Znowu się oblizuje! Maks, zabierz go stąd! Nastka patrzyła z irytacją na Tadka, który bezmyślnie s…

polregion.pl 11 godzin temu

Znowu się liże! Marek, zabierz go stąd!
Basia z irytacją patrzyła na Borysa, który bezradnie podskakiwał przy jej nogach. Jak to się stało, iż akurat na takiego łobuza trafili? Tyle czasu wybierali rasę, radzili się hodowców, naprawdę wiedzieli, iż to ogromna odpowiedzialność. W końcu zdecydowali się na owczarka niemieckiego miał być wiernym przyjacielem, stróżem i obrońcą, taki zestaw trzech w jednym. Tylko iż z tego obrońcy trzeba samego kota ratować
On przecież jeszcze malutki. Zobaczysz, jak podrośnie, to się zdziwisz.
No, już się nie mogę doczekać, kiedy ten koń urośnie. Zauważyłeś, iż je więcej od nas razem wziętych? Jak my go wykarmimy? I nie stąp tak głośno, baranie, bo Marysię obudzisz! pomstowała Basia, zbierając buty porozrzucane przez Borysa.

Mieszkali na ulicy Grójeckiej, na parterze dużej powojennej kamienicy, z niskimi oknami, niemal zrośniętymi z chodnikiem. Miejsce pierwszorzędne, gdyby nie jedno ale. Okna wychodziły na ślepy zaułek podwórka, gdzie wieczorami snuły się cienie, schodzili się mężczyźni na pogaduchy, a czasem dochodziło choćby do bójek.

Prawie cały dzień Basia była sama w domu, zajmując się nowo narodzoną Marysią. Marek od rana pracował w Muzeum Narodowym, a w wolnych chwilach przesiadywał na pchlich targach i w antykwariatach. Jego wprawne oko historyka sztuki odnajdywało wśród tłumu prawdziwe skarby stare obrazy, rzadkie książki i rozmaite bibeloty. Marek był zapalonym kolekcjonerem. Z czasem zebrała się w mieszkaniu niemała kolekcja obrazów, porcelanowe talerze z Ćmielowa z lat 60., figurki z okresu socrealizmu, srebrne sztućce z początku XX wieku Basia bała się zostawać sama z tym majątkiem i z małą córeczką, zwłaszcza iż włamania nie były rzadkością.

Basia, jak myślisz, kiedy z Borysem iść na spacer? Teraz czy po obiedzie?
Nie wiem i wiesz co, to nie moje psie sprawy!

Na dźwięk słowa spacer Borys jak szalony popędził do przedpokoju, na zakręcie prawie się wywrócił, złapał smycz i powrócił, podskakując niemal pod sufit. No, koń, nie pies. Wszystkich kocha, wszystkich wita, każdemu przynosi piłeczkę tylko z tymi gośćmi jakoś nie po drodze. Otwarta dusza, swojak, ale przecież wzięli go do obrony! A on choćby za kotami na podwórku nie goni. Leci z piłką, szczęśliwy, myśli, iż zaraz pogra z kotem. No i już kilka razy zarobił pazurami po nosie. Koty na ich podwórku były nie do przejścia, to je trzeba by mieć do ochrony Jutro znowu cały dzień sama. Mąż wyjeżdża do Kazimierza Dolnego na Festiwal Sztuki, a ona co? Pilnować porcelany i chodzić na spacery z tym uszatym? Jakby kobieta nie miała problemów

O świcie Marek wstał po cichu, by nie zbudzić żony. Ale gdzie tam! Basia słyszała bulkot czajnika, szczęk smyczy, jak Marek syczał na psa, żeby nie piszczał i nie stukał łapami. Przy tych domowych odgłosach znów odpłynęła w lekki sen, a gdy Marysia ją obudziła, Marka już nie było. Dzień zaczął się jak zwykle zwyczajny i spokojny. Czy to nie jest szczęście? Koleżanki zazdrościły: Basiu, tak wcześnie wyszłaś za mąż, rozrywasz się między dzieckiem i domem, a codzienne gotowanie cię pochłania Ale czy w codzienności nie ma uroku? Może nie wszystko się spełniło, jak marzyła. Męczył ją częsty brak męża, ciasnota, braki w portfelu. I ta jego pasja, na którą szły spore pieniądze Teraz jeszcze ten psi przyjaciel, a to ona się nim zajmuje. Ale Basia wiedziała jedno: kocha się ludzi z ich dobrymi i złymi stronami. Nikt nie obiecał ci ideału… Gdy przyjęła tę prostą prawdę, poczuła spokój i postanowiła doceniać to, co ma, zamiast żałować tego, czego nie ma.

Siedziała w pokoju dziecięcym i karmiła córeczkę, która usypiała przy jedzeniu i trzeba było czekać, aż się znów obudzi głodna. Nagle ktoś zadzwonił do drzwi, ale Basia nie zamierzała otwierać. Nikogo się nie spodziewała, bez zapowiedzi przez pół Warszawy nikt by nie przyjechał. Te cenne poranne godziny jakże je kochała! W mieszkaniu cisza, tylko tykał stary zegar w przedpokoju, przez okno wpadał znajomy hałas miasta szum autobusów, tupot dzieci, zamiatanie podwórka, głosy A gdzie ten uszaty? Dziwne, iż dawno się nie pojawiał. Oczywiście, Borys wcale nie był specjalnie uszaty uszy miał w sam raz, sterczące, po prostu taki miał charakter. Gapa i tyle. Żyj, karm i opiekuj się, a pożytku zero. Lepiej by im wyszła mała towarzyska pudliczka.

