24 ciosy nożem i pusta pamięć. Samochód, garaż, działki. Materializm, który skończył się śmiercią?

9 godzin temu

W poniedziałkowy wieczór, na początku czerwca 2025 roku, 74-letni Leszek B. wszedł do Komendy Powiatowej Policji w Gnieźnie. Był spokojny. Nie stawiał oporu. Powiedział tylko: „Zrobiłem coś bardzo złego swojej rodzinie. Musicie pojechać do mojego mieszkania”. Pojechali. Znaleźli ciało 64-letniej kobiety. Jego żony. Leżała w kałuży krwi, z licznymi ranami kłutymi – jak później ustalono, otrzymała ponad 20 ciosów nożem. Rany miała zarówno z przodu, jak i z tyłu tułowia. Lekarz stwierdził zgon na miejscu.

Leszek B. został zatrzymany. Miał 2,5 promila alkoholu we krwi. Jego stan psychiczny był tak zły, iż trafił na obserwację do szpitala psychiatrycznego „Dziekanka”. Teraz, 22 czerwca 2026 roku, w Sądzie Okręgowym w Poznaniu, stanął przed wymiarem sprawiedliwości. Wszedł na salę rozpraw z chodzikiem – tzw. balkonikiem. Siwy, starszy mężczyzna, który ledwo utrzymywał równowagę. I powiedział:

Nie pamiętam. Byłem w amoku. Nie wiem, dlaczego tak się stało.

To historia o miłości, która przerodziła się w nienawiść. O materializmie i alkoholu, które zatruły związek. O samochodzie, garażach i działkach, które okazały się ważniejsze niż 30 lat wspólnego życia. I o 24 ciosach nożem, które zakończyły wszystko.

30 lat razem, dwa lata po ślubie

Leszek B. i jego żona żyli w nieformalnym związku przez trzydzieści lat. Ślub wzięli dopiero dwa lata przed tragedią. On – taksówkarz, były bokser. Ona – nauczycielka, która mimo wieku emerytalnego wciąż pracowała w Specjalnym Ośrodku Szkolno-Wychowawczym nr 2 w Gnieźnie.

Znali się od lat. Mieli swoje rytuały, swoje przyzwyczajenia. Wspólnie wychowywali córkę – Anię. Ona była córką żony, ale Leszek traktował ją jak własną. Jak mówił w sądzie:

Ja ją traktowałem jak córkę. Ja ją bardzo kochałem. Nigdy jej złego słowa nie powiedziałem.

O swojej żonie natomiast:

Nigdy jej nie popchnąłem choćby palcem. To, co chciała, wszystko dostawała. Nocki spędzałem, żeby po prostu z domu było jak najlepiej.

I nagle – 24 ciosy nożem. Jak to możliwe?

Konflikt o samochód

Sprawa, która doprowadziła do tragedii, zaczęła się od samochodu. Leszek miał pieniądze odłożone z emerytury i pracy jako taksówkarz – około 100 tysięcy złotych. Poprosił syna z pierwszego małżeństwa, Marcina, żeby sprowadził dla żony auto ze Stanów Zjednoczonych – Toyotę RAV4 z Kalifornii, hybrydę. Samochód płynął w kontenerze. Wszystko trwało pięć miesięcy. Kosztował 100 tysięcy złotych. Leszek zapłacił za niego ze swoich oszczędności.

Żona była zachwycona:

O, takie bym chciała – powiedziała, gdy zobaczyła zdjęcie.

Ale był jeden warunek:

Pod warunkiem, iż nie będziesz piła.

Zgodziła się. Obiecała.

Samochód został zarejestrowany na Leszka. Nie dlatego, iż nie chciał go przepisać – powiedział jej, iż wpisze ją jako współwłaścicielkę, gdy tylko dostanie „twardy dowód”. Ale ona chciała go od razu na siebie. Kiedy dowiedziała się, iż auto jest na męża, zaczęła się awantura.

