twierdziła jednak, iż gmina w ogóle nie ubezpiecza strażaków. Spór dotyczył zakresu tej ochrony.
Po zestawieniu stanowiska OSP z dokumentami zarzut dotyczący niepodpisania umowy zmienia więc swój ciężar. Brak umowy przez cały czas pokazuje głęboki kryzys współpracy, ale nie jest dowodem, iż strażacy po prostu nie chcieli żadnych zasad albo zamierzali działać poza kontrolą samorządu. OSP odmówiła podpisania konkretnej wersji umowy, przedstawiając konkretne zastrzeżenia dotyczące ochrony ludzi i mienia. Czy były one wystarczającym powodem do odmowy podpisu, czytelnik może ocenić sam.
Gotowość operacyjna to coś więcej
Strona samorządowa podnosiła problem kierowców i braku wyjazdu do zdarzenia. To jest temat, którego nie wolno lekceważyć. Samochód może być nowy, zatankowany i wyposażony, ale bez osoby z odpowiednimi uprawnieniami nie wyjedzie. OSP odpowiada jednak, iż brak drugiego kierowcy zatrudnionego przez gminę nie oznaczał braku druhów mogących prowadzić pojazdy uprzywilejowane. Według faktografii jednostki rozmowy dotyczyły choćby trzech kierowców na umowach zlecenia. Gmina miała zgodzić się na dwóch, ale ostatecznie umowę podpisała jedna osoba. OSP opisuje konflikt przy rozmowach z drugim kandydatem. Motywu tej rezygnacji nie da się rozstrzygnąć samym dokumentem, ale już sama różnica pomiędzy etatowym lub kontraktowym kierowcą a strażakiem posiadającym uprawnienia jest ważna. W ochotniczej straży wiele osób ma kwalifikacje, ale nie pozostaje przez całą dobę do dyspozycji gminy.
OSP podnosi także problem systemu jednoczesnego alarmowania. Według jednostki abonament kosztujący około 450 zł rocznie przez blisko miesiąc nie był przedłużony, mimo wcześniejszych próśb. Przy jednym ze zdarzeń do remizy miało wówczas dotrzeć mniej osób. To nie dowodzi, iż gmina celowo obniżała gotowość. Pokazuje jednak, iż gotowość jest wynikiem wielu decyzji po obu stronach. Nie można oceniać wyłącznie zachowania druhów, jeżeli jednocześnie infrastruktura alarmowania zależy od działań samorządu.
Najważniejszy jest jednak szerszy kontekst. Według danych przedstawionych przez OSP do 21 kwietnia 2026 roku jednostka miała 27 wyjazdów alarmowych. W latach 2015-2025 jej aktywność była zdecydowanie najwyższa w gminie. 18 września 2025 roku inspekcja gotowości operacyjnej PSP zakończyła się oceną dobrą. To nie wyklucza pojedynczych nie wyjazdów do zdarzeń. Wyklucza natomiast prosty obraz jednostki, która od dawna nie była zdolna do działań.
Ochotnicza straż pożarna nie funkcjonuje jak JRG. Druhowie pracują zawodowo, wyjeżdżają poza miejscowość, mają rodziny. Pojedynczy brak pełnej obsady występuje w setkach OSP w kraju. Poważnym problemem jest dopiero trwała niezdolność do zebrania zastępu, seria braku wyjazdów lub niespełnianie wymagań systemowych. Dlatego przy zarzucie o gotowość potrzebna jest tabela wszystkich alarmowań, a nie kilka wybranych zdarzeń.
Po analizie materiału uznaję, iż problemy z kierowcami były realne i wymagały rozwiązania. Nie widzę jednak podstaw, by na ich podstawie przedstawiać OSP jako jednostkę operacyjnie martwą. Zwłaszcza gdy późniejsze działania samorządu zaczęły dotyczyć również szkolenia nowych ludzi, czyli podstawowego sposobu zwiększania obsady.
Szkolenia, czyli potencjał, którego nie da się zbudować bez ludzi
Wątek szkoleń jest jednym z tych, które w poprzednich naszych materiałach potraktowaliśmy zbyt delikatnie. Dokumenty pokazują konkretną ingerencję burmistrza w proces kierowania kandydatów OSP Janów na szkolenia podstawowe. W lutym dwóch ochotników zostało skreślonych ze szkolenia po wniosku burmistrza. Później, w maju, OSP zgłosiła pięciu kolejnych kandydatów na kurs. Dwa dni później do PSP trafiło stanowisko burmistrza, iż gmina nie będzie sygnować ani akceptować skierowań kandydatów z tej jednostki.
Nie mamy dokumentu, który pozwalałby napisać, iż intencją burmistrza było osłabienie potencjału OSP. Intencja jest czymś innym niż skutek. Skutek da się jednak nazwać bez spekulacji: kandydaci nie mogli przejść szkolenia, a więc nie mogli stać się pełnoprawnymi ratownikami zdolnymi do udziału w działaniach.
To szczególnie istotne w zestawieniu z zarzutami dotyczącymi liczby ludzi i gotowości. Trudno z jednej strony mówić, iż jednostka ma problem kadrowy, a z drugiej pomijać decyzje, które ograniczają możliwość wyszkolenia nowych strażaków. Nie oznacza to, iż każda osoba zgłoszona przez stowarzyszenie musi automatycznie zostać wysłana na kurs na koszt gminy. Oznacza, iż odmowa powinna mieć jasne, możliwe do obrony kryteria i być oceniana także przez pryzmat potrzeb operacyjnych.
OSP podnosiła później podobne zastrzeżenia przy badaniach lekarskich. Według jednostki nie wszystkich wcześniej zaakceptowanych druhów dopuszczono do badań, a Janów – mimo największej liczby wyjazdów – miał otrzymywać mniej miejsc niż inne OSP. Jednostka wskazywała również praktyczne ćwiczenia z ratownictwa drogowego z 26 maja, o których miały zostać poinformowane inne straże, a Janów twierdzi, iż został pominięty. Każdy z tych epizodów osobno może mieć administracyjne wyjaśnienie. Razem tworzą jednak obraz, którego nie wolno redukować do neutralnego zdania „pojawiły się spory o szkolenia”. Szkolenie jest inwestycją w gotowość. Brak szkolenia jest ograniczeniem możliwości rozwoju jednostki. To obiektywny skutek, niezależny od tego, jaką intencję przypiszemy władzom.
Dla czytelnika to również istotny punkt przy ocenie późniejszej strategii samorządu. W tym samym czasie gmina kierowała na szkolenia dziesiątki osób z innych i nowych jednostek. Samorząd ma prawo budować potencjał całej gminy. Pytanie brzmi, dlaczego nie można było równolegle szkolić ludzi z najbardziej doświadczonej jednostki, która przez cały czas istniała i deklarowała gotowość do działań.
OSP wskazywała także sprawy znacznie mniejsze niż samochód czy remiza. Jedną z nich był fundusz sołecki. Według jednostki mieszkańcy przeznaczyli środki na konkretne wyposażenie: fantomy do nauki resuscytacji, plecak ratowniczy, deskę ortopedyczną, szyny, prądownice i inny sprzęt. Strażacy twierdzili, iż przekazali wyceny, ale realizacja zakupów się przeciągała.
Osobnym przykładem były radiostacje cyfrowe zakupione przez gminę w ramach Programu Ochrony Ludności i Obrony Cywilnej. Gmina informowała, iż OSP Janów Podlaski jako jedyna nie odebrała przydzielonego sprzętu. Dokumenty, które wcześniej analizowała Remiza.pl, pokazały jednak bardziej złożoną sytuację. Jednostka nie odmówiła przyjęcia radiostacji. Po otrzymaniu 22 maja projektu umowy użyczenia strażacy zgłosili zastrzeżenie przede wszystkim do zapisu, zgodnie z którym ewentualne naprawy użyczonego sprzętu miały być wykonywane przez OSP na jej koszt. Zaproponowali własną wersję umowy, w której odpowiedzialność za naprawy pozostawała po stronie właściciela sprzętu, czyli gminy. OSP zaproponowała również inny termin odbioru, tłumacząc, iż druhowie nie mogą stawić się w terminie wskazanym przez urząd ze względu na obowiązki zawodowe. Burmistrz zgodził się na możliwość ustalenia innego terminu, ale nie zaakceptował zmiany wzoru umowy, wskazując, iż jest on jednakowy dla wszystkich jednostek. Radiostacje ostatecznie do OSP Janów nie trafiły. W tym przypadku nie mamy więc do czynienia z prostą historią o jednostce, która nie chciała sprzętu. Strażacy chcieli go odebrać, ale nie zgodzili się na jeden z warunków jego użyczenia.
Każdy z tych wątków osobno może wyglądać jak drobiazg. Kilka tysięcy złotych funduszu, radiostacja, miejsce na badaniu, abonament alarmowania. W OSP właśnie z takich elementów składa się realna gotowość. Dlatego czytelnik powinien zobaczyć nie tylko wielkie decyzje, ale również serię małych, które w jednostce ratowniczej mają bezpośredni wpływ na codzienną zdolność do działania.
Samochód za około 1,44 mln zł, którego ostatecznie nie było
Nowy samochód ratowniczo-gaśniczy jest centrum całej historii. OSP pozyskała około 500 tys. zł finansowania zewnętrznego, a gmina zabezpieczyła około 940 tys. zł. Jeszcze 7 lipca 2025 roku burmistrz przedstawiał to jako dowód dobrej współpracy. 29 września gmina informowała o podpisaniu umowy z WFOŚiGW i przyszłym wzroście bezpieczeństwa.
OSP przedstawia proces zakupu jako serię kompromisów. Wcześniej użytkowany ciężki Jelcz został sprzedany. Jednostka zgodziła się na zakup średniego samochodu zamiast ciężkiego. Według OSP część środków planowanych wcześniej na wyposażenie przesunięto na wkład do pojazdu, a część stawek ekwiwalentu została obniżona w związku z potrzebą finansowania inwestycji. choćby jeżeli nie każdy z tych elementów był formalnie warunkiem zakupu, pokazują one, jak jednostka postrzegała cały projekt: jako coś, dla czego godziła się na ustępstwa.
