„Codziennie bardzo tego żałuję. Bałam się, iż zabierze mi wszystkie dzieci” – zeznaje 35-letnia Karolina P., matka pobitej 5-latki. Kobieta, oskarżona o współudział w znęcaniu, opisuje koszmar życia z partnerem, który groził nożem jej i dzieciom. „Mówił, iż pozabija wszystkich, a mnie zostawi, żebym cierpiała” – ze łzami w oczach opowiada o atmosferze terroru, jaka panowała w ich mieszkaniu. Jej zeznania odsłaniają obraz bezsilności i strachu – tłumaczy, iż widziała siniaki na twarzy córki, ale uwierzyła zapewnieniom partnera, iż „młody organizm się zregeneruje”. Jej decyzja o niezgłoszeniu przemocy podyktowana była obawą przed odebraniem jej nie tylko Oliwii, ale także trojga młodszego rodzeństwa dziecka.
Ruszył proces w jednej z najbardziej wstrząsających spraw ostatnich lat w Gnieźnie. Na ławie oskarżonych zasiedli Robert S. oraz jego partnerka, Karolina P., którym prokuratura zarzuca znęcanie się psychiczne i fizyczne nad 5-letnią Oliwią. Według aktu oskarżenia, 39-letni mężczyzna miał bić dziecko po głowie, twarzy i całym ciele, kopać je, a także uderzać rzemykiem i drewnianym trzonkiem. Oprócz tego miał zmuszać dziewczynkę do stania godzinami pod ścianą, spać bez okrycia, oblewać zimną wodą, wpychać do ust papier oraz rzucać w nią puszkami po piwie. Prokuratura wskazuje, iż do brutalnych kar dochodziło w dniach od 17 do 21 stycznia. Karolina P., matka dziecka, odpowiada za to, iż miała wiedzę o stosowanej wobec córki przemocy, jednak nie podjęła żadnych działań, by jej zapobiec. Zarówno ona, jak i jej partner nie przyznali się do winy. Za zarzucane im czyny grozi do ośmiu lat pozbawienia wolności.
Sala sądowa wciąga się w opowieść pełną strachu, bezsilności i rozdzierających serce wyborów. Karolina P., matka pięcioletniej Oliwii, oskarżona o współudział w znęcaniu się, nie przyznaje się do bicia córki. Jej zeznania to jednak wstrząsający portret kobiety uwięzionej w toksycznym związku, która patrzyła, jak jej dziecko cierpi, i czuła, iż jej ręce są związane.
Codziennie bardzo tego żałuję – zaczyna, a jej głos drży.
Twarz blada, wpatrzona w jeden punkt na sali rozpraw, buduje obraz kobiety wyalienowanej, nie do końca zdającej sobie sprawę z powagi sytuacji i tego, iż w ciągu najbliższej godziny wypowie wiele słów, które pogrążą ją zarówno w opinii społecznej, jak i przed obliczem sądu.
Jej największa wina, jakiej się dopuszcza, to „że nie zawiadomiłam od razu”. Kiedy wróciła ze szpitala i zobaczyła pobitą córkę, jej pierwszą reakcją był gniew na partnera, Roberta.
Wyzwałam Roberta – mówi.
Ale potem przyszły obawy, manipulacje i groźby. Robert miał jej powiedzieć, iż „młody organizm się zregeneruje”, a ona, wykończona, przerażona i sama z gromadką małych dzieci, uwierzyła – lub chciała uwierzyć – w tę obietnicę.
Klatka strachu i przemocy
Zeznania Karoliny malują obraz domu, który zamienił się w pole walki, gdzie głównym celem była ona sama i jej córka z poprzedniego związku. Robert, jej partner, pił – „czteropaki po pracy”, a w wolne dni „od rana do wieczora”. Jego zachowanie wobec Oliwii zmieniło się diametralnie po narodzinach ich wspólnego syna, Antosia.
Robert zaczął od niej więcej wymagać. (…) Wszystko zaczęło się od krzyków i to eskalowało z czasem – zeznaje.
