11. Paranoja. / missnobody

publixo.com 2 godzin temu

Robert nie wiedział, na co adekwatnie czeka, wpatrując się w zaniedbany ogród za wielkim oknem salonu. Przytłoczony zapachem kurzu i zastygłego czasu, mężczyzna zawiesił się na moment w swoich wspomnieniach. Rodzinny dom przyjął go chłodem ścian, które kiedyś tętniły życiem. Ogrom tej przestrzeni nagle stał się obcy; dom emanował chłodną, mroczną pustką.
Klara stała przy drzwiach, gotowa do wyjścia; z kluczykami do samochodu wciąż zaciśniętymi w dłoni. Odwiozła go tu jak pacjenta na oddział zamknięty – bez litości i zbędnych pytań.
— Klara, poczekaj — zaczął Robert, a jego głos, zachrypnięty od tytoniu i braku snu, brzmiał dziwnie niepokojąco. — Musimy porozmawiać. O Oskarze.
Klara nie odwróciła głowy, ale jej sylwetka wyraźnie się spięła. Zastanawiała się, co więcej Robert może wiedzieć o człowieku, któremu w ostatnim czasie oddała każdą wolną chwilę. Przez ponad dwie dekady brat nosił dla niej maskę ich zmarłego ojca. Liczyła na kojącą radę, w ostateczności jakąś reprymendę, ale nie na to, co lada moment miało paść z jego ust.
— To on mnie wydał policji — kontynuował, ignorując jej milczący opór. — Człowiek, którego widziałem przy tym facecie, którego... którego pobiłem. To był Oskar, tak mi się wydaje. Nie mam pewności, ale podobieństwo jest uderzające. Na pewno nie wziął się tam z przypadku. Wyłonił się znikąd, jakby tylko czekał na mój błąd… ktoś z jego otoczenia ma krew naszych rodziców na rękach.
Klara powoli odwróciła się w jego stronę. Przez chwilę patrzyła na niego z taką mieszanką politowania i odrazy, iż Robert mimowolnie cofnął się o krok.
— Wydaje ci się? — powtórzyła cicho, a potem nagle wybuchnęła krótkim, suchym śmiechem, który nie miał nic wspólnego z rozbawieniem. — Słyszysz siebie, Robert? Wyszedłeś z więzienia, straciłeś właśnie dzieci, żonę, dom i resztki godności, a jedyne, co masz światu do zaoferowania, to ta twoja nieustająca paranoja?
— To nie jest paranoja! — podniósł głos, czując, jak w skroniach zaczyna mu tętnić znajomy ból. — Klara, czy naprawdę nie wydaje ci się podejrzane, iż on…
— Przestań! — krzyknęła, uderzając otwartą dłonią w blat komody, na której wciąż stało ich rodzinne zdjęcie — Rodzice nie żyją od dwudziestu dwóch lat. Zginęli, bo świat jest brutalny, a nie dlatego, iż ktoś to zaplanował z zimną krwią! Jesteś popierdolony, Robert! Twoja głowa tworzy te wszystkie teorie spiskowe żebyś nie musiał przyznać przed samym sobą, iż jesteś po prostu życiowym nieudacznikiem, który właśnie wylądował na dnie!
Podeszła bliżej, a jej wzrok, twardy i bezlitosny wwiercał się w jego przekrwione oczy.
— Martwię się o ciebie, braciszku — wysyczała z jawną ironią. — Ale nie dlatego, iż jesteśmy w niebezpieczeństwie. Martwię się, bo popadasz w obłęd. Obawiam się, iż więzienie pozostawiło na tobie piętno, którego nie jesteśmy już w stanie naprawić.
Robert poczuł, jak krew odpływa mu z twarzy. Słowa Klary były jak precyzyjne cięcia skalpela – uderzały dokładnie tam, gdzie najbardziej się bał: w jego własne poczucie rzeczywistości.