W sądzie Leszek zeznawał:

Mówię, przecież jak będzie twardy dowód, no to ja cię wpiszę. Pod spodem, współwłaściciele będą. Ona: nie, tak nie może być. No i tak się zaczęło.

To był punkt zwrotny.

Działki, garaże i przepisany majątek

Konflikt o samochód był tylko wierzchołkiem góry lodowej. Okazało się, iż żona Leszka już wcześniej zaczęła przepisywać majątek na siebie – i na swoją córkę.

Leszek opowiadał w sądzie, jak kilka lat wcześniej, po wypiciu kawy, źle się poczuł. Żona zabrała go do notariusza, gdzie – jak twierdzi – podpisał dokumenty, nie wiedząc, co robi. Dopiero później znalazł w szafie akty notarialne, z których wynikało, iż przepisał na żonę dwa garaże i dwie działki ROD. Wartość tych nieruchomości oszacowano na tyle, iż żona powinna zapłacić mu 95 tysięcy złotych. Leszek nigdy tych pieniędzy nie widział.

Córka zamordowanej, Anna, zeznawała w sądzie, iż jej matka całe życie mówiła, iż chce, żeby wszystko było na nią przepisane. I dodała:

Leszek dobrowolnie twierdził, iż garaże i działki mają być na mamę, więc nie wiem, dlaczego miałaby mu płacić te 95 tysięcy.

Pytanie tylko – czy Leszek rzeczywiście dobrowolnie to zrobił? Czy może został zmanipulowany? A może po prostu ufał żonie i nie sprawdzał, co podpisuje?

Ona chciała wszystko – on nie wiedział o rozwodzie

Wychodzi na to, iż żona Leszka planowała rozwód. Córka zamordowanej wspominała o tym w zeznaniach. Leszek nic o tym nie wiedział – być może nie dostał jeszcze odpisu z sądu. Być może był ślepy na to, co działo się wokół niego.

A działo się wiele. Żona zaczęła przepisywać majątek na córkę. Garaże, działki ROD, inne nieruchomości – wszystko miało trafić do Ani. Leszek, który przez całe życie pracował na taksówce, który odkładał pieniądze z emerytury, który kupił żonie samochód za 100 tysięcy złotych – został z niczym.

Czy była to chęć zagrabienia wszystkiego, na co pracowali wspólnie przez długie lata? Tak może to wyglądać. Córka zamordowanej zeznawała, iż nie rozumie, dlaczego jej matka miałaby spłacać Leszka po przepisaniu nieruchomości. Pomija jednak fakt, iż później te same nieruchomości matka przepisywała na nią – tworząc z tego swoisty prezent, który w rzeczywistości był majątkiem wspólnym.

„Dogadywała mi przez dwa tygodnie”

W sądzie Leszek opowiadał, jak wyglądały ostatnie tygodnie przed tragedią. Żona „dogadywała mu” – wyzywała go od „psychola”, przestała gotować, piła. Wszystko przez to, iż nie chciał z nią jechać na wakacje w Wielkanoc. On woził wtedy amerykańskich żołnierzy, klientów – nie chciał stracić tej pracy. Mówił, iż jeździ „non-stop z nimi na lotnisko, na Ławicę”.

Przyszedł do domu w Wielkanoc. Siedziała przy stole. Na stole stała flaszka wódki i szklanka. Zapytał:

Dlaczego nie byłaś ze święconką?

Odpowiedziała:

Masz spierdalać z tej kuchni.

Wyszedł do pokoju. Płakał jak dziecko.

Po tej Wielkanocy doszli do porozumienia. Poszli na działkę, mieli tam dwa psy i dwa koty. Leszek mówił:

Odpoczniesz sobie trochę, jakoś damy radę.

Ale w międzyczasie zadzwonił do swojej pasierbicy Ani. Powiedział:

Zobacz, znowu mama jest pijana.

Córka zapraszała ich na Wielkanoc, ale nie chcieli jechać.

