– Dobra, chłopaki, wędkowanie może poczekać – zdecydował Wiktor i chwycił podbierak. – Trzeba ratować biedaka!

17 godzin temu

No dobrze, chłopaki, wędkowanie może poczekać zdecydował Witold i chwycił podbierak. Trzeba uratować biedaka.

Witold prowadził łódź po spokojnej tafli Jeziora Zegrzyńskiego, a jego pasażerowie turyści z Warszawy z zapałem zarzucali wędki. Dzień był piękny: świeciło jasne słońce, delikatnie wiał wiatr, a ryba brała chętnie.

Witoldzie Stanisławowiczu, tam coś płynie! nagle krzyknął jeden z urlopowiczów, wskazując w dal.

Kapitan zmrużył oczy, wpatrując się w wodną toń:

Wygląda jak ptak Chociaż nie, coś dziwnego.

Gdy łódź się zbliżyła, wszyscy wymienili zdumione spojrzenia. W wodzie, ledwo utrzymując się na powierzchni, rozpaczliwie miotał się kot. Rudy, mokry, całkowicie wyczerpany.

No nieźle! pokiwał głową Witold. Jak on się tu znalazł? Do brzegu jakieś półtora kilometra!

Może wypadł z łodzi? zasugerował jeden turysta.

Albo porwała go fala dodał drugi.

Kot żałośnie miauknął i próbował dopłynąć do łodzi, ale sił miał coraz mniej.

No dobra, chłopaki, ryby poczekają postanowił Witold i sięgnął po podbierak. Trzeba ratować biedaka.

Wyciągnięcie kota okazało się trudne drapał się, rzucał na boki, przerażony. W końcu jednak udało się go złapać w siatkę i ostrożnie wyciągnąć na pokład.

Biedactwo ledwo zipie westchnął Witold, owijając drżącego kota w starą kurtkę. Ileż on wytrzymał w tej wodzie?

Kot wtulił się w kąt łodzi i patrzył na ludzi nieufnymi, przestraszonymi oczami. Mokra sierść sterczała na wszystkie strony, wąsy drżały.

Jaki śliczny rozczuliła się żona jednego z turystów. I zupełnie młody.

Trzeba go pokazać weterynarzowi zaniepokoił się Witold. Kto wie, ile wody się nawdychał.

Weterynarz zbadał kota i uspokoił wszystkich:

Zdrowy, choć wyczerpany. Odwodniony, przestraszony ale żyje. Dziesięć dni odpoczynku i będzie jak nowy.

A może poszukać właścicieli? zapytał Witold.

Można dać ogłoszenie. Ale wygląda na bezdomnego typowy dachowiec.

Witold zabrał kota do domu. Jego żona Bronisława przywitała nowego gościa ciepło:

Och, jaki chudziutki! Zaraz cię odżywimy!

Pierwsze dni kot spędził pod kanapą, wychodząc tylko po jedzenie. Powoli zaczął eksplorować nowe miejsce. A po tygodniu już mruczał, gdy Bronisława głaskała go po grzbiecie.

Wiesz co odezwał się Witold do żony może zostawimy go sobie? Mało prawdopodobne, iż znajdą się właściciele.

Nie mam nic przeciwko uśmiechnęła się Bronisława. Zawsze marzyłam o kocie. A jak go nazwiemy?

Szczęściarz odpowiedział bez wahania Witold. Nie każdemu udaje się uratować na środku jeziora.

Kot, usłyszawszy nowe imię, podniósł głowę i donośnie miauknął jakby aprobował wybór.

Minął miesiąc, a Szczęściarz stał się pełnoprawnym członkiem rodziny. Witał Witolda w drzwiach, grzał się na kolanach Bronisławy, sprytnie wypraszał rybę w kuchni. Tylko wody unikał choćby do miski podchodził ostrożnie.

Ma pewnie traumę mówiła Bronisława sąsiadkom. Po takim przeżyciu to nic dziwnego.

A może to los tak chciał? rozważała sąsiadka Halina. Sam do was przypłynął.

Witold delikatnie podrapał kota za uchem:

Może i prawda. Dobrze, iż tamtego dnia wybraliśmy się na ryby. Bo inaczej

Rudy otarł się o jego dłoń i z zadowoleniem zamruczał, jakby mówił: *Wszystko będzie dobrze. Teraz jestem z wami. Na zawsze.*

A Witold i Bronisława w milczeniu się z tym zgodzili.

Czasem pomoc, podana we właściwym momencie, staje się największym szczęściem. Czasem ratunek przychodzi nie tam, gdzie go szukasz, a prawdziwe szczęście samo płynie ci na spotkanie. Najważniejsze nie przegapić chwili, gdy ktoś cię potrzebuje.

Bo właśnie wtedy do życia wkrada się nowa, niespodziewana miłość. I choć początek był trudny najtrwalsze więzi rodzą się właśnie w takich chwilach.

Idź do oryginalnego materiału