Spór wybuchł przy umowie dotacyjnej i zapisie dotyczącym przekazania jednego z posiadanych pojazdów. Strona samorządowa twierdzi, iż prezes wcześniej ustnie zgodził się na przekazanie drugiego samochodu do dyspozycji wójta po zakupie nowego. OSP nie neguje samej rozmowy. Twierdzi jednak, iż dotyczyła Jelcza należącego do gminy, który później został sprzedany. Późniejszy §6 miał według OSP dotyczyć Mercedesa 917, który był własnością stowarzyszenia i którego wartość jednostka szacowała na około 400 tys. zł.
To niezwykle ważne. Jednostka nie mówi „niczego nie obiecywaliśmy”. Mówi: „obiecywaliśmy co innego”. To dużo bardziej wiarygodny typ odpowiedzi niż całkowite wyparcie faktu rozmowy. Nie rozstrzyga jednak automatycznie, która pamięć ustalenia jest prawidłowa. Pokazuje za to, jak fatalnym błędem było pozostawienie tak istotnej kwestii w sferze ustnej. Przy majątku tej wartości właśnie dlatego wszystko powinno być zapisane.
Do tego doszło opóźnienie producenta podwozia. OSP przedstawiła korespondencję potwierdzającą, iż termin realizacji się przesunął. Jednostka poinformowała o tym instytucję finansującą i występowała o aneksy. Finansowanie zewnętrzne udało się przesunąć. OSP wystąpiła też o przeniesienie gminnego wkładu na 2026 rok. Ostatecznie rada tych środków nie przeniosła.
Dlatego zdanie „OSP nie podpisała umowy i przez to nie kupiono samochodu” jest prawdziwe tylko częściowo i przez to wprowadza w błąd. OSP nie podpisała przedstawionej wersji umowy. Ale inwestycja upadła w wyniku splotu kilku okoliczności: spornego zapisu o majątku, opóźnienia producenta, aneksowania środków zewnętrznych, nieudanych rozmów oraz braku przeniesienia wkładu gminnego. Pełny obraz jest dużo bardziej złożony.
Warto też zadać pytanie, które pozostaje do dziś: skoro udało się zachować możliwość wykorzystania około 500 tys. zł środków zewnętrznych, dlaczego nie udało się znaleźć rozwiązania pozwalającego zachować około 940 tys. zł po stronie samorządu i dokończyć inwestycję po wyjaśnieniu spornego zapisu? To nie jest pytanie wyłącznie do gminy. OSP również mogła szukać dalszych kompromisów. Ale koszt fiaska ponieśli przede wszystkim mieszkańcy, bo samochodu po prostu nie ma.
Baner, po którym konflikt wyszedł na ulicę
Po fiasku kolejnych rozmów o samochodzie i decyzji rady dotyczącej nieprzeniesienia środków OSP wywiesiła na bramie remizy baner z nazwiskami radnych głosujących przeciwko przeniesieniu pieniędzy. Jednostka nazwała go „listą wstydu”. Władze odebrały to jako niedopuszczalną formę nacisku i przykład upolitycznienia straży. Forma była ostra. Określenie „lista wstydu” z pewnością nie pomagało łagodzić konfliktu. Ale samo publiczne wskazanie, jak głosowali radni w sprawie finansowania samochodu, nie jest niczym nadzwyczajnym w demokratycznej debacie. Sposób głosowania radnych jest informacją publiczną, a obywatele i stowarzyszenia mają prawo ich krytykować.
Kontekst ma tu ogromne znaczenie. OSP opisuje baner jako krok desperacji po kilku nieudanych próbach ratowania zakupu. 9 stycznia odbyło się kolejne spotkanie, organizowane na wniosek jednostki jako ostatnia próba znalezienia rozwiązania. Według strażaków również ono nie przyniosło efektu. Dopiero potem pojawił się baner.
W poprzednich publikacjach pisaliśmy, iż był to „ostry instrument nacisku”. Dziś uważam takie sformułowanie za zbyt jednostronne. Był instrumentem nacisku, ale był też protestem. I strażacy mieli prawo protestować przeciw decyzji, która w ich ocenie uderzała w zdolność jednostki do dalszego rozwoju. Można krytykować język protestu. Nie można jednak uczciwie przedstawiać samego protestu jako kolejnego przewinienia OSP bez pokazania tego, co do niego doprowadziło.
Nie mamy dowodu, iż późniejsze decyzje wobec jednostki były karą za baner. Nie będziemy tak pisać. Mamy natomiast chronologię pokazującą, iż po tej eskalacji konflikt gwałtownie wyszedł poza samochód i zaczął obejmować inwentaryzację, remizę, KSRG, szkolenia i finansowanie. Czytelnik ma prawo znać ten ciąg wydarzeń i sam ocenić, czy reakcje obu stron pozostawały proporcjonalne. Strona samorządowa zarzucała OSP mieszanie działalności strażackiej z polityką. Wskazywano referendum, występowanie strażaków w mundurach, krytykę radnych, baner i publiczne wpisy. To nie jest błahy temat, bo zaufanie do OSP w dużej mierze wynika z przekonania, iż straż jedzie do każdego niezależnie od poglądów.
Trzeba jednak rozdzielić działalność partyjną od obywatelskiej. Strażak jako obywatel ma prawo wypowiadać się o działaniach władz. Stowarzyszenie ma prawo protestować, gdy decyzje budżetowe dotyczą jego funkcjonowania. Radni i burmistrz nie są wolni od krytyki tylko dlatego, iż krytykują ich osoby noszące mundur OSP.
Granica pojawia się wtedy, gdy mundur i autorytet ratowniczy są używane do kampanii partyjnej albo nacisku niezwiązanego z działalnością jednostki. W materiałach mamy ostre formy protestu, ale nie mamy dokumentu, który pozwalałby stwierdzić, iż sama aktywność polityczna OSP była formalną podstawą późniejszego wyjścia z KSRG czy wypowiedzenia remizy. Dlatego również ten zarzut trzeba pisać precyzyjnie. OSP wchodziła w spór publiczny i używała ostrego języka. Jednocześnie tematy, o których protestowała – samochód, remiza, finansowanie, szkolenia – bezpośrednio dotyczyły jej działalności. Nie jest więc uczciwe wrzucanie całej krytyki władz do jednego worka z „polityką”.
W pewnym momencie władze próbowały przedstawiać sprawę przede wszystkim jako konflikt z konkretnym prezesem. OSP odpowiadała, iż decyzje dotyczą nie jednej osoby, ale całej jednostki i systemu bezpieczeństwa. Jednym z argumentów jednostki była petycja mieszkańców dotycząca remizy i samochodu. Według OSP w krótkim czasie zebrano około 800 podpisów.
Nie traktujemy podpisów jak referendum rozstrzygającego rację. Mieszkaniec może podpisać petycję w obronie remizy i jednocześnie uważać, iż zarząd OSP popełnił błędy. Może popierać rozwój innych jednostek, a jednocześnie nie zgadzać się z osłabianiem Janowa. Petycja pokazuje jednak, iż konflikt nie był wyłącznie wewnętrzną walką kilku osób. Włączyła się w niego część lokalnej społeczności, która uznała sprawę za na tyle ważną, aby poprzeć ją nazwiskiem.
OSP podnosiła też zastrzeżenia do sposobu procedowania petycji i terminu odpowiedzi. To kolejne pole konfliktu formalnego. Z punktu widzenia tego materiału ważniejsza jest społeczna warstwa: remiza, samochód i pozycja OSP są dla mieszkańców sprawami namacalnymi. Gdy pali się dom albo dochodzi do wypadku, to właśnie oni są ostatecznymi odbiorcami lokalnego systemu ratowniczego. Dlatego w artykule nie chcemy redukować historii do pytania, czy burmistrz lubi prezesa. choćby jeżeli konflikt personalny jest bardzo silny, decyzje dotyczą środków publicznych i bezpieczeństwa całej społeczności. Im bardziej osobisty staje się spór, tym ważniejsze jest, aby kryteria decyzji pozostawały mierzalne i publicznie wytłumaczalne.
Jedna inwentaryzacja, dwa obrazy tego samego wieczoru
Inwentaryzacja była jednym z najsilniejszych argumentów strony samorządowej, bo gmina dysponuje formalnym protokołem komisji. W publicznym przekazie można było odnieść wrażenie, iż strażacy praktycznie nie dopuścili urzędników do mienia i uniemożliwili wykonanie podstawowej kontroli. Po poznaniu odpowiedzi OSP ten obraz wymaga istotnej korekty.
Pierwotnie inwentaryzację wyznaczono na 14 stycznia o godz. 10. OSP poprosiła o zmianę terminu, argumentując, iż druhowie pracują zawodowo. Termin przesunięto na sobotę, 17 stycznia, na godz. 17. Według jednostki komisja przyszła w składzie pięciu z siedmiu osób. Została wpuszczona do remizy. Przygotowano miejsce do pracy. Jednemu z uczestników przekazano wydruki dotyczące zużycia paliwa za 2025 rok.
Problem miał pojawić się przy ustalaniu własności wyposażenia. OSP podaje konkretne przykłady. W remizie znajdowało się piętnaście butli powietrznych, ale według jednostki tylko jedna była własnością gminy. Przy wyposażeniu pontonu również tylko część elementów miała należeć do samorządu. Strażacy twierdzą, iż komisja nie miała dokumentów pozwalających jednoznacznie przypisać poszczególne rzeczy do majątku gminnego.
To jest typowy problem wielu OSP, które przez dziesięciolecia gromadzą sprzęt z różnych źródeł: zakupów samorządu, środków stowarzyszenia, darowizn, funduszy zewnętrznych i przekazań. o ile ewidencja przez lata nie była prowadzona idealnie, próba policzenia wszystkiego w jeden wieczór może ujawnić bałagan, za który odpowiedzialność jest rozłożona szerzej niż na aktualny zarząd OSP.