Lęki, nietoperze i utrata równowagi

Leszek mówił w sądzie o swoich lękach. Miał wrażenie, iż ktoś za nim chodzi. W nocy śniły mu się nietoperze. Rzucał się, krzyczał. Żona brała kołdrę i szła spać do drugiego pokoju. Chodził do neurologa. Mówił:

Ostatnio równowagę tracę, nie wiem. Ja od boksu prawdopodobnie mam te problemy. Zostałem pobity na taksówce, skopany, wstrząs mózgu miałem.

Był też u psychiatry – doktora Bogackiego. Zapisał mu leki. Ale to nie pomagało. Lęki narastały. A żona – zamiast wspierać – dokładała. Tak przynajmniej twierdzi starszy mężczyzna siedzący na ławie oskarżonych.

24 ciosy nożem – czy to była samoobrona?

Leszek B. nigdy wcześniej nie był karany. W chwili popełnienia czynu miał 74 lata. Były bokser – miał siłę. Ale czy zrobił to celowo? Czy faktycznie niczego nie pamięta? W sądzie powiedział:

Ja nie pamiętam. W ogóle chodziłem w takim omamie. Nie pamiętam zdarzenia. Ja dopiero odzyskałem przytomność tutaj, w więzieniu.

Lekarz mu powiedział, iż jego żona nie żyje.

Ja nagle nie wiedziałem, co z sobą zrobić. Ja płakałem się jak małe dziecko. A ja mówię, a jak to się stało? Powiedział: podobno Pan ją zabił. Więc ja mówię, jak to możliwe, iż ja ją zabiłem. Ja jej serce bym oddał. W życiu bym krzywdy nie zrobił.

Córka oskarżonego

Córka zamordowanej w sądzie zeznawała, iż Leszek nie miał kontaktu ze swoimi dziećmi z pierwszego małżeństwa. Dzieci Leszka twierdzą inaczej. Kto mówi prawdę? To już ustalą śledczy. Wiadomo natomiast, iż syn Leszka, Marcin, miał duży wpływ na konflikt. To on sprowadził samochód. To on nagłaśniał temat rejestracji. To on – zdaniem córki ofiary – być może podsycał spór. To natomiast zaprzecza temu, co padło wcześniej w zeznaniach – iż oskarżony nie miał kontaktu ze swoimi dziećmi.

Adwokat Radosław Szczepaniak: „To wielka tragedia”

Adwokat Leszka B., Radosław Szczepaniak, w rozmowie z nami skomentował sprawę:

Stała się niewątpliwie wielka tragedia. Sytuacja jest dramatyczna nie tylko dla rodziny pokrzywdzonej, ale także dla samego oskarżonego i jego najbliższych. Oskarżony nie pamięta zdarzenia. Kwestia poczytalności ma fundamentalne znaczenie nie tylko z punktu widzenia ustalenia winy, ale także przede wszystkim wymiaru kary. Konieczne jest zatem uzyskania pełnej wiedzy psychiatryczno-psychologicznej na temat wpływu zaburzeń oskarżonego na jego zachowanie w chwili zarzucanego czynu.

Czy Leszek B. był poczytalny w chwili zbrodni? Czy działał w afekcie? Czy może zaburzenia psychiczne, o których mówił, wpłynęły na jego zachowanie? Odpowiedzi na te pytania udzielą biegli lekarze. To od nich zależy, czy 74-latek trafi do więzienia, czy na oddział zamknięty.

Gdzie kończy się miłość, a zaczyna materializm?

Ta historia zmusza do zadania trudnych pytań. Czy żyjąc w małżeństwie z osobą, którą się kocha, tak ogromne znaczenie ma to, kto jest właścicielem samochodu? Ile razy zdarza się, iż właścicielem jest małżonek – lub choćby rodzic – ze względu na młody wiek kierowcy i wyższe zniżki przysługujące doświadczonemu kierowcy? Czy naprawdę tak istotny jest podział na „moje – twoje”? Czy nie powinno być „nasze”, bez znaczenia, czyje nazwisko widnieje w dokumentach?

