Myślunki, malunki, rysunki, instalunki - Kwestia kobieca 1550 - 2025

1 dzień temu

Mła została namówiona przez Dżizaasa na jazdę do Wawki, coby oblookać wystawę w Cegle, czyli tym nowym, słynnym już muzeumie przy Pałacu Nauki i Kultury. O ile pałac zwany jest Zemstą Stalina, przez cały czas do końca nie wiadomo czyją zemstą jest ta Cegła. Może być iż i prezydenta Wawki, Rafaua Planeta Płonie. Rafau pokazał ostatnio zatroszczone ekologicznie oblicze, zezwalając na strzelanie do dzików, bo ASF. Znaczy krwiożerczość u Rafaua występuje, choć tak po prawdzie to zdaniem mła jest to raczej bezmyślność. Gdyby był prawdziwie krwiożerczy ten Rafau Planeta Płonie, to powinien namawiać coolegów samorządowców do wydania zgód na odstrzał pracowników chlewni, bo to jest najczęstszy czynnik roznoszenia świńskiej zarazy. W każdym razie jest podejrzany iż świadomie rzucił Cegłą w warszawiaków. Jeszcze w samochodzie Małgosia przekonywała mła iż zwarta i monumentalna bryła przy Zemście Stalina to nie jest zły pomysł. Hym... po oblookaniu obiektu in situ, okazało się iż i owszem, bryła jest zwarta, ale za to słabo monumentalna, co Małgosia skwitowała krótkim "Wypierdek!" ( jednakże gwałtownie się pocieszyła, ponieważ gdzieś tam w pismach dla ludzi zajmujących się sztukami wizualnymi wyczytała, iż wnętrze ma nas oszołomić ). choćby się udało, znaczy poczuliśmy się oszołomieni poetyką starego Dworca Autobusowego w Kielcach skrzyżowaną z powstałym w latach 70 gminnym Ośrodkiem Zdrowia. Cóś jak Bauhaus dla ubogich, zdekonstruowana magia konstruktywizmu. Małgosia, która z racji wykonywanego z powodzeniem zawodu ( plenery, wystawy i wogle ) jest z nas wszystkich najbardziej powołana do oceny estetyki obiektu, ciężko westchnęła i się wypowiedziała dość kwieciście na temat wnętrza. Ośmieleni tym zaczęliśmy wysuwać własne zarzuty zarówno wobec architektonicznej wizji, jak i sposobu wykonania ( trzeba prawdziwego mistrzostwa by wylewana podłoga z lastryko przypominała szpitalną wykładzinę i trzeba naprawdę mocno wierzyć w dobroć natury ludzkiej by założyć iż szlifowany do białości beton, w tak strategicznych miejscach jak parapety przy jedynym fajnym fragmencie budynku, czyli przy panoramicznych oknach, nie zostanie ućwachany przez zasiadających na tych parapetach, albo iż olbrzymie drzwi, wyglądające na element gastrokuchni, też nie ulegną ućwachaniu przez nie najczystsze rączęta spragnionych widoku sztuki współczesnej ludziów ). Mła po tym zjechaniu obiektu wystawienniczego coś zaczęło mówić iż zaraz zjedziemy wystawę, na wszelki wypadek zapytała Dżizaasa jakież to opinie krążą o tej ekspozycji. Dżizaas ucięła temat krótko - "Kontrowersyjnie jest." No dobra, w końcu od kontrowersji niby sztuka stronić nie powinna.