Strażacy sporządzili własną podpisaną notatkę z wydarzenia, bo – jak twierdzą – ich uwagi nie zostały adekwatnie odzwierciedlone w protokole komisji. Mamy więc dwa dokumenty dotyczące tego samego spotkania. Fakt jest bezsporny: spisu nie zakończono. To jest problem i trzeba go naprawić. Ale po poznaniu pełnego materiału nie ma podstaw, by przedstawiać sytuację tak, jakby OSP po prostu zamknęła drzwi przed kontrolą.
To właśnie jeden z przykładów, gdzie kilka dodatkowych akapitów odpowiedzi jednostki całkowicie zmienia odbiór zarzutu. Inwentaryzacja z problemu „nie chcieli pokazać sprzętu” staje się sporem o to, czy komisja miała narzędzia do prawidłowego ustalenia właściciela sprzętu. To nie jest to samo.
Ekwiwalenty i granica między błędem a zarzutem
W sprawie ekwiwalentów OSP nie udaje, iż problemu nie było. Jednostka przyznaje, iż po zmianach przepisów część działań była kwalifikowana niewłaściwie, a w konsekwencji w dokumentacji pojawiały się niewłaściwe stawki. W materiałach przewijają się dwie kwoty: 31 i 23 zł za godzinę, stosowane w zależności od rodzaju działania. To jest uchybienie i nie ma sensu próbować go pudrować. Pytanie brzmi jednak, co dokładnie z tego uchybienia wynika i komu można przypisać odpowiedzialność za poszczególne etapy rozliczenia.
Ekwiwalent pieniężny dla strażaka ratownika OSP nie jest uznaniową nagrodą wypłacaną przez prezesa jednostki. Jego wypłata odbywa się w określonym trybie, a w całym procesie uczestniczy nie tylko sama OSP. Najpierw musi istnieć zdarzenie, szkolenie albo inna czynność będąca podstawą do ubiegania się o ekwiwalent. Później powstaje dokumentacja i wniosek, następnie dokumenty trafiają do urzędu, gdzie podlegają weryfikacji, a dopiero na końcu dochodzi do wypłaty środków.
To rozróżnienie jest w tej historii fundamentalne. Błędnie sporządzony wniosek nie pozostało tym samym co bezpodstawnie wypłacone pieniądze, a bezpodstawna wypłata sama w sobie nie dowodzi świadomego działania strażaka zmierzającego do uzyskania nienależnych środków. W naszej analizie materiałów właśnie dlatego od początku zwracaliśmy uwagę, żeby nie pomylić „wniosku o ekwiwalent” z „pobraniem pieniędzy”.
OSP tłumaczyła, iż problem pojawił się przy kwalifikowaniu różnych rodzajów wyjazdów i czynności po zmianach przepisów. Według jednostki wyjazdy nie były ukrywane, ale opisywane, natomiast nie zawsze prawidłowo przypisywano im adekwatną kategorię i odpowiadającą jej stawkę. Jednostka podnosi też, iż nie był to problem dotyczący wyłącznie OSP Janów Podlaski, ale szerzej sposobu obsługi takich rozliczeń.
I właśnie tutaj odpowiedzialność przestaje być tak prosta, jak mogłoby wynikać z hasła o „nieprawidłowo pobieranych ekwiwalentach”. o ile OSP przygotowała dokument nieprawidłowo, jest to błąd po stronie jednostki. o ile jednak dokument następnie trafiał do urzędu, był tam sprawdzany, akceptowany i na jego podstawie dokonywano wypłaty, trzeba analizować cały mechanizm, a nie wyłącznie pierwszy podpis na wniosku.
Urząd nie jest w takim procesie skrzynką pocztową. Dysponuje publicznymi pieniędzmi i to po jego stronie znajduje się etap weryfikacji dokumentacji przed wypłatą. o ile więc określony sposób kwalifikowania zdarzeń funkcjonował przez pewien czas, a dokumenty przechodziły kolejne etapy procedury, trudno później sprowadzić cały problem wyłącznie do zachowania strażaków.
Nie oznacza to oczywiście, iż odpowiedzialność OSP znika. Nie znika. o ile jednostka wpisała niewłaściwy rodzaj działania albo zastosowała błędną stawkę, powinno zostać to nazwane błędem i skorygowane. Czym innym jest jednak błąd w dokumentacji, czym innym brak adekwatnej kontroli dokumentu, a jeszcze czym innym świadome wprowadzenie urzędu w błąd po to, żeby uzyskać pieniądze, które komuś się nie należą. Tych pojęć nie wolno wrzucać do jednego worka.
Po przeanalizowaniu materiałów, które otrzymaliśmy, nie znaleźliśmy podstaw pozwalających przypisać strażakom zamiar wyłudzania ekwiwalentów. Mamy podstawy, żeby napisać o nieprawidłowościach w sposobie kwalifikowania części działań. Nie mamy natomiast podstaw, żeby z tego automatycznie budować znacznie cięższy zarzut o świadome pobieranie nienależnych pieniędzy.
To istotne również dlatego, iż OSP nie odpowiada na ten punkt w sposób: „wszystko było idealnie i nie popełniliśmy żadnego błędu”. Przeciwnie. Przyznaje, iż problem występował. Jednocześnie zwraca uwagę na jego szerszy charakter i rolę urzędu w całym procesie. Taka odpowiedź nie zamyka sprawy, ale pozwala postawić zarzut we adekwatnych proporcjach.
W dokumentach dotyczących całego konfliktu widać zresztą szerszy problem. Jeden z audytów obejmował nie tylko działania OSP, ale również procesy, dokumentację i sposób realizacji wydatków po stronie samego urzędu. Dlatego przedstawianie wszystkich wykrytych nieprawidłowości jako „nieprawidłowości OSP Janów” byłoby uproszczeniem. I tutaj dochodzimy do rzeczy, która przewija się przez niemal całą historię Janowa Podlaskiego: język ma znaczenie.
Można napisać, iż w rozliczeniach ekwiwalentów występowały błędy. Można napisać, iż część działań była niewłaściwie kwalifikowana. Można pytać, czy zastosowano prawidłową stawkę, kto przygotował dokument, kto go zweryfikował i czy na jego podstawie rzeczywiście dokonano wypłaty.
Ale zdanie sugerujące, iż „strażacy brali pieniądze, które im się nie należały”, niesie już zupełnie inny ciężar. Czytelnik nie odbierze go jako informacji o błędzie w procedurze. Odbierze je jako zarzut świadomej nieuczciwości. A na taki wniosek trzeba mieć znacznie mocniejsze dowody. W tym materiale ich nie znaleźliśmy.
„Ponad 100 tysięcy”. Najcięższy zarzut potrzebuje najmocniejszych dowodów
Jednym z najpoważniejszych zarzutów, jakie usłyszeliśmy po stronie samorządowej, była kwota „ponad 100 tys. zł” związana z firmą prezesa OSP. W tym samym kontekście padały materiały budowlane, zakupy i naprawy. To sformułowanie działa na wyobraźnię i może tworzyć wrażenie, iż prezes zarobił ponad 100 tys. zł na jednostce albo iż audyt wykazał taką korzyść. Tego na podstawie zgromadzonego materiału nie możemy stwierdzić.
OSP nie odpowiedziała wyłącznie słowem „nieprawda”. Przedstawiła własne wyliczenie i argumentuje, iż do jednej sumy zaliczono wydatki innych podmiotów, które nie były zakupami na rzecz OSP Janów. W odpowiedziach jednostki pojawia się kwota 3 616,19 zł odnoszona do zakupów związanych bezpośrednio z jej funkcjonowaniem w firmie prezesa. OSP wskazuje też, iż zakupy miały być poprzedzone rozeznaniem cenowym, a materiały w określonych przypadkach przekazywane po cenie zakupu.
To wyliczenie OSP również nie powinno być przyjęte na wiarę. Musi dać się zweryfikować faktura po fakturze. Ale o ile jedna strona mówi „ponad 100 tys. zł”, a druga „3,6 tys. zł dotyczące naszej jednostki”, obowiązkiem redakcji jest pokazać tę różnicę, a nie zostawiać czytelnika z pierwszą, dużo bardziej efektowną liczbą.
W audycie występują wysokie łączne kwoty dotyczące materiałów i wyposażenia w szerszym obszarze ochrony przeciwpożarowej. To przez cały czas nie oznacza, iż pieniądze stanowiły korzyść prezesa. Potrzebna jest zwykła tabela: numer faktury, data, nabywca, płatnik, towar lub usługa, jednostka, której dotyczył zakup, sposób akceptacji i cena. Taki dokument byłby znacznie bardziej przekonujący niż ogólna suma wypowiedziana na spotkaniu.
Sam fakt, iż firma powiązana z prezesem prowadziła sprzedaż lub usługi związane z działalnością strażacką, uzasadnia pytania o przejrzystość. W takich sytuacjach OSP powinna stosować standard maksymalnej jawności, bo choćby legalna transakcja może rodzić podejrzenia. Ale zakup w firmie prezesa, konflikt interesów i nadużycie finansowe to trzy różne rzeczy. Nie wolno ich łączyć bez dowodu.
Po analizie odpowiedzi OSP ten zarzut należy więc uznać za przez cały czas otwarty w części faktograficznej, ale znacznie mniej oczywisty niż początkowo. o ile UM chce opierać na nim ocenę zarządu, powinien pokazać pełne zestawienie, z którego wynika dokładnie, co składa się na „ponad 100 tys. zł”.
Naprawy, faktury i publiczne pieniądze
Podobnie wygląda wątek napraw pojazdów i zakupów materiałów. OSP wyjaśnia, iż jednostka zgłaszała potrzebę naprawy, natomiast wybór lub akceptacja wydatku należały do gminy i osób odpowiedzialnych za ochronę przeciwpożarową. Strażacy twierdzą, iż pojazdy trafiały do różnych warsztatów.
Jeżeli dokumenty to potwierdzają, sama suma wydatków na naprawy nie może zostać użyta jako argument przeciwko OSP bez informacji o tym, kto decydował. Schemat powinien być czytelny: zgłoszenie usterki, wybór wykonawcy, akceptacja ceny, faktura, zapłata. o ile OSP samodzielnie wybierała warsztat powiązany z prezesem, trzeba to opisać. Jeżeli urząd akceptował i opłacał każdą usługę, odpowiedzialność wygląda inaczej.