Gdzie kończy się miłość, a zaczyna materializm? Gdzie przebiega granica między zaufaniem a podejrzliwością? I dlaczego człowiek, który przez 30 lat dzielił życie z drugą osobą, nagle uznaje, iż musi wszystko przepisać na siebie i na córkę?

Leszek B. mówił w sądzie:

Ja żonę tak kochałem. Żadnej krzywdy bym nie zrobił. Ja jej serce bym oddał.

I jednocześnie – zadał jej 24 ciosy nożem.

To nie jest historia o jednym zdarzeniu. To jest historia o długotrwałym konflikcie, o narastającej frustracji, o lękach, o alkoholu. To jest historia o tym, jak materializm może zniszczyć choćby najsilniejsze więzi. I o tym, iż czasami miłość i nienawiść dzieli tylko jeden, szalony moment.

Cicha gehenna ofiary

W zeznaniach córki zamordowanej wyłania się obraz kobiety, która przez lata żyła w cieniu agresji. Anna mówiła w sądzie o tym, co działo się za zamkniętymi drzwiami mieszkania przy ulicy Sikorskiego. Leszek – jak zeznawała – nadużywał alkoholu. Wtedy stawał się agresywny. Nie tylko słownie. Córka pamięta, iż jej matka wiele razy chciała dzwonić po policję, ale gdy Leszek się uspokajał, rezygnowała.

Mama się skarżyła. Leszek nadużywał alkoholu i wtedy był agresywny – zeznawała córka.

Kiedy córka pytała matkę, dlaczego nie wzywa policji, słyszała, iż Leszek się uspokoił. Że już nie ma powodu. Że może tym razem będzie inaczej. I tak przez lata – cykl: alkohol, agresja, strach, uspokojenie, odpuszczenie. I znów od początku.

Matka dzwoniła do córki i się żaliła. Mówiła, iż Leszek jest coraz bardziej agresywny. Mówiła, iż obawia się o swoje bezpieczeństwo. Mówiła, iż nie wyobraża sobie takiego życia. Ale nie dzwoniła po pomoc.

Mama powiedziała, iż musi uważać, iż jest bardzo agresywny, iż jeżeli nie zacznie mu z powrotem gotować, to stanie się coś niedobrego – zeznawała córka.

I stało się. Te słowa, wypowiedziane w sądzie, brzmią dziś jak złowieszcza przepowiednia. Matka wiedziała, iż coś się zbliża. Czuła to. Widziała to w oczach męża. Mówiła o tym córce. Ale nie zdążyła uciec. Nie zdążyła zadzwonić. Nie zdążyła się obronić.

A Leszek? W sądzie mówił:

Nigdy jej złego słowa nie powiedziałem. Nigdy jej nie popchnąłem choćby palcem.

Córka mówi co innego. Kto kłamie? A może Leszek po prostu nie pamięta – tak jak nie pamięta 24 ciosów nożem?

Nic nie usprawiedliwia 24 ciosów nożem

W tym miejscu trzeba powiedzieć wprost: nic nie usprawiedliwia tego, co zrobił Leszek B. Nie ma znaczenia, ile razy żona go „dogadywała”. Nie ma znaczenia, czy piła. Nie ma znaczenia, czy chciała przepisać majątek na córkę. Nie ma znaczenia, czy planowała rozwód. Nie ma znaczenia, czy Leszek czuł się oszukany, wykorzystany, czy zraniony.

Bo to nie jest historia o jednym, przypadkowym ciosie nożem, zadanym w afekcie, w momencie strachu lub samoobrony. To jest historia o 24 ciosach. Z przodu i z tyłu. Zadawanych z taką siłą i determinacją, iż ofiara nie miała żadnych szans. To nie jest „nieszczęśliwy wypadek” ani „chwilowa utrata kontroli”. To jest zbrodnia. To jest zabójstwo z zamiarem bezpośrednim. Leszek B. nie bronił się – on atakował. I atakował długo, systematycznie, z premedytacją, której nie sposób pomylić z chwilowym zaćmieniem umysłu.

