Znowu się liże! Michał, zabierz go!
Jadwiga patrzyła zirytowana na Teodora, który bez sensu podskakiwał jej przy nogach. Jak to się stało, iż akurat na takiego gamonia trafili? Tyle czasu rozważali, wybierali rasę, radzili się kynologów. Rozumieli, jaka to odpowiedzialność. W końcu uznali, iż owczarek niemiecki to będzie najlepszy wybór