W przypadku materiałów budowlanych OSP także przedstawia konkretną wersję: zakupy miały być dokonywane po rozeznaniu cenowym, a część prac wykonywali sami strażacy społecznie. To typowy model funkcjonowania wielu remiz. Sam w sobie nie jest ani dowodem nieprawidłowości, ani gwarancją, iż wszystko było prawidłowe. Potrzebne są faktury i porównanie cen. Najważniejsze jest jednak to, iż po stronie OSP mamy opis mechanizmu. o ile strona samorządowa uważa ten opis za nieprawdziwy, można go zweryfikować dokumentami płatniczymi.
Spór o majątek z czasem wyszedł jednak poza same faktury i naprawy. W sierpniu 2026 roku gmina zaczęła kwestionować również sposób korzystania przez OSP ze sprzętu będącego własnością samorządu. W piśmie z 10 sierpnia burmistrz poinformował Komendanta Miejskiego PSP m.in. o wypowiedzeniu umowy użyczenia sprzętu. Według stanowiska gminy OSP nie zastosowała się wcześniej do wezwania dotyczącego wskazania miejsca przechowywania użyczonego wyposażenia, jego stanu technicznego oraz osób odpowiedzialnych za użytkowanie.
Tego samego dnia gmina złożyła w Komisariacie Policji w Janowie Podlaskim zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa dotyczącego potencjalnego przywłaszczenia mienia należącego do samorządu, pozostającego na wyposażeniu OSP. To bardzo poważnie brzmiący krok, ale trzeba precyzyjnie oddzielić zawiadomienie od ustalenia przestępstwa. Samo złożenie zawiadomienia nie oznacza, iż doszło do przywłaszczenia, nie jest przedstawieniem zarzutów konkretnej osobie i nie przesądza niczyjej winy. Oznacza jedynie, iż gmina uznała swoje podejrzenia za wystarczająco poważne, by przekazać sprawę Policji.
W kontekście wcześniejszego sporu o inwentaryzację ma to dodatkowe znaczenie. Strony od miesięcy nie zgadzały się choćby co do tego, które elementy wyposażenia są własnością gminy, które należą do stowarzyszenia, a które pochodziły z innych źródeł. Dlatego także w tym przypadku samo użycie określenia „mienie gminy” nie zamyka dyskusji o konkretnych przedmiotach. Do tego potrzebne są wykazy, faktury, protokoły przekazania i inne dokumenty pozwalające ustalić tytuł własności.
Kiedy konflikt dotarł do MDP
W publicznych wypowiedziach burmistrza pojawiał się zarzut dotyczący usunięcia z OSP osób prowadzących Młodzieżową Drużynę Pożarniczą. Bez szerszego kontekstu brzmi to bardzo źle dla zarządu jednostki: ktoś prowadzi dzieci, buduje młodzieżówkę, a później zostaje z OSP usunięty. Materiały przedstawione przez jednostkę pokazują jednak, iż konflikt wokół MDP rozpoczął się wcześniej i dotyczył nie tylko relacji personalnych, ale również odpowiedzialności zarządu, sposobu funkcjonowania drużyny oraz rozliczania pieniędzy.
Według OSP w szczytowym momencie MDP liczyła około 34 dzieci. Jednostka twierdzi, iż jeszcze przed usunięciem opiekunów liczebność drużyny zaczęła spadać i ostatecznie miała wynosić około 11 osób. To istotna informacja, bo nie pozwala sprowadzić całej historii do prostego związku przyczynowego: usunięto opiekunów, więc rozpadła się dobrze funkcjonująca MDP. Z przedstawionej przez OSP chronologii wynika, iż problemy pojawiły się wcześniej.
Jednym z punktów spornych były zasady, na jakich MDP miała funkcjonować wewnątrz stowarzyszenia. OSP wskazuje na projekt umowy z 3 lipca 2025 roku, który w ocenie zarządu dawał osobom prowadzącym drużynę zbyt szeroką samodzielność. Dla zarządu nie był to wyłącznie problem formalny. MDP działała pod nazwą OSP Janów Podlaski, uczestniczyły w niej dzieci, a odpowiedzialność za działalność stowarzyszenia ostatecznie spoczywała na jego władzach. Zarząd uważał więc, iż nie może odpowiadać za przedsięwzięcie, nad którym jednocześnie miałby ograniczoną kontrolę.
Jeszcze poważniejszym elementem sporu stały się pieniądze. Według OSP wpłaty dokonywane przez rodziców dzieci miały trafiać na prywatne konto jednej z osób związanych z prowadzeniem MDP. Zarząd domagał się przedstawienia informacji o działalności drużyny oraz rozliczenia zgromadzonych środków. W materiałach przekazanych redakcji znajduje się formalne wezwanie z 1 grudnia 2025 roku do przedstawienia sprawozdania z działalności i sprawozdania finansowego MDP. OSP twierdzi, iż mimo wcześniejszych próśb nie otrzymała rozliczenia w formie, której oczekiwał zarząd.
To wymaga ostrożności w obie strony. Nie dysponujemy pełną historią operacji na prywatnym rachunku ani materiałem pozwalającym stawiać byłym opiekunom zarzuty dotyczące przywłaszczenia pieniędzy czy innego przestępstwa. Takich wniosków nie wyciągamy. Jednocześnie nie można pominąć faktu, iż zarząd OSP przedstawia konkretną przyczynę konfliktu: wskazuje prywatne konto, żądania rozliczeń, projekt umowy, daty oraz dokumenty, które mają pokazywać podejmowane przez niego próby uporządkowania sytuacji.
W końcu doszło do usunięcia trzech osób związanych z prowadzeniem MDP. Sam fakt ich usunięcia nie jest więc sporny. Spór dotyczy tego, dlaczego do tej decyzji doszło i czy była uzasadniona. Burmistrz wskazywał ją jako jeden z przykładów problemów w zarządzaniu OSP. Jednostka przedstawia natomiast decyzję jako finał narastającego wcześniej konfliktu o odpowiedzialność, finanse i zasady funkcjonowania drużyny.
Nie mamy materiału pozwalającego rozstrzygnąć, czy wszystkie zastrzeżenia zarządu wobec byłych opiekunów były zasadne ani czy ich usunięcie było najlepszym możliwym rozwiązaniem. Mamy jednak wystarczająco dużo materiału, aby stwierdzić, iż nie jest to historia, którą można uczciwie streścić jednym zdaniem: „zarząd wyrzucił ludzi prowadzących dzieci”. Takie przedstawienie sprawy pomijałoby zasadniczą część konfliktu.
Istotny pozostało jeden element. Nie mamy podstaw do twierdzenia, iż dzieci z dotychczasowej MDP OSP Janów Podlaski przeszły do nowej OSP Miasto Janów Podlaski. Nowa jednostka rozwija własną działalność młodzieżową, ale posiadane przez redakcję materiały nie pozwalają utożsamiać składu obu drużyn ani mówić o przejściu dzieci z jednej OSP do drugiej. OSP Janów Podlaski deklaruje natomiast, iż pracuje nad wznowieniem własnej Młodzieżowej Drużyny Pożarniczej.
To nie jest błahy wątek. MDP dla wielu jednostek jest miejscem, w którym wychowuje się przyszłych strażaków ratowników. Dziecko, które dzisiaj uczy się pierwszej pomocy, rozwija zainteresowanie pożarnictwem i poznaje jednostkę, za kilka lat może rozpocząć szkolenie i wejść do podziału bojowego. W przypadku OSP budowanie takiego zaplecza trwa latami. Dlatego historia MDP w Janowie Podlaskim nie jest tylko kolejnym personalnym epizodem konfliktu. Dotyczy dzieci, rodziców, pieniędzy, odpowiedzialności władz stowarzyszenia i przyszłości jednostki. Usunięcie opiekunów jest faktem. Ale pełny obraz tej decyzji zaczyna się znacznie wcześniej niż w dniu podjęcia uchwały o ich usunięciu.
Spotkanie o OSP bez OSP
16 stycznia 2026 roku w urzędzie odbyło się spotkanie poświęcone funkcjonowaniu OSP Janów Podlaski. Uczestniczyli przedstawiciele samorządu, PSP, Policji i struktur ZOSP RP. OSP Janów nie została zaproszona i nie brała udziału. Już sam ten fakt nie unieważnia spotkania, ale powinien wpływać na sposób czytania protokołu: jest zapisem rozmowy o nieobecnej stronie.
W protokole przypisano przedstawicielowi Policji bardzo daleko idące oceny dotyczące współpracy, bezpieczeństwa mieszkańców, gotowości i potrzeby oparcia zabezpieczenia na innych jednostkach. OSP po uzyskaniu dokumentu nie poprzestała na publicznym zaprzeczeniu. Sama wystąpiła do Komendanta Komisariatu Policji o informację, co rzeczywiście powiedział i co oceniał. Odpowiedź przekazała później redakcji.
Komendant napisał, iż nie dokonywał oceny rzeczywistej gotowości bojowej OSP Janów, stanu i eksploatacji sprzętu, liczby strażaków, poziomu wyszkolenia ani skuteczności działań. Nie oceniał również możliwości zapewnienia przez jednostkę bezpieczeństwa mieszkańcom i nie sugerował oparcia zabezpieczenia operacyjnego gminy na innych OSP. To nie jest drobna korekta stylistyczna. o ile dokument urzędowy prowadzi czytelnika do wniosku, iż Policja podziela bardzo krytyczną ocenę operacyjną jednostki, a później sam przedstawiciel Policji pisze, iż takich ocen nie formułował, protokół trzeba czytać z dużą ostrożnością.
Warto podkreślić również sposób działania OSP. Jednostka w tym przypadku nie żądała, abyśmy uwierzyli jej na słowo. Poszła do źródła i uzyskała odpowiedź instytucji. To właśnie rodzaj metodycznego działania, który w naszej ocenie buduje wiarygodność części jej argumentacji. Nie dowodzi, iż OSP ma rację w każdym punkcie. Pokazuje jednak, iż potrafi weryfikować zarzuty zamiast wyłącznie z nimi polemizować.