Nawet jeżeli kochał swoją żonę – a w to, iż kochał, można uwierzyć – to miłość nie daje prawa do odbierania życia. choćby jeżeli czuł się oszukany – nie daje mu to prawa do zadawania 24 ciosów nożem. choćby jeżeli żona planowała rozwód, choćby jeżeli chciała przepisać majątek na córkę – to są sprawy, które rozwiązuje się w sądzie, u mediatora, u psychologa. Nie nożem.

Czy to była gra aktorska? Czy Leszek B. wszystko pamięta?

Wobec powyższego należy zadać pytanie, które w sądzie padało nie raz, ale nigdy wprost: czy Leszek B. rzeczywiście niczego nie pamięta? Czy to autentyczna utrata pamięci, spowodowana traumą, alkoholem i zaburzeniami psychicznymi – czy też świadoma gra aktorska, mająca na celu złagodzenie kary? Bo konflikt trwał od miesięcy. Nie od wczoraj. Leszek wiedział, iż żona chce przepisać cały majątek na córkę. Wiedział, iż są problemy. Wiedział, iż jego praca, jego oszczędności, jego samochód – wszystko to stało się przedmiotem sporu. Być może w końcu dowiedział się o planowanym rozwodzie. Być może żona powiedziała mu wprost: odchodzę, zabieram wszystko. Być może zrozumiał, iż na stare lata może zostać z niczym – bo przepisał na wszystko.

I wtedy coś w nim pękło. Ale to nie było nagłe pęknięcie – to był proces. Narastająca frustracja, lęki, alkohol, bezsilność. I w końcu – decyzja. Bo 24 ciosy nożem to nie jest impuls. To jest działanie. Długie, konsekwentne, celowe. Ktoś, kto zadaje 24 ciosy, wie, co robi. Ktoś, kto zadaje ciosy zarówno z przodu, jak i z tyłu, nie działa w amoku – on wykonuje egzekucję.

Być może Leszek B. wszystko pamięta. Być może pamięta każdy cios. Każdy krzyk. Każdą kroplę krwi. Być może pamięta, jak upadła, jak przestała oddychać. I być może dlatego poszedł na policję – nie z wyrzutów sumienia, ale z chłodnej kalkulacji: sam się zgłoszę, powiem, iż nie pamiętam, iż byłem pijany, iż byłem w amoku. I może uwierzą.

Biegli psychiatrzy ocenią jego poczytalność. Ale choćby jeżeli uzna się, iż działał w afekcie, iż miał zaburzenia psychiczne – to nie zmienia faktu, iż zabił. I zabił w sposób, który trudno uznać za przypadkowy. 24 ciosy. Z przodu i z tyłu. To nie jest ofiara chwilowej utraty kontroli – to jest ofiara zaplanowanej, choć może nie do końca świadomej, egzekucji.

Czy Leszek B. zasługuje na karę? Oczywiście. Czy zasługuje na współczucie? Może trochę – bo to też człowiek, który stracił wszystko. Ale przede wszystkim zasługuje na sprawiedliwy wyrok. Bo niezależnie od tego, co działo się wcześniej, niezależnie od tego, jak bardzo czuł się pokrzywdzony – nic nie usprawiedliwia tego, co zrobił. Nic.