Klara nie wróciła do domu. Łaknęła przestrzeni nasiąkniętej zapachem sukcesu i drogich perfum; miejsca, w którym luksus był jedyną dopuszczalną miarą rzeczywistości. Instynktownie skierowała się do biura Oskara, szukając w szkle i aluminium azylu przed zgniłymi wspomnieniami. Zastała go w gabinecie, pochylonego nad stosem dokumentów, który w świetle zachodzącego słońca wydawał się jedynie tłem dla jego doskonałości. Promienie kładły się złotem na jego ostro zarysowanych kościach policzkowych i wpadały w gęste, ciemne włosy, które w nieładzie opadały mu na czoło. Wyglądał nienagannie choćby w chwili skupienia; z rozpiętym kołnierzykiem koszuli i podwiniętymi rękawami, które odsłaniały silne przedramiona, emanował męskością tak naturalną, iż na moment zaparło jej dech.
Gdy tylko zamknęła za sobą drzwi, poczuła, jak tama, którą budowała w domu Roberta, pęka.
— Oskar, mój brat totalnie odpłynął, kompletnie oszalał! — wyrzuciła z siebie, osuwając się na skórzany fotel. Głos jej drżał, a obraz brata skulonego w mroku salonu wciąż palił ją pod powiekami.
— Oskarża cię o coś niedorzecznego. Twierdzi, że…
Oskar powoli odłożył pióro. Przez moment panowała cisza, w której słychać było jedynie miarowy szum klimatyzacji i przyspieszony oddech Klary. Mężczyzna uniósł wzrok, a w jego jasnych oczach malowało się jedynie łagodne zaciekawienie.
Klara nagle zamarła, przygryzając wargę tak mocno, iż poczuła metaliczny posmak krwi. Dopiero teraz dotarło do niej, jak bardzo się zagalopowała. Oskar nie miał pojęcia o przeszłości Roberta; nie wiedział o trzech latach spędzonych w więzieniu, o wyroku za pobicie, o tym, iż jej brat wyszedł na wolność jako wrak człowieka trawiony paranoją. W świecie Oskara Robert był po prostu starszym bratem, który po latach wrócił do rodzinnego domu. Przynajmniej taką wersję starannie pielęgnowała przez ostatnie tygodnie.
Poczuła nagły przypływ paniki. jeżeli teraz powie za dużo, zburzy misternie budowaną fasadę normalności. jeżeli wyzna, iż Robert widzi go w swoich wizjach z przeszłości, będzie musiała przyznać, skąd te wizje się wzięły.
— Oskarża mnie? — powtórzył Oskar, a w jego głosie pobrzmiewała nuta rozbawienia, zmieszana z troską. Wstał od biurka, patrząc na nią z żywym zainteresowaniem. — O co można oskarżyć kogoś, kogo widzi się pierwszy raz w życiu?
Klara wypuściła z piersi drżące powietrze, szukając w głowie słów, z których mogła zbudować satysfakcjonującą odpowiedź dla Oskara, ale jednocześnie nie ujawniać zbyt wielu faktów.
— Chodzi o to, iż Robert… mój brat kilka lat temu pobił pewnego człowieka. Okazało się, iż był świadek tego zdarzenia, którego Robert widział przez moment. Kiedy pierwszy raz się spotkaliście, odniósł wrażenie… uważa, iż to ty byłeś świadkiem, który złożył zeznania na policji — wyjaśniała, a z każdym kolejnym słowem jej głos tracił pewność, by na końcu przejść w nerwowy chichot, mający rozpaczliwie podkreślić absurd całej sytuacji.
Przez chwilę Oskar patrzył na nią w milczeniu, a jego twarz nie zdradzała żadnych emocji. Nie miała pojęcia, czy wziął to za żart, obelgę czy może uznał ją za wariatkę wygłaszającą pod jego adresem mroczne herezje. Czekała w napięciu na jego ruch.
Mężczyzna przysiadł swobodnie na skraju biurka i splótł ramiona na piersi. Przez chwilę błąkał się na jego ustach zagadkowy uśmiech, a w jego spojrzeniu pojawił się błysk zapowiadający pytanie, na które Klara niekoniecznie chciała odpowiadać.