OSP podaje, iż 23 stycznia 2026 roku burmistrz został poinformowany o wykluczeniu go z szeregów jednostki. Tę samą datę mają dokumenty dotyczące wypowiedzenia remizy i porozumienia KSRG, choć zostały doręczone OSP kilka dni później. Dla jednostki to jeden z argumentów przemawiających za osobistym charakterem późniejszych działań. Zbieżność dat jest uderzająca. Nie jest jednak sama w sobie dowodem odwetu. Dokumenty mogły być przygotowywane wcześniej, a ich podpisanie mogło wynikać z procesu, który już trwał. Żeby napisać, iż decyzje były karą za usunięcie burmistrza z OSP, potrzebowalibyśmy dowodu związku przyczynowego: korespondencji, notatki, nagrania albo jednoznacznego uzasadnienia.
Nie oznacza to, iż data jest bez znaczenia. W połączeniu z wcześniejszym osobistym charakterem sporu i późniejszą sekwencją decyzji stanowi element chronologii, który czytelnik powinien znać. W naszej ocenie ten moment potwierdza przede wszystkim jedno: w styczniu konflikt instytucjonalny i konflikt personalny były już ze sobą bardzo mocno splecione. I od tego momentu niemal każda decyzja była przez drugą stronę odczytywana jako atak, a nie zwykłe działanie administracyjne.
Co naprawdę wynika z dokumentów PSP
Państwowa Straż Pożarna przewija się w tym sporze od początku. Strona samorządowa powoływała się na opinie i skargi PSP jako istotny argument. Burmistrz mówił nawet, iż opinia PSP była dla niego „kropką nad i”. Kiedy jednak zestawić wszystkie materiały, obraz jest mniej jednoznaczny. Rzecznik PSP w wypowiedziach medialnych wskazywał uchybienia, ale równocześnie podkreślał dobre wyszkolenie i wyposażenie strażaków oraz ich przydatność w działaniach. 18 września 2025 roku inspekcja gotowości operacyjnej zakończyła się oceną dobrą. Późniejsze pisma zawierały zastrzeżenia dotyczące konkretnych kwestii organizacyjnych i działań, ale nie tworzą prostego ciągu dokumentów o permanentnej niesprawności.
OSP przedstawiła też własne wyjaśnienia dotyczące zdarzeń krytykowanych później przez PSP. Najbardziej rozbudowane dotyczy akcji na Bugu 5 kwietnia 2025 roku. Jednostka opisuje trudny teren, niski poziom wody, brak łączności, wykorzystanie quada do transportu pontonu i decyzje podejmowane w kontakcie z prokuratorem. Nie jesteśmy w stanie rozstrzygać taktyki działań na podstawie samej relacji strażaków, ale po jej poznaniu hasło „skargi PSP” przestaje być samo w sobie dowodem rażących zaniedbań.
W środowisku ratowniczym uwagi po działaniach są czymś normalnym. Jednostki i dowódcy uczą się na błędach, a PSP ma obowiązek egzekwować standardy. Dopiero powtarzalność, ciężar i wpływ uchybień na bezpieczeństwo mówią, czy problem ma charakter systemowy. W przypadku Janowa dokumenty pokazują napięcia i uwagi, ale jednocześnie pokazują jednostkę aktywną i ocenianą w części kontroli pozytywnie.
5 kwietnia 2025 roku OSP Janów została zadysponowana do działań na Bugu po odnalezieniu zwłok. Z faktografii jednostki wynika, iż warunki były trudne: niski stan wody, grząski teren i praktycznie brak łączności radiowej oraz telefonicznej. Ponton OSP miał radzić sobie w płytkiej wodzie lepiej niż łódź przybyłej PSP. Do jego transportu użyto quada, bo jeden z samochodów jednostki był związany z innym zadaniem. Po akcji pojawiły się uwagi. Według OSP krytykowano rozpoczęcie działań przed przyjazdem JRG, sposób transportu pontonu, a choćby zachowanie młodego druha, który podczas zabezpieczenia sprzętu na brzegu jadł posiłek po przyjeździe prosto z pracy. Najpoważniejszy zarzut dotyczył sposobu podjęcia zwłok z wody.
OSP wyjaśnia, iż zmarły był skąpo ubrany i użycie bosaka groziło uszkodzeniem ciała, dlatego zwłoki podjęto delikatnie przy pomocy wioseł. Następnie, z uwagi na trudny teren, ciało zabezpieczone na desce ortopedycznej miało zostać przewiezione quadem do miejsca wskazanego przez prokurator. Jednostka twierdzi, iż prokurator nie zgłaszała zastrzeżeń do sposobu postępowania.
Nie jesteśmy komisją PSP i nie będziemy rozstrzygać, czy wszystkie decyzje były optymalne. istotny jest inny aspekt: przy publicznym używaniu tej akcji jako argumentu przeciw jednostce trzeba pokazać, iż strażacy mają konkretne wyjaśnienie i wskazują osobę nadzorującą czynności procesowe na miejscu.
To również pokazuje, jak bardzo konflikt zmienił sposób czytania każdego zdarzenia. W normalnych warunkach uwagi po akcji prowadzą do omówienia i wniosków. W warunkach wojny instytucjonalnej każda uwaga może zostać użyta jako kolejny dowód, iż jednostka „nie działa prawidłowo”. Dlatego ciężar i kontekst każdego przypadku trzeba oceniać osobno.
W dokumentacji dotyczącej OSP Janów pojawiają się dwa fakty, których nie można traktować jak dekoracji. Pierwszy to dobra ocena z inspekcji gotowości operacyjnej PSP z 18 września 2025 roku. Drugi to określenie OSP Janów jako najprężniej działającej jednostki na terenie gminy. To nie unieważnia zarzutów dokumentacyjnych. Dobra ocena PSP nie oznacza, iż stowarzyszenie prawidłowo prowadzi każdą fakturę, kartę drogową czy umowę. Pokazuje jednak, iż gdy ocena dotyczyła umiejętności udziału w działaniach, obraz nie był katastrofalny.
To niezwykle ważne przy całej późniejszej narracji o bezpieczeństwie. o ile władze podnoszą problem gotowości jako argument uzasadniający daleko idące decyzje, muszą wyjaśnić, co wydarzyło się pomiędzy dobrą oceną we wrześniu a późniejszymi decyzjami. Czy pojawiła się seria nowych, ciężkich zdarzeń? Czy jednostka utraciła sprzęt lub ludzi? Czy problem wynikał głównie z konfliktu organizacyjnego?
W dokumentach nie znajdujemy jednego nagłego załamania operacyjnego. Znajdujemy za to coraz ostrzejszy konflikt. To właśnie dlatego w naszym artykule bezpieczeństwo trzeba analizować osobno od współpracy. Można nie być w stanie współpracować z zarządem stowarzyszenia i jednocześnie mieć do czynienia z jednostką posiadającą realny potencjał ratowniczy.
Audyty i liczby, które trzeba czytać z kontekstem
Urząd przekazał nam dwa audyty i oba są ważnym elementem tej historii. Trzeba jednak od razu wyjaśnić, czego adekwatnie dotyczą, bo samo określenie „audyt OSP Janów Podlaski” może wprowadzać w błąd.
Pierwszy z dokumentów dotyczył przede wszystkim funkcjonowania stanowiska oraz wydatków związanych z ochroną przeciwpożarową po stronie urzędu. Nie był więc po prostu kontrolą OSP Janów Podlaski. To istotne, ponieważ część opisanych problemów z dokumentacją i rozliczeniami dotyczyła również sposobu funkcjonowania samorządu.
Drugi audyt obejmował współpracę gminy z OSP i wydatki w szerszym okresie. Był wobec jednostki znacznie bardziej krytyczny i później stał się jednym z ważnych argumentów w publicznej dyskusji o jej funkcjonowaniu.
I właśnie przy tym dokumencie OSP zwraca uwagę na rzecz, której nie można pominąć. Według jednostki audytor nie pojawił się w remizie, nie poprosił OSP o przedstawienie dokumentów i nie zwrócił się do strażaków o wyjaśnienie kwestii, które później znalazły się w raporcie.
Nie oznacza to automatycznie, iż audyt jest niewiarygodny. Możliwe, iż zakres zlecenia przewidywał analizę dokumentacji znajdującej się wyłącznie w urzędzie. Problem zaczyna się gdzie indziej. o ile później taki dokument ma służyć do publicznej oceny konkretnej OSP, czytelnik powinien wiedzieć, na podstawie czyich dokumentów i czyich wyjaśnień powstały jego wnioski.
Dobrym przykładem jest ubezpieczenie. OSP wskazuje, iż koszt około 2800 zł obejmował 70 strażaków oraz 30 członków MDP z terenu całej gminy. o ile tak było, nie można tej kwoty przedstawiać po prostu jako kosztu dotyczącego wyłącznie OSP Janów Podlaski. Jednostka zestawia to dodatkowo z wcześniejszą informacją burmistrza, iż urząd nie posiadał pełnego zestawienia kosztów rozpisanych na poszczególne OSP i konkretne cele. o ile później w audycie takie przypisanie się pojawia, naturalne jest pytanie, w jaki sposób zostało wyliczone.
Jest jeszcze jeden szczegół, na który zwrócili uwagę strażacy. OSP dysponuje wcześniejszą, niepodpisaną wersją jednego z audytów liczącą 10 stron, podczas gdy wersja finalna ma 12 stron. Samo istnienie wersji roboczej nie jest niczym nadzwyczajnym. Dokumenty w trakcie pracy są poprawiane, uzupełniane i rozwijane. Istotne jest natomiast to, co znalazło się na dodatkowych stronach i czy wprowadzone zmiany miały wpływ na późniejsze wnioski dotyczące jednostki.