Oliwia miała „pomagać”, „uczyć się pisać”, a za nieposłuszeństwo spotykały ją kary: stanie pod ścianą „nawet dwie godziny”, siedzenie na tapczanie „cały dzień” lub „klapsy na dupę”, które Robert wymierzał jej otwartą dłonią, często w obecności matki.
Bezsilność matki. Karolina deklaruje, iż reagowała:
Zawsze wchodziłam do pokoju i wyrzucałam go z pokoju, żeby dał jej spokój, tłumaczyłam mu, iż to jest tylko dziecko. On mnie nie słuchał, on miał to gdzieś.
Jej interwencje kończyły się kłótniami i wyzwiskami. Robert miał ją wyzywać od „złej mamy”, która „psuje dziecko”. Była zastraszana. Gdy groziła, iż wezwie policję by zgłosić pobicie, Robert:
Wyrzucił telefon i groził nożem, iż powybija wszystkich, a mnie zostawi. Żebym cierpiała.
W innym incydencie, już po powrocie ze szpitala, opisuje przerażającą scenę:
On wziął nóż i trzymał ten nóż nad córką, bliźniaczką, wówczas niemowlakiem.
Samotność i izolacja
Karolina była sama. Mówi, iż jest sierotą, nie utrzymuje kontaktów z rodzeństwem. Nie miała dokąd pójść z czwórką małych dzieci.
Chciałam odejść, ale nie miałam gdzie. (…) Nie szukałam pomocy w instytucjach – przyznaje z goryczą.
Jej jedynymi sojusznikami byli ojciec Roberta, który czasem wstawiał się za Oliwią mówiąc „daj jej spokój, to tylko dziecko”, oraz siostra Roberta, która podobno też widziała różnice w traktowaniu dzieci i groziła zgłoszeniem tego.
System kar i dwulicowość
Zeznaje, iż sama nie wymyślała kar – to była domena Roberta. Ona, chcąc chronić córkę, często je łagodziła lub znosiła, co wywoływało kolejne awantury. W sms-ach z czasu, gdy była w szpitalu, sama pisała do Roberta, by postawił Oliwię pod ścianą. Tłumaczy to desperacko:
Bo on i tak by to zrobił. (…) Ja myślałam, iż jak napiszę, iż ma stać pod ścianą, to iż on ją finalnie położy do łóżka do spania.
To zeznanie odsłania jej strategię przetrwania: godzenie się na mniejsze zło, by zapobiec większemu.
Punkt kulminacyjny: styczeń 2025
Jej opis ostatnich dni jest chaotyczny i pełen emocji, co oddaje panujący wtedy chaos. Widziała Oliwię na kamerce – z siniakiem na twarzy. Robert tłumaczył to „liściem”. Groził, iż jeżeli nie wróci ze szpitala, „może się stać coś gorszego”. Gdy wróciła, przez chwilę był spokój. Prawdziwa eksplozja nastąpiła podczas kłótni o… obiad. Robert, pijany, źle zrozumiał, iż Oliwia dostaje „dwa dania na raz” (zupę i makaron), co stało się iskrą zapalającą wojnę. To wtedy, po kolejnych groźbach, Robert sam wezwał policję i przyznał się do pobicia dziecka.
Mam teraz swoją największą karę – kończy Karolina, a jej słowa niosą niewyobrażalny ciężar. Że nie zgłosiłam tego prędzej. (…) Nie mam dzieci przy sobie.
Jej zeznania to nie tyle próba uniknięcia odpowiedzialności, co bolesna spowiedź kobiety, która utraciła kontrolę nad swoim życiem i, w jej mniemaniu, zawiodła jako matka. Nie bijąc córki, pozwalała na jej cierpienie, zamknięta w klatce strachu przed partnerem i systemem, który mógł jej odebrać wszystko. Odebrać, ale też pomóc, gdyby w porę zareagowała. Sąd musi teraz rozstrzygnąć, gdzie kończy się rola ofiary, a zaczyna współsprawczyni.