— Ten jego wyjazd — napomknął, wyciągając na światło dzienne kwestię będącą dotąd ich wspólnym tabu. Wypowiedział te słowa ledwie słyszalnie, jakby nie adresował ich do niej, ale jedynie porządkował własne myśli, które właśnie dotarły do celu. — Długo siedział?
Klara poczuła gwałtowny skurcz w gardle; ta nagła ciasnota sprawiła, iż każde słowo musiała przepychać przez usta z ogromnym trudem.
— Trzy lata.
Oskar poruszył głową, dając do zrozumienia, iż nie potrzebuje już żadnych wyjaśnień. W tym jednym geście zawarł całe swoje zrozumienie; cisza, która między nimi zapadła, potwierdziła iż wszystko, co najważniejsze, zostało już powiedziane.
— Czy Robert… leczy się psychiatrycznie? — zapytał, a w jego głosie po raz pierwszy zabrzmiała nuta wahania.
Słowa Oskara trafiły ją z siłą pocisku. Klara odwróciła się gwałtownie, próbując ukryć przed nim czerwień, która momentalnie wykwitła na jej zawstydzonej twarzy.
— Przepraszam, Oskar. Nie powinnam w ogóle ci o tym mówić…
— Nie, Klara, skarbie, to ja przepraszam. — Oskar dopadł do niej w dwóch krokach. Przyciągnął ją do siebie, a jego ramię mocno oplotło jej dygoczące z emocji ciało.
— Nie gniewaj się na niego — powiedział cicho, a w jego spojrzeniu nie było ani cienia wrogości. — Robert jest jak ranny ptak, który bije skrzydłami we wszystko, co znajdzie się w zasięgu jego wzroku. Więzienie, utrata żony i dzieci, ten dom... on po prostu szuka winnego, żeby nie musieć patrzeć w lustro. Gdybym przeszedł to, co on, pewnie też potrzebowałbym potwora, na którego mógłbym wskazać palcem. Daj mu czas. Ja mu wybaczam, ty też powinnaś.
Klara podniosła onieśmielony wzrok. W oczach Oskara widziała tylko czystą, niemal bolesną empatię. Przytuliła się do niego, chłonąc zapach perfum i spokoju. Była przekonana, iż Robert nie tylko się myli, ale wręcz dopuszcza się zbrodni na kimś tak szlachetnym.

Igor stał nad skulonym Filipem, czując pulsowanie w kostkach, choć jeszcze nie zadał ani jednego ciosu. Wystarczyło kilka gróźb wyszeptanych lodowatym tonem i ostrzegawczy wzrok rzucony na jego twarz, by ten zaczął dygotać. Patrzył na swoją ofiarę z absolutną bezwzględnością; wyglądał na kogoś, kto postawił wszystko na jedną kartę i nie boi się przegranej. Gdy Igor odwrócił się na pięcie, zostawiając chłopaka w mroku bramy, poczuł w ustach gorzki posmak obrzydzenia. Brat miał rację – krew nie woda. Igor z każdym dniem i każdym aktem wymuszonego posłuszeństwa stawał się lustrzanym odbiciem ojca.
No właśnie, ojciec.
Igor był zaskoczony tym, jak bardzo uwiera go jego nieobecność. Zamiast upragnionej ulgi, czuł ssącą, czarną pustkę, której nie potrafił niczym wypełnić. To było upokarzające – odkryć, iż pod warstwą nienawiści i wstydu wciąż kryje się prymitywna tęsknota za człowiekiem, który zniszczył im życie.
Nie mówiąc nic Przemkowi ani mamie, Igor wsiadł do autobusu. Silnik mruczał miarowo, gdy wyjeżdżał poza granice miasta, kierując się w stronę starego domu dziadków. To tam, wśród spróchniałych desek i zapachu wilgoci, miał nadzieję na odpowiedzi, które wreszcie wyłączą jego nocną gonitwę myśli i pozwolą spokojnie zasnąć. Igor musiał się z nim spotkać. Musiał sprawdzić, czy ta pustka w jego piersi to tylko echo traumy, czy może ostatnia nić lojalności wobec ojca, której nie zdołał jeszcze przeciąć.
Idź do oryginalnego materiału