Jeden z audytów został wykonany przez podmiot zewnętrzny i kosztował publiczne pieniądze. Nie ma w tym niczego niewłaściwego. Przeciwnie, przy sporze dotyczącym finansów, majątku i funkcjonowania ochrony przeciwpożarowej niezależne spojrzenie może być bardzo potrzebne. Tym bardziej jednak taki dokument powinien możliwie precyzyjnie pokazywać nie tylko liczby, ale także ich źródło i kontekst.
Audyt nie jest wyrokiem. Może wykazać nieprawidłowości, błędy w dokumentacji, problemy organizacyjne czy finansowe i właśnie po to się go przeprowadza. Ale dopiero zestawienie jego ustaleń z dokumentami OSP, zakresem obowiązków pracowników urzędu oraz wyjaśnieniami obu stron pozwala ocenić, co rzeczywiście obciąża jednostkę, co urząd, a co było skutkiem źle działającego przez lata systemu.
W przypadku Janowa audyty sporu zresztą nie zakończyły. Stały się kolejnym elementem konfliktu. Później sprawy trafiały do SKO, wojewody, WSA i sądu. Im więcej dokumentów pojawiało się po obu stronach, tym wyraźniej było widać, iż tego konfliktu nie da się rozstrzygnąć jednym raportem ani jedną tabelą z wydatkami.
Kto pokazywał dokumenty, a kto stawiał zarzuty
Na przełomie stycznia i lutego konflikt wszedł w fazę medialną. Władze zorganizowały konferencję i szeroko przedstawiały swoje zastrzeżenia. OSP nie brała udziału w spotkaniu z 16 stycznia ani w konferencji 30 stycznia. Z punktu widzenia gminy nie było obowiązku prowadzenia każdej konferencji wspólnie z krytykowaną stroną. Z punktu widzenia mieszkańca problem polegał na tym, iż przez pewien czas słyszał głównie jedną narrację.
OSP gwałtownie zaczęła odpowiadać dokumentami. Z czasem powstało obszerne archiwum sprawy. Jednostka występowała o informacje publiczne, odwoływała się do SKO, kierowała sprawy do wojewody, uzyskiwała odpowiedzi Policji i PSP, gromadziła materiały samochodowe, finansowe i sądowe. W wielu miejscach przyznawała również, iż błąd wystąpił, zamiast zaprzeczać wszystkiemu.
Po stronie UM początkowo mieliśmy natomiast dużo mocnych wypowiedzi i zapowiedzi dokumentów, a pełniejsza kooperacja materiałowa przyszła później, po kolejnych publikacjach i pytaniach redakcji. Sam urząd w korespondencji zaznaczał, iż przekazane audyty odpowiadają tylko na część naszych pytań.
Nie oznacza to, iż urząd coś ukrywał. Przy dużej liczbie dokumentów przygotowanie odpowiedzi trwa. Ale doświadczenie redakcji jest częścią tej historii: OSP od początku odpowiadała szeroko i przynosiła kolejne źródła, podczas gdy część bardzo mocnych tez strony samorządowej długo pozostawała na poziomie wypowiedzi lub dokumentów wymagających dodatkowego wyjaśnienia.
Wiosną 2026 roku znaczną część aktywności OSP zaczęły stanowić wnioski o informację publiczną. Jednostka chciała danych o finansowaniu poszczególnych OSP, sprzęcie, szkoleniach, ekwiwalentach, remontach i innych kosztach. Z perspektywy samorządu mogło to być uciążliwe, szczególnie przy trwającym konflikcie. Z perspektywy stowarzyszenia był to sposób sprawdzania, czy zasady stosowane wobec Janowa są podobne do zasad dotyczących pozostałych jednostek.
W jednej ze spraw burmistrz odmówił udostępnienia części informacji. OSP złożyła odwołanie do Samorządowego Kolegium Odwoławczego w Białej Podlaskiej. SKO uchyliło decyzję w całości i przekazało sprawę do ponownego rozpatrzenia. Nie oznacza to, iż wszystkie żądania OSP były zasadne albo iż urząd celowo ukrywał dane. Oznacza natomiast, iż procedura odmowna nie obroniła się przed organem odwoławczym.
Ten epizod jest ważny, bo pokazuje metodę działania jednostki. OSP nie ograniczała się do publikowania ostrych postów. W wielu sprawach wybierała drogę formalną: informacja publiczna, odwołanie, wojewoda, sąd, Policja, PSP. Z punktu widzenia wiarygodności reporterskiej ma to znaczenie. Strona, która stale domaga się weryfikacji zewnętrznej własnych tez, podejmuje ryzyko, iż instytucja odpowie jej niekorzystnie. To zupełnie inny model działania niż unikanie kontroli.
Nie wszystkie działania OSP kończyły się sukcesem i nie każde pismo potwierdzało jej stanowisko. Ale sam sposób budowania własnego archiwum sprawy jest jednym z powodów, dla których po kilku miesiącach część jej argumentacji okazała się bardziej odporna na weryfikację, niż sugerowały pierwsze publiczne zarzuty.
Kiedy Janów wypada z KSRG
Po ponad trzech dekadach OSP Janów Podlaski znalazła się poza Krajowym Systemem Ratowniczo-Gaśniczym. Dla osoby spoza środowiska może to wyglądać jak formalna zmiana statusu jednostki. W praktyce jest to jedna z najpoważniejszych konsekwencji całego konfliktu. Wyjście z KSRG nie oznacza likwidacji stowarzyszenia ani automatycznej utraty możliwości udziału w działaniach ratowniczych. OSP spoza systemu również może zostać zadysponowana do zdarzenia. Nie jest jednak prawdą, iż utrata statusu jednostki systemowej niczego nie zmienia.
KSRG oznacza określone miejsce jednostki w systemie ratowniczym, wymagania dotyczące gotowości, wyszkolenia i wyposażenia, a także sposób uwzględniania jej sił i środków przy organizacji zabezpieczenia operacyjnego. Przynależność do systemu ma również znaczenie dla możliwości pozyskiwania części środków przeznaczonych na rozwój jednostek OSP. Dla straży, która funkcjonowała w KSRG przez ponad trzy dekady, wyjście z systemu nie jest więc zmianą wyłącznie na papierze.
W przypadku Janowa szczególnie istotne jest pytanie, co doprowadziło do takiego finału. Gdyby z zebranych materiałów wynikała trwała utrata zdolności operacyjnej, wielokrotne negatywne oceny PSP, brak odpowiednio wyszkolonych ludzi czy długotrwała niemożność wystawienia zastępu, obraz byłby stosunkowo prosty. Wyprowadzenie jednostki z KSRG można byłoby wówczas odczytać przede wszystkim jako techniczną konsekwencję utraty wymaganego potencjału.
Z dokumentów, które przeanalizowaliśmy, tak jednoznaczny obraz jednak nie wynika.
Mamy dobrą ocenę inspekcji gotowości operacyjnej przeprowadzonej przez PSP we wrześniu 2025 roku. Mamy również dużą aktywność jednostki w poprzednich latach. Są późniejsze uchybienia, problemy organizacyjne i wyjątkowe braki wyjazdów, których w tym materiale nie pomijamy. Jednocześnie pojawiają się one już w okresie głębokiego konfliktu z samorządem, obejmującego paliwo, kierowców, szkolenia, badania, sprzęt, finansowanie i w końcu samą remizę.
Dlatego trudno patrzeć na utratę KSRG w oderwaniu od całej wcześniejszej sekwencji wydarzeń. W naszym materiale nie znaleźliśmy ciągu ocen PSP, który pozwalałby sprowadzić tę historię do prostego stwierdzenia: Janów przestał spełniać swoją rolę operacyjną, więc został usunięty z systemu. Znacznie wyraźniej widać rozpad współpracy pomiędzy stowarzyszeniem a samorządem i kolejne konsekwencje tego rozpadu.
Nie oznacza to, iż samorząd nie miał argumentów. System ochrony przeciwpożarowej wymaga współpracy. Gmina odpowiada za istotną część organizacyjnego i finansowego zaplecza OSP, a trwały konflikt z zarządem jednostki może realnie utrudniać jego funkcjonowanie. To jest argument, którego nie można uczciwie pominąć. Jednocześnie konflikt pomiędzy samorządem a władzami stowarzyszenia nie jest tym samym co automatyczna utrata zdolności ratowniczej przez strażaków.
W tym samym czasie zmieniał się układ sił w całej gminie. Procedowane jest włączenie OSP Nowy Pawłów do KSRG. Sam rozwój innej jednostki nie jest niczym niewłaściwym. Z punktu widzenia bezpieczeństwa mieszkańców zwiększanie potencjału ratowniczego może być wręcz korzystne. W tej historii znaczenie ma jednak chronologia: jednostka funkcjonująca w systemie przez ponad trzy dekady z niego wychodzi, a równolegle inna OSP z tej samej gminy jest przygotowywana do zajęcia miejsca w KSRG.
To pokazuje, iż nie rozmawiamy wyłącznie o relacjach burmistrza z zarządem jednego stowarzyszenia. Zmienia się faktyczna pozycja poszczególnych jednostek w lokalnym systemie bezpieczeństwa. Jak duże ma to znaczenie w praktyce, pokazały późniejsze decyzje dotyczące dysponowania jednostek oraz pożar w Błoniu. Do tego wątku jeszcze wrócimy. Tutaj najważniejszy jest sam skutek: OSP Janów Podlaski po ponad trzydziestu latach utraciła status jednostki KSRG, a wraz z nim dotychczasową pozycję w systemie.
W naszej ocenie nie wygląda to na prostą techniczną reakcję na jednostkę, która z dnia na dzień przestała być zdolna do działania. Znacznie bardziej przypomina jeden z najpoważniejszych skutków wielomiesięcznego rozpadu współpracy pomiędzy OSP a samorządem. Pytanie o koszt budowania nowego układu zabezpieczenia gminy pojawia się już chwilę później.