Dwie strony sali, jeden dramat

Po jednej stronie sali rozpraw – oskarżony Leszek B., 75-letni emeryt, były bokser, który na chodziku wtoczył się na salę sądową. Obok niego adwokat Radosław Szczepaniak – doświadczony mecenas, który wie, iż w tej sprawie nie będzie uniewinnienia, ale będzie walka o każdy możliwy argument, o każdą okoliczność łagodzącą, o każdy dzień mniej w wyroku. Po drugiej stronie – córka zamordowanej, która w sądzie spotkała się z twarzą człowieka, który zadał jej matce 24 ciosy nożem. Obok niej prokurator i adwokat Magdalena Światowy-Łuczak, która reprezentuje rodzinę ofiary i będzie dbać o to, by sprawiedliwości stało się zadość.

Między nimi – sędziowie Jerzy Hławiczka, przewodniczący składu, oraz Andrzej Klimowicz. To oni będą ważyć słowa, analizować dowody, oceniać wiarygodność zeznań. To oni w końcu wydadzą wyrok, który – choć nie przywróci życia 64-letniej kobiecie – może dać jej bliskim choćby cień sprawiedliwości.

I choć w wywiadach dla mediów prawnicy często mówią o emocjach, o ludzkim wymiarze sprawy, o tragedii obu rodzin – to na sali sądowej emocje nie mają prawa głosu. Tam liczy się tylko kalkulacja. Szukanie paragrafów, które można wykorzystać. Przekonywanie sądu do swojej wersji wydarzeń. Podważanie wiarygodności świadków. Wskazywanie na błędy proceduralne. Każde słowo, każdy gest, każdy ruch może mieć znaczenie. I żaden z adwokatów nie może pozwolić sobie na to, żeby emocje wzięły górę.

Nie oszukujmy się – w tej sprawie nie będzie uniewinnienia. Sprawca jest znany, zbrodnia nie budzi wątpliwości. Leszek B. sam zgłosił się na policję, sam przyznał, iż „zrobił coś bardzo złego”. Ofiara otrzymała 24 ciosy nożem. To nie jest sprawa o błąd czy o pomyłkę. To jest sprawa o zabójstwo, a jedyną niewiadomą pozostaje wymiar kary i ocena poczytalności oskarżonego.

Adwokat Radosław Szczepaniak walczy zatem o jedno – o jak najniższy i najkorzystniejszy wyrok dla swojego klienta. I nie jest to łatwe zadanie. Bronić mordercy to ciężki, niewdzięczny obowiązek. To praca, która często spotyka się z krytyką, z niezrozumieniem, z ostracyzmem. Ale taką ma pracę. Ma bronić swojego klienta – niezależnie od tego, co zrobił. Ma wykorzystać wszystkie dostępne środki prawne, by złagodzić mu karę. I to właśnie robi.

Z drugiej strony – adwokat Magdalena Światowy-Łuczak. Jej zadanie jest inne. Nie musi udowadniać winy – ta została już potwierdzona. Musi zadbać o to, by sąd nie dał się zwieść emocjom, by nie uległ argumentom o „utracie pamięci” czy „zaburzeniach psychicznych”, jeżeli te okażą się nieprawdziwe. Musi dbać o to, by sprawiedliwość nie była łagodna, ale sprawiedliwa.

A pomiędzy nimi – sędziowie. Oni będą mieć ostatnie słowo. I choć wyrok nie przywróci życia – to może dać bliskim ofiary choćby namiastkę spokoju. I może pokazać, iż w Polsce za zabójstwo grozi surowa kara – niezależnie od wieku sprawcy, niezależnie od tego, czy „pamięta”, czy „nie pamięta”.

Co dalej?

Proces Leszka B. będzie trwał. Biegli psychiatrzy ocenią jego poczytalność. Sąd zdecyduje, czy 74-latek trafi do więzienia, czy na oddział zamknięty. Ale jedno jest pewne – ta historia nie ma szczęśliwego zakończenia. Dla nikogo. Ani dla rodziny ofiary, ani dla oskarżonego, ani dla jego dzieci. I dla nikogo z nas, którzy zadajemy sobie pytanie: jak to możliwe, iż człowiek, który mówi, iż kocha, zabija?

Może odpowiedzi nigdy nie poznamy.

Idź do oryginalnego materiału