
Mła została namówiona przez Dżizaasa na jazdę do Wawki, coby oblookać wystawę w Cegle, czyli tym nowym, słynnym już muzeumie przy Pałacu Nauki i Kultury. O ile pałac zwany jest Zemstą Stalina, przez cały czas do końca nie wiadomo czyją zemstą jest ta Cegła. Może być iż i prezydenta Wawki, Rafaua Planeta Płonie. Rafau pokazał ostatnio zatroszczone ekologicznie oblicze, zezwalając na strzelanie do dzików, bo ASF. Znaczy krwiożerczość u Rafaua występuje, choć tak po prawdzie to zdaniem mła jest to raczej bezmyślność. Gdyby był prawdziwie krwiożerczy ten Rafau Planeta Płonie, to powinien namawiać coolegów samorządowców do wydania zgód na odstrzał pracowników chlewni, bo to jest najczęstszy czynnik roznoszenia świńskiej zarazy. W każdym razie jest podejrzany iż świadomie rzucił Cegłą w warszawiaków. Jeszcze w samochodzie Małgosia przekonywała mła iż zwarta i monumentalna bryła przy Zemście Stalina to nie jest zły pomysł. Hym... po oblookaniu obiektu in situ, okazało się iż i owszem, bryła jest zwarta, ale za to słabo monumentalna, co Małgosia skwitowała krótkim "Wypierdek!" ( jednakże gwałtownie się pocieszyła, ponieważ gdzieś tam w pismach dla ludzi zajmujących się sztukami wizualnymi wyczytała, iż wnętrze ma nas oszołomić ). choćby się udało, znaczy poczuliśmy się oszołomieni poetyką starego Dworca Autobusowego w Kielcach skrzyżowaną z powstałym w latach 70 gminnym Ośrodkiem Zdrowia. Cóś jak Bauhaus dla ubogich, zdekonstruowana magia konstruktywizmu. Małgosia, która z racji wykonywanego z powodzeniem zawodu ( plenery, wystawy i wogle ) jest z nas wszystkich najbardziej powołana do oceny estetyki obiektu, ciężko westchnęła i się wypowiedziała dość kwieciście na temat wnętrza. Ośmieleni tym zaczęliśmy wysuwać własne zarzuty zarówno wobec architektonicznej wizji, jak i sposobu wykonania ( trzeba prawdziwego mistrzostwa by wylewana podłoga z lastryko przypominała szpitalną wykładzinę i trzeba naprawdę mocno wierzyć w dobroć natury ludzkiej by założyć iż szlifowany do białości beton, w tak strategicznych miejscach jak parapety przy jedynym fajnym fragmencie budynku, czyli przy panoramicznych oknach, nie zostanie ućwachany przez zasiadających na tych parapetach, albo iż olbrzymie drzwi, wyglądające na element gastrokuchni, też nie ulegną ućwachaniu przez nie najczystsze rączęta spragnionych widoku sztuki współczesnej ludziów ). Mła po tym zjechaniu obiektu wystawienniczego coś zaczęło mówić iż zaraz zjedziemy wystawę, na wszelki wypadek zapytała Dżizaasa jakież to opinie krążą o tej ekspozycji. Dżizaas ucięła temat krótko - "Kontrowersyjnie jest." No dobra, w końcu od kontrowersji niby sztuka stronić nie powinna.