Nowe jednostki i rachunek, który zapłaci gmina
W 2026 roku w gminie powstały nowe stowarzyszenia OSP, a samorząd zaczął intensywniej inwestować w rozwój pozostałych jednostek. W czerwcu przedstawiono pakiet około 450 tys. zł obejmujący m.in. używany samochód, szkolenie 28 osób, selektywne alarmowanie, sprzęt hydrauliczny, agregaty, radiostacje i ubrania specjalne. Równolegle OSP Nowy Pawłów jest przygotowywana do wejścia do KSRG.
Samo wzmacnianie innych OSP jest czymś naturalnym i z punktu widzenia bezpieczeństwa mieszkańców może być korzystne. Im więcej rzeczywiście gotowych do działania zastępów, tym lepiej. W Janowie pytanie dotyczy jednak czegoś innego: dlaczego rozwijaniu nowego potencjału towarzyszy ograniczanie roli jednostki, która taki potencjał już posiadała i budowała go przez dziesięciolecia.
Nie jest to wyłącznie odczucie strażaków z Janowa. 20 maja gmina zwróciła się do PSP, aby przy zdarzeniach na terenie Janowa Podlaskiego w pierwszej kolejności dysponować OSP Nowy Pawłów, a następnie inne wskazane jednostki, pomijając Janów w proponowanej kolejności. Tłem tej decyzji był wówczas konflikt dotyczący rozliczania paliwa i zablokowanie kart paliwowych.
To istotny moment tej historii. Pokazuje, iż jeszcze przed wyjściem Janowa z KSRG samorząd podejmował konkretne działania zmieniające praktyczne miejsce jednostki w lokalnym systemie reagowania. Później pojawiły się kolejne elementy: inwestycje w inne OSP, szkolenie nowych ratowników, przygotowywanie Nowego Pawłowa do KSRG i dalsze ograniczanie dotychczasowej roli Janowa.
Strona samorządowa ma dla takiej polityki argumenty. Podczas spotkania druhowie z innych jednostek mówili o wcześniejszym poczuciu marginalizacji i zbyt dużym uzależnieniu systemu od OSP Janów Podlaski. Pojawiał się również zarzut, iż część osób zainteresowanych służbą nie była przyjmowana do starej jednostki. Jeżeli tak było, jest to problem, którego OSP nie może ignorować. Gmina ma prawo rozwijać Rokitno, Olszyn, Jakówki, Nowy Pawłów czy nowe stowarzyszenia i nie ma powodu, aby bezpieczeństwo całej gminy opierało się wyłącznie na jednej OSP.
Tyle iż liczba stowarzyszeń nie pozostało miarą zdolności operacyjnej. Nowego ratownika trzeba wyszkolić, przebadać i wyposażyć. Potrzebni są kierowcy, dowódcy, samochody, łączność i praktyczne doświadczenie zdobywane podczas działań. Dlatego szczególnie istotne jest, iż w czasie, gdy gmina inwestowała w szkolenie nowych ludzi, strażacy z Janowa wskazywali na problemy z dostępem swoich kandydatów do szkoleń. o ile celem było zwiększenie liczby ratowników, naturalne pozostaje pytanie, dlaczego obu potencjałów nie rozwijano równolegle.
Nie mamy dowodu pozwalającego napisać, iż powstanie nowych OSP było elementem zaplanowanej likwidacji jednostki w Janowie. Dokumenty pokazują jednak kierunek zmian: dotychczasowa rola OSP Janów Podlaski była ograniczana, a samorząd równolegle budował coraz większą część zabezpieczenia w oparciu o inne jednostki.
I właśnie to jest sedno. Nie chodzi o przeciwstawianie „starych” strażaków „nowym” ani o kwestionowanie potrzeby rozwoju innych OSP. Pytanie brzmi, czy dla zwiększenia potencjału gminy rzeczywiście konieczne było równoczesne osłabienie jednostki, która przez lata stanowiła istotną część tego potencjału.
Remiza. Spór dotyka podstaw funkcjonowania OSP
Wypowiedzenie możliwości korzystania z remizy było kolejnym momentem, w którym konflikt przestał być sporem o papier. Remiza dla czynnej OSP to nie siedziba stowarzyszenia w potocznym znaczeniu. To garaże, magazyny, miejsce alarmowego zebrania, szatnia, zaplecze sprzętu i warunek szybkiego wyjazdu. Gmina jest właścicielem obiektu i ma prawo zarządzać swoim majątkiem. OSP podnosi historyczny wkład strażaków w budowę i remonty, ale to nie przesądza automatycznie prawa własności. Spór trafił do sądu, co w tej sytuacji było naturalnym sposobem rozstrzygnięcia.
22 lipca burmistrz zażądał wydania opróżnionych pomieszczeń i zapowiedział możliwość wystąpienia o eksmisję. OSP wniosła powództwo i złożyła wniosek o zabezpieczenie. 3 sierpnia Sąd Rejonowy w Białej Podlaskiej pozwolił jednostce korzystać z określonych pomieszczeń na czas procesu i ograniczył możliwość działań gminy uniemożliwiających dostęp, media czy wyjazd pojazdów.
To nie jest wyrok końcowy i nie należy pisać, iż OSP wygrała sprawę. Jest jednak czymś więcej niż formalnością. Sąd uznał, iż do czasu rozstrzygnięcia jednostka nie powinna zostać postawiona przed faktem dokonanym. W praktyce zatrzymało to natychmiastowe usunięcie OSP z miejsca potrzebnego do działalności ratowniczej. W kontekście całego konfliktu remiza ma znaczenie symboliczne i operacyjne jednocześnie. o ile jednostce odbiera się możliwość korzystania z obiektu, choćby najlepsza deklaracja o jej dalszym istnieniu jako stowarzyszenia ma ograniczoną wartość. Bez zaplecza ratowniczego funkcjonowanie staje się znacznie trudniejsze.
Błonie i pytanie o miejsce Janowa w systemie
5 sierpnia 2026 roku doszło do pożaru w Błoniu. OSP Janów Podlaski nie została zadysponowana do tego zdarzenia. W środowisku natychmiast pojawiły się emocje i pytania, czy konflikt wpływa już bezpośrednio na sposób dysponowania jednostki. Z pisma gminy z 20 maja wynika, iż kilka miesięcy wcześniej samorząd formalnie zwrócił się do PSP o dysponowanie w pierwszej kolejności OSP Nowy Pawłów, a następnie kolejnych wskazanych jednostek, wiążąc to z zablokowaniem kart paliwowych Janowa.
Zapytaliśmy o tę sytuację Komendę Miejską PSP w Białej Podlaskiej. Odpowiedź była konkretna. Do pożaru skierowano zastępy z JRG Biała Podlaska, OSP Nowy Pawłów, OSP Rokitno i OSP Olszyn. OSP Janów Podlaski nie została zadysponowana. Jednocześnie PSP poinformowała, iż służba dyżurna stanowiska kierowania nie posiadała informacji o braku gotowości operacyjnej OSP Janów Podlaski. Komenda wyjaśniła, iż gdyby siły i środki znajdujące się na miejscu okazały się niewystarczające i zachodziła konieczność wysłania kolejnych zastępów, dyżurny zadysponowałby również jednostkę z Janowa.
PSP wskazała także, iż w tej chwili żadna jednostka z terenu gminy Janów Podlaski nie znajduje się w KSRG, natomiast procedowane jest włączenie do systemu OSP Nowy Pawłów. W związku z tym właśnie ta jednostka jest w tej chwili w pierwszej kolejności dysponowana do zdarzeń na terenie gminy. Komenda po analizie sposobu dysponowania nie stwierdziła nieprawidłowości. To rozstrzyga istotną rzecz. Janów nie został pominięty dlatego, iż stanowisko kierowania posiadało informację o jego niegotowości. Takiej informacji PSP nie miała. Nie można też twierdzić, iż samo niezadysponowanie Janowa było błędem dyżurnego, bo komenda oceniła dysponowanie jako prawidłowe.
Znaczenie tej odpowiedzi jest inne. Pokazuje ona praktyczny skutek zmian, które zaszły w lokalnym systemie. Jednostka, która przez ponad trzy dekady funkcjonowała w KSRG, podczas tego zdarzenia nie została zadysponowana, podczas gdy pierwszeństwo otrzymała OSP przygotowywana do wejścia do systemu.
Mediacja, zanim straty staną się nieodwracalne
Po zabezpieczeniu remizy przez sąd OSP zaproponowała burmistrzowi rozpoczęcie mediacji i przedstawiła projekt porozumienia. Burmistrz gwałtownie zadeklarował gotowość do rozmów. Gmina przypomniała jednocześnie, iż sama proponowała mediację już w grudniu 2025 roku, a OSP wskazywała wtedy zbyt krótkie terminy spotkań i obowiązki zawodowe druhów. choćby tutaj obie strony mają własną historię tego, kto pierwszy chciał rozmawiać.
Na obecnym etapie mniej ważne jest, kto pierwszy użył słowa „mediacja”. Ważne jest, czy tym razem rozmowa będzie realna. Po tylu miesiącach potrzebny jest mediator, który nie będzie rozstrzygał, kto kogo bardziej obraził, tylko rozbije problem na konkretne części: remiza, dokumentacja, paliwo, szkolenia, zasady finansowania, udział w systemie ratowniczym i przyszłość jednostki.
Jeżeli mediacja się powiedzie, nie cofnie wszystkich strat. Samochód już nie został kupiony w pierwotnym projekcie, KSRG zostało utracone, nowe struktury już powstały, a zaufanie jest bardzo niskie. Może jednak zatrzymać dalszą eskalację i pozwolić mieszkańcom odzyskać coś, czego w całej historii było najmniej: poczucie, iż system ratowniczy jest budowany według potrzeb bezpieczeństwa, a nie według historii wzajemnych konfliktów.
Jeżeli mediacja się nie powiedzie, pozostaną sądy, decyzje administracyjne i dalsza przebudowa systemu. Wtedy dopiero po czasie będzie można policzyć pełną cenę tej historii. Nie tylko w złotówkach, ale w utraconym doświadczeniu, podziale środowiska i czasie potrzebnym do odbudowania zaufania.