Tematem wystawy była sztuka w wykonie kobiet i tu już mła powinna zaświecić się czerwona lampka, sztuka bowiem nie jest męska, żeńska czy nijaka, sztuka nie jest czarna, biała, w kropki, profesjonalna, nieprofesjonalna - sztuka jest albo dobra, albo kiepska. Wszystkie inne kryteria, którymi częstują nas kuratorzy wystaw, więcej mówią o kuratorach niż o tym, co mamy przed oczami. Sztuka zaangażowana ma to do siebie iż jest bardzo ulotna, trwa dokładnie tyle ile tzw. trynd społeczny. No cóż, ludzie znosili socrealizm, to mła może znieść cóś zwanego perspektywą feministyczną. Mła starała się podejść do tematu z czystym umysłem, jednakże po obejrzeniu około 25% tej wystawy zdałam sobie sprawę iż mam do czynienia z wystawienniczym chaosem i poruszam się po jakimś jeszcze bardziej zawiłym niż moje pisanie toku wymyślenia. Po wszystkiemu było i tak jakoś strasznie po wierzchu, mła nie rozumiała dlaczego akurat tak to wszystko leciało, co poeta, czyli kuratorzy wystawy, mieli na myśli. Niby podział jakiś był, od trzewi czyli fizjologii, po walczące niebinarne, ale nie mogłam oprzeć się wrażeniu iż ktoś tu czegoś nie przemyślał, iż ktoś tu nie rozumie historii i niepotrzebnie fastryguje sztukę nie z tymi fragmentami historii co trzeba. Jakby było mało, to aktywizm wychodził z każdego zakamarka, taki popijany sojową latte, czyli "bohemowa" sztampa z tych ciężkostrawnych. Wicie rozumicie, mła nie kwestionuje iż artystka może być aktywistką, jednakże mła wie iż wcale nie musi. Bardzo dobrzy artyści mogą mieć wylane na wszystko a ich sztuka broni się sama, bez krzty zaangażowania społecznego jej twórców. Krytycy sztuki od lat 60 ubiegłego wieku namiętnie mylą życie z twórczością, cierpią na coś, co mła nazywa kompleksem gejszy, wicie rozumicie człek jest sam sztuką - nie potrafią oddzielić postawy człowieka od jego sztuki, uważają, z nieznanych mła przyczyn, iż jedno wynika z drugiego. Masz poglądy i tworzysz, bez poglądów nie tworzysz i jesteś amebą.
Zdaniem mła takie podejście wynika to z tego iż krytycy nie tworzą, proces tworzenia sztuki jest dla nich jeszcze większą zagadką niż dla badających fizjologię mózgu. "Mój czarny protest na brak miłości" Justyny Matysiak, artystki z zespołem Downa, wisiał, kilimy i obrazki "twórczyń ludowych" wisiały, ale opisy nie zostawiły mła złudzeń, iż ktoś tu coś nadinterpretuje i nie bardzo kuma iż szczerość sztuki nie wymaga tłumaczenia. Po prostu - widzisz i czujesz. Wracam do tego co pisałam wcześniej, coś jest dobre a coś kiepskie, nie ma innych kryteriów w odbiorze sztuki. Tak nawiasem pisząc, prace Matysiak są skromnym zdaniem mła, na o wiele wyższym poziomie niż prace wielu twórczyń, które nie mierzą się z ograniczeniami zarówno społecznymi, jak i tymi fizjologicznymi, z jakimi ta artystka się mierzy. Sztuka przez duże S nie wymaga łopatologicznych tłumaczeń, ona choćby nie wymaga opowieści o twórcy, które trącą dydaktyzmem. Mła i nie tylko ona, odniosła wrażenie iż Justyna Matysiak została zaprzęgnięta do wozu bojowego, na którym część "młodych i niepokornych" aktywistów ma zamiar walczyć o prawa Justyny. Mła ma ochotę zapytać - Po wuj? "Mój czarny protest na brak miłości" jest tym, co poruszy wielu ludzi, bez względu na to czy są kobietami, mężczyznami, czy mają zespół Downa, czy nie mają. To się liczy a nie tzw. odbiór społeczny. Nie popadajmy w potrzebę matejkizmu, z całym szaconkiem dla mistrza. Sztuka to taki cud, iż to co najbardziej indywidualne samo z siebie czyni najmocniej społecznie wiążącym i nie trzeba tego niczym przyprawiać. Taa... tylko co by wtedy robili "tłumacze sztuki współczesnej"? Jak by prowadzili dyskurs, który przestaje być dyskursem o sztuce, a robi się "zaangażowany społecznie" i za jakie granty, znaczy pieniądze?