Kiedy mła doszła do sali, w której była sztuka kobiet doświadczonych przez wojnę zrobiło się naprawdę kiepsko, nie dlatego iż sztuka tam wystawiana była zła, to kuratorzy popłynęli po całości. Ktoś kto przeżył Shoah, czy jak mawiają Romowie Porajmos, traktuje tworzenie sztuki jak terapię. Płeć nie ma tu znaczenia, podejście jest takie samo - wyrzygać wspomnienia to może przestanie boleć. To jest widoczne w pracach artystek z Ukrainy, pewnie byłoby tak samo widoczne w sztuce, którą tworzą ludzie z innych stron, w których trwa wojna. Ta sztuka jest bardzo różna i bardzo nierówna, jest głównie lekiem dla twórcy. Czasem szkodzi jej dosłowność, która dla artysty może być terapeutycznie niezbędna. Mła czytała teksty przy tych obiektach i zaczął jej się włos jeżyć. Przy pracach Zuzanny Hertzberg teksty sprawiły iż cała była nastroszona. O ile taka Ceija Stojka była osobą, która przeżyła Porajmos, o tyle Zuzanna Hertzberg nosi w sobie wspomnienie po tym co przeżyli przodkowie. Jest to na tyle silne iż jej sztuka mocno dotyka tego tematu. Jest też artywistką, czyli uważa iż jej sztuka ma być jak plakaty z czasów socrealizmu - ma zmieniać rzeczywistość społeczną. Cóż, myśl lewicowa jak widać jest niezmienna. Kuratorzy wystawy postanowili sobie pojechać na jej pracach aż miło. Prace nawiązują do procesyjnych sztandarów ze świętymi, w których roli wystąpiły wybitne działaczki lewicowe albo ofiary Holocaustu, o niesztampowych życiorysach. Kuratorzy mogli się rozwinąć i mła się naczytała z okazji przedstawienia kobiet, których wizerunki były na sztandarach o "osobie queerowo - anarchistyczno - feministycznej" i dalej w tym guście. Kuratorstwu do głów nie przyszło żeby napisać kobieta nieheteronormatywna. Taa... osoba feministyczna a kwestia kobieca. Bardziej ośmieszająco już się nie da. Same sztandary były niezłe, ale kuratorzy uznali iż potrzebują dopalacza, bo nie uciągną tematu. Mła postanowiła na tym etapie wyłączyć z oglądania dzieł czytanie ich opisów, bo nie dość iż klucz takiego a nie innego doboru i wystawienia prac był dla niej niezrozumiały, to jeszcze kuratorzy postanowili bardzo dobitnie wytłumaczyć mła co artystka miała na myśli. Mła doszła do tego iż miała ochotę powiedzieć na głos - A gówno mnie to obchodzi! Chcę oglądać a nie czytać manifesty.

Sztuka bez czytania opisów od razu zrobiła się lepiej strawna, niestety gwałtownie wylazło przy tym jak bardzo jest nierówna. Hym... kuratorzy pewnie użyliby określenia poszukująca. No tak to jest, jak się na siłę chce sztukę podpiąć pod społeczne zjawisko i twierdzi się iż kwestia kobieca sprowadza się do walczącego feminizmu, najlepiej w zachodnim wydaniu. Klucz do takiego a nie innego pokazania tej całej twórczości, mimo nieczytania opisów, przez cały czas nie odnaleziony. Jedno co dobre iż mła oblookała młodociany obraz Artemizji Gentileschi, miniatury Sofosonisby i Lavinii Fontany i parę niezłych prac innych artystek, choćby Kate Diehn-Bitt. Meli Muter, Rachel Baes, Monici Sjöö ( która tak nawiasem pisząc była radośnie odjechana w kierunku Bogini Matki w takim stopniu, iż kuratorstwo pewnie aż łapkami przebierało, co by tu napisać ), czy Fahrünissy Şakir . Ech... mła poczuła głęboką potrzebę powrotu do Natury, Boginii Matki jak u Sjöö, po tym całym oglądactwie. Stąd ta wyprawa do Łazienek Królewskich. W końcu kwestia kobieca to, Panie tego, walka, walka i jeszcze raz
walka. Walka jest męcząca. Na barykady, Artemizja na sztandary, pittrice guerriera. Taa... tylko Artemizja po
tym jak udało się doprowadzić do skazania oskarżonego za jej deflorację
dokonaną w wyniku gwałtu ( czyli
obniżenia wartości na rynku małżeńskim, dlatego gwałciciela skarżył
tatuś, którego brak błony dziewiczej u córki mógł sporo kosztować ) i
niezrealizowaną przez gwałciciela obietnicę ożenku, wyjechała do
Florencji, wyszła za mąż, urodziła piątkę dzieci, z których czworo
pochowała. Utrzymywała się ze sztuki, bo była dobra w tym co robiła.
Nie ona pierwsza i nie ostatnia, kobiety tworzyły od zawsze. Rzymski epizod, był tylko tym czym był, epizodem w jej życiu, a nie obezwładniającą traumą, która
nie pozwoliła jej normalnie funkcjonować w XVII wiecznym społeczeństwie.
Nie zarżnęła się jak Lukrecja zgwałcona przez Sekstusa Tarkwiniusza ( co zresztą jest bajką, kobiety są zadziwiająco odporne, znoszą choćby tzw. feministyczne zacięcie innych kobiet, bez którego część przedstawicielek naszej płci nie może się obyć, choć jak każde zacięcie, nie jest ono czymś rozsądnym ). Artemizja nie siedziała cicho, zniosła tortury itd. Lubiła tematy msty na facetach, ale malowała i inne rzeczy. Jakoś nie jestem przekonana iż chciałaby zapamiętano ją, jako tę co się postawiła. Tak mła coś w trzewiu czuje iż wolałaby żeby podziwiać jej sztukę. Jako dobrą sztukę, bez konotacji płci.

1 dzień temu











English (US) ·
Polish (PL) ·
Russian (RU) ·