Basia pogłaskała śpiącą córeczkę, zasysającą mleko jak pijawka. Ach, jaka ta dziewczynka śliczna! Moje złotko szeptała Basia, odkładając ją do łóżeczka. Rośnij przecież niczego więcej nam nie trzeba, myślała.

I właśnie wtedy z salonu dobiegł dziwny dźwięk. Jakby trzask, jakby pisk. Basia nastawiła uszu. Trzask się powtórzył. Nie oddychając, zsunęła kapcie i bezgłośnie weszła do salonu. Pierwsze, co ją zaniepokoiło, to Borys. Stał za zasłoną, oddzielającą korytarz od pokoju. Przykucnięty i spięty, z wywalonym językiem, bacznie obserwował pokój. Basia podążyła za jego wzrokiem i aż zdrętwiała: w oknie, a raczej w lufciku, wisiała połowa mężczyzny. Typowa bandycka łysa głowa, ramiona i barki już były w środku, sapnął i pchał się do środka całym chudym ciałem. Basia nie była w stanie uwierzyć, iż to się dzieje naprawdę. To niemożliwe! Co robić? Krzyczeć? Złodziej prawie cały już w mieszkaniu! Jeszcze chwila i

Wstrząsnął nią wrzask. Czarny cień pomknął do okna, i dopiero po chwili zdała sobie sprawę, iż to Borys. Wskoczył na parapet i wczepił się włamywaczowi w szyję! Aaa! wykrzyczał facet zachrypniętym basem i wytrzeszczył oczy. Basia wybiegła na klatkę i wołała sąsiadów potem już było lżej. Ludzie zbiegli się z mieszkań i zadzwonili po policję. Każdy chciał pomóc, choć samą obecnością byli najważniejsi. Co by zrobiła sama? Przełamując strach, Basia zbliżyła się do złodzieja byle tylko Borys nie przegryzł gardła! Ale Borys, mądry pies, złapał go z boku, za kołnierz, trzymając mocno, ale bez krwi. Tylko kiedy napastnik próbował się wyrwać, Borys zaciskał szczęki; gdy włamywacz się uspakajał, pies luzował chwyt. Skąd on to wszystko wiedział? Ten narwany przyjaciel z piłką zachował się jak profesjonalista. Usłyszał szelest, poszedł sprawdzić, ale nie szczekał. Czemu? Przecież to byłoby najprostsze. Zamiast tego urządził zasadzkę za zasłoną, pozwolił facetowi wlazć na wpół do środka, by ten utknął i nie mógł się cofnąć, a potem dopadł go we adekwatnym momencie, trzymając w taki sposób, by zatrzymać, nie skrzywdzić. Tak właśnie wygląda odpowiedzialny stróż zatrzymać, a resztą zajmą się ludzie.

Nawet starsi policjanci nie pamiętali sytuacji, w której złodziej aż tak się cieszył na widok radiowozu. Facet był blady jak ściana i bardzo chętnie się poddał. Pies nieco przesadził z euforii był tak dumny ze swojej zdobyczy, iż długo trzeba było go przekonywać, żeby puścił. Dopiero kiedy przyjechał policjant z komisariatu na Ochocie, wydał komendę i Borys rozluźnił zęby! Puściwszy złodzieja, usiadł pod oknem i dumnie patrzył na funkcjonariusza, gotów na kolejne rozkazy. Ledwie mu honoru nie zasalutował.

Macie super psa policjant z uznaniem poklepał Borysa po karku i westchnął: takiego by nam do wydziału trzeba

Marek wrócił późnym wieczorem. Otwierając cicho drzwi, aż zaniemówił z wrażenia. Pierwsze: Borys rozciągnięty na kanapie, co zawsze surowo było zabronione. Drugie: wyłożony, wszystkie łapy w górze, w pozie niemal nieprzystojnej, a Basia drapie go po brzuchu, tuli, głaszcze i prawie całuje, co chwila powtarzając: Kochanie moje, mój byczku, mały źrebaczku! Rośnij nam zdrowo! Na pociechę dla mamy i taty! Jak ja mogłam być wobec ciebie niesprawiedliwa Wybacz mi!

Tę historię opowiedział mi sam Marek podczas Festiwalu Sztuki w Kazimierzu Dolnym. Borys opisałby to pewnie jeszcze barwniej: jak tropił, jak schwytał, jak oddał sprawę w ręce operacyjnych. Dawno to było, ale pamięć przetrwała. Czułam, jakby Borys łapą prosił się o to, żeby spisać jego przygodę dlatego wam ją przekazuję.

Bo czasem to, co uważamy za nieprzydatne, niedoskonałe czy choćby kłopotliwe, może okazać się naszym największym skarbem. Może po prostu trzeba nauczyć się ufać i dać sobie i innym szansę.

Idź do oryginalnego materiału