Kiedy mła doszła do sali, w której była sztuka kobiet doświadczonych przez wojnę zrobiło się naprawdę kiepsko, nie dlatego iż sztuka tam wystawiana była zła, to kuratorzy popłynęli po całości. Ktoś kto przeżył Shoah, czy jak mawiają Romowie Porajmos, traktuje tworzenie sztuki jak terapię. Płeć nie ma tu znaczenia, podejście jest takie samo - wyrzygać wspomnienia to może przestanie boleć. To jest widoczne w pracach artystek z Ukrainy, pewnie byłoby tak samo widoczne w sztuce, którą tworzą ludzie z innych stron, w których trwa wojna. Ta sztuka jest bardzo różna i bardzo nierówna, jest głównie lekiem dla twórcy. Czasem szkodzi jej dosłowność, która dla artysty może być terapeutycznie niezbędna. Mła czytała teksty przy tych obiektach i zaczął jej się włos jeżyć. Przy pracach Zuzanny Hertzberg teksty sprawiły iż cała była nastroszona. O ile taka Ceija Stojka była osobą, która przeżyła Porajmos, o tyle Zuzanna Hertzberg nosi w sobie wspomnienie po tym co przeżyli przodkowie. Jest to na tyle silne iż jej sztuka mocno dotyka tego tematu. Jest też artywistką, czyli uważa iż jej sztuka ma być jak plakaty z czasów socrealizmu - ma zmieniać rzeczywistość społeczną. Cóż, myśl lewicowa jak widać jest niezmienna. Kuratorzy wystawy postanowili sobie pojechać na jej pracach aż miło. Prace nawiązują do procesyjnych sztandarów ze świętymi, w których roli wystąpiły wybitne działaczki lewicowe albo ofiary Holocaustu, o niesztampowych życiorysach. Kuratorzy mogli się rozwinąć i mła się naczytała z okazji przedstawienia kobiet, których wizerunki były na sztandarach o "osobie queerowo - anarchistyczno - feministycznej" i dalej w tym guście. Kuratorstwu do głów nie przyszło żeby napisać kobieta nieheteronormatywna. Taa... osoba feministyczna a kwestia kobieca. Bardziej ośmieszająco już się nie da. Same sztandary były niezłe, ale kuratorzy uznali iż potrzebują dopalacza, bo nie uciągną tematu. Mła postanowiła na tym etapie wyłączyć z oglądania dzieł czytanie ich opisów, bo nie dość iż klucz takiego a nie innego doboru i wystawienia prac był dla niej niezrozumiały, to jeszcze kuratorzy postanowili bardzo dobitnie wytłumaczyć mła co artystka miała na myśli. Mła doszła do tego iż miała ochotę powiedzieć na głos - A gówno mnie to obchodzi! Chcę oglądać a nie czytać manifesty.

Sztuka bez czytania opisów od razu zrobiła się lepiej strawna, niestety gwałtownie wylazło przy tym jak bardzo jest nierówna. Hym... kuratorzy pewnie użyliby określenia poszukująca. No tak to jest, jak się na siłę chce sztukę podpiąć pod społeczne zjawisko i twierdzi się iż kwestia kobieca sprowadza się do walczącego feminizmu, najlepiej w zachodnim wydaniu. Klucz do takiego a nie innego pokazania tej całej twórczości, mimo nieczytania opisów, przez cały czas nie odnaleziony. Jedno co dobre iż mła oblookała młodociany obraz Artemizji Gentileschi, miniatury Sofosonisby i Lavinii Fontany i parę niezłych prac innych artystek, choćby Kate Diehn-Bitt. Meli Muter, Rachel Baes, Monici Sjöö ( która tak nawiasem pisząc była radośnie odjechana w kierunku Bogini Matki w takim stopniu, iż kuratorstwo pewnie aż łapkami przebierało, co by tu napisać ), czy Fahrünissy Şakir . Ech... mła poczuła głęboką potrzebę powrotu do Natury, Boginii Matki jak u Sjöö, po tym całym oglądactwie. Stąd ta wyprawa do Łazienek Królewskich. W końcu kwestia kobieca to, Panie tego, walka, walka i jeszcze raz walka. Walka jest męcząca. Na barykady, Artemizja na sztandary, pittrice guerriera. Taa... tylko Artemizja po tym jak udało się doprowadzić do skazania oskarżonego za jej deflorację dokonaną w wyniku gwałtu ( czyli obniżenia wartości na rynku małżeńskim, dlatego gwałciciela skarżył tatuś, którego brak błony dziewiczej u córki mógł sporo kosztować ) i niezrealizowaną przez gwałciciela obietnicę ożenku, wyjechała do Florencji, wyszła za mąż, urodziła piątkę dzieci, z których czworo pochowała. Utrzymywała się ze sztuki, bo była dobra w tym co robiła. Nie ona pierwsza i nie ostatnia, kobiety tworzyły od zawsze. Rzymski epizod, był tylko tym czym był, epizodem w jej życiu, a nie obezwładniającą traumą, która nie pozwoliła jej normalnie funkcjonować w XVII wiecznym społeczeństwie. Nie zarżnęła się jak Lukrecja zgwałcona przez Sekstusa Tarkwiniusza ( co zresztą jest bajką, kobiety są zadziwiająco odporne, znoszą choćby tzw. feministyczne zacięcie innych kobiet, bez którego część przedstawicielek naszej płci nie może się obyć, choć jak każde zacięcie, nie jest ono czymś rozsądnym ). Artemizja nie siedziała cicho, zniosła tortury itd. Lubiła tematy msty na facetach, ale malowała i inne rzeczy. Jakoś nie jestem przekonana iż chciałaby zapamiętano ją, jako tę co się postawiła. Tak mła coś w trzewiu czuje iż wolałaby żeby podziwiać jej sztukę. Jako dobrą sztukę, bez konotacji płci.

Idź do oryginalnego materiału