Samochód można kupić. Doświadczenia nie
Najłatwiej policzyć pieniądze. Nie kupiono samochodu za około 1,44 mln zł, choć część finansowania zewnętrznego była pozyskana. Później gmina zaczęła inwestować setki tysięcy złotych w nowe i inne jednostki: samochód, szkolenia, sprzęt, radiostacje, system alarmowania. Te wydatki nie są automatycznie stratą. Wiele z nich poprawia bezpieczeństwo i byłoby potrzebnych niezależnie od konfliktu.
Ale istnieje również koszt alternatywny. jeżeli budujemy zdolność ratowniczą w nowych strukturach dlatego, iż istniejąca jednostka została odsunięta od dotychczasowej roli, warto policzyć, ile kosztuje odtworzenie tego, co już istniało. Nie tylko sprzętu, ale także ludzi i organizacji.
Najtrudniejszy do policzenia jest kapitał doświadczenia. Setki wspólnych wyjazdów uczą rzeczy, których nie ma w programie kursu: podziału zadań bez zbędnych słów, znajomości lokalnych dróg, budynków i hydrantów, reakcji dowódcy na zachowanie swoich ludzi, zaufania pomiędzy ratownikami. Nowa jednostka może rozwijać się bardzo szybko, ale nie można przeskoczyć lat doświadczeń jednym zakupem.
Dlatego nie kwestionuję potrzeby inwestowania w inne OSP. Kwestionuję tylko narrację, w której można osłabić istniejącą, doświadczoną jednostkę, a następnie bez kosztu zastąpić ją nową strukturą. System ratowniczy tak nie działa.
Co zostaje, kiedy odłożymy emocje
Po zestawieniu stanowiska Urzędu Gminy z odpowiedziami OSP, dokumentami PSP, Policji, sądu i wojewody, a także z korespondencją, fakturami, audytami i pozostałymi materiałami obu stron, nie da się uczciwie sprowadzić tej historii do prostej opowieści o jednostce, która przestała spełniać wymagania i dlatego samorząd musiał podjąć wobec niej radykalne działania. OSP Janów Podlaski popełniała błędy i miała problemy organizacyjne. Część z nich jednostka sama przyznaje i nie ma powodu ich ukrywać ani umniejszać. Dokumentacja powinna być prowadzona prawidłowo, publiczne pieniądze muszą być adekwatnie rozliczane, a jednostka ratownicza musi dbać o wyszkolenie, sprzęt, ludzi i gotowość operacyjną. Problem polega na tym, iż po zestawieniu publicznych zarzutów z dokumentami i szczegółowymi wyjaśnieniami OSP wiele z nich wygląda znacznie mniej poważnie i jednoznacznie, niż można było sądzić na początku. Problemy pozostają problemami, ale ich rzeczywista skala często okazuje się mniejsza niż ciężar, jaki nadawano im w publicznej dyskusji.
Widać to adekwatnie w całej tej historii. Brak umowy z gminą wygląda inaczej, kiedy poznajemy spór dotyczący zakresu ochrony ubezpieczeniowej i argumenty OSP dotyczące zabezpieczenia strażaków. Rozliczanie paliwa wygląda inaczej po poznaniu systemu M-OSP, zakresu obowiązków pracownika urzędu, sporu o normy zużycia paliwa oraz późniejszych działań wojewody. Problemy kadrowe trzeba oceniać również w kontekście skreślenia kandydatów OSP ze szkolenia po interwencji burmistrza i późniejszych problemów z akceptowaniem kolejnych skierowań. Podobnie jest z MDP: samo zdanie, iż zarząd usunął osoby prowadzące młodzieżówkę, daje zupełnie inny obraz niż ten, który powstaje po poznaniu sporu o zasady funkcjonowania drużyny, wpłaty na prywatne konto, żądania przedstawienia rozliczeń i dokumentów wskazywanych przez OSP jako podstawa podjętych decyzji.
Tak samo należy patrzeć na jeden z najmocniej brzmiących zarzutów, dotyczący wydatków w firmie związanej z prezesem OSP. Kwota przekraczająca 100 tys. zł sama w sobie może zdominować ocenę całej sprawy. Jednostka przedstawiła jednak własne wyliczenia, faktury i szczegółowe wyjaśnienia dotyczące tego, co rzeczywiście było kupowane i w jaki sposób powstawały poszczególne wydatki. Redakcja nie otrzymała natomiast od samorządu materiału dowodowego, który pozwalałby bez zastrzeżeń przyjąć najcięższą interpretację tego zarzutu. Nie oznacza to, iż po przedstawieniu odpowiedzi OSP każdy zarzut automatycznie znika. Oznacza coś znacznie prostszego: pełny materiał pokazuje historię bardziej złożoną niż obraz, który powstawał z samych publicznych zarzutów.
I właśnie to po miesiącach pracy nad tą sprawą zaskakuje mnie najbardziej. Od około dwudziestu lat jestem związany z OSP. Przez ten czas widziałem problemy z dokumentacją, rozliczeniami, paliwem, kierowcami, szkoleniami, badaniami, sprzętem czy współpracą z samorządem. Nie piszę tego po to, żeby usprawiedliwiać Janów, bo błędu nie można przestać nazywać błędem tylko dlatego, iż podobny zdarza się gdzie indziej. Piszę o tym dlatego, iż znaczna część problemów, które znajduję w dokumentach dotyczących OSP Janów Podlaski, nie jest czymś wyjątkowym czy niespotykanym w świecie ochotniczych straży pożarnych. W wielu jednostkach zdarzają się błędnie prowadzone dokumenty, problemy z kierowcami, różnice w interpretacji przepisów, nieporozumienia przy rozliczeniach czy konflikty pomiędzy zarządem stowarzyszenia a urzędem.
Zazwyczaj odpowiedzią na takie problemy jest kontrola, poprawienie dokumentacji, wyjaśnienie odpowiedzialności, korekta rozliczenia, ewentualny zwrot środków, zmiana procedury, dodatkowy nadzór albo ustalenie jasnych zasad dalszej współpracy. Dlatego w Janowie najbardziej zastanawia mnie nie samo istnienie uchybień, ale skala reakcji na nie i konsekwencje, do których ostatecznie doprowadził konflikt. Po przeczytaniu materiałów nie widzę po stronie OSP takiej skali nieprawidłowości, która czyniłaby wszystkie późniejsze wydarzenia oczywistym i nieuniknionym finałem tej historii. Widzę błędy, widzę zaniedbania i widzę rzeczy, które należało poprawić. Ale widzę również bardzo wiele zarzutów, które po poznaniu odpowiedzi jednostki, dokumentów i pełnej chronologii wyraźnie tracą swój pierwotny ciężar.
Tymczasem konsekwencje są bardzo poważne. OSP Janów Podlaski po ponad trzech dekadach znalazła się poza KSRG, zmieniło się jej miejsce w systemie dysponowania, blokowane były karty paliwowe, gmina występowała do PSP o pierwszeństwo dysponowania innych jednostek, burmistrz ingerował w proces szkolenia kandydatów OSP, pojawił się konflikt dotyczący remizy i wypowiedzenie możliwości korzystania z niej. Równolegle samorząd rozwijał inne jednostki, szkolił nowych ludzi, kupował wyposażenie i budował potencjał ratowniczy w innych miejscach. Nie mamy dokumentu, który pozwalałby stwierdzić, iż burmistrz od początku zaplanował zniszczenie OSP Janów Podlaski i takiej intencji nie będziemy przedstawiać jako faktu. Nie trzeba jednak znać intencji, żeby opisać skutek: znaczenie i możliwości operacyjne dotychczasowej OSP Janów malały, podczas gdy równolegle wzmacniano inne elementy lokalnego systemu.
I właśnie tutaj pojawia się dla mnie najważniejsze pytanie o proporcje. Czy problemy ujawnione w Janowie rzeczywiście były tak poważne, iż uzasadniały proces prowadzący do tak daleko idących konsekwencji? Czy błędów dotyczących dokumentacji, rozliczeń, paliwa czy organizacji nie można było naprawić poprzez kontrolę, jasne procedury, określenie odpowiedzialności i dalsze monitorowanie jednostki? Nie twierdzę, iż wszystkie problemy można było rozwiązać przy jednym stole w ciągu godziny. Przy tak głębokim konflikcie byłoby to naiwne. Po dwudziestu latach znajomości środowiska OSP właśnie dysproporcja pomiędzy charakterem znacznej części stwierdzonych problemów a skalą późniejszych konsekwencji jest dla mnie najbardziej zaskakującym elementem całej tej historii.
Moja reporterska intuicja podpowiada również, iż na pewnym etapie konflikt przestał dotyczyć wyłącznie paliwa, faktur, kart drogowych, szkoleń czy podpisu pod umową i nabrał także wymiaru osobistego. To jest moja ocena wynikająca z miesięcy pracy nad sprawą, chronologii wydarzeń, dokumentów i zachowania stron, a nie udowodniona intencja burmistrza. Nie mam podstaw, by napisać, iż istniał zaplanowany scenariusz likwidacji OSP Janów. Mam natomiast podstawy, żeby pokazać czytelnikowi cały ciąg wydarzeń i zapytać, czy jego finał był rzeczywiście proporcjonalny do problemów, od których wszystko się zaczęło.
Bo ostatecznie nie powinno mieć znaczenia, kto wygrał konflikt pomiędzy burmistrzem a prezesem OSP. System ochrony przeciwpożarowej nie istnieje po to, żeby wygrał burmistrz, prezes, urząd czy stowarzyszenie. Istnieje dla mieszkańców. I dlatego po miesiącach konfliktu, setkach stron dokumentów, audytach, zawiadomieniach, odwołaniach, decyzjach i kolejnych zmianach pozostaje jedno zasadnicze pytanie: czy mieszkańcy Janowa Podlaskiego otrzymali w zamian system bezpieczniejszy, sprawniejszy i tańszy niż ten, który można było naprawić?
Samochód można kupić, radiostację można zamówić, ludzi można wysłać na kurs. Doświadczenia zespołu, zaufania i lat wspólnych działań nie da się kupić uchwałą budżetową.

4 godzin temu








English (US) ·
Polish (PL) ·
Russian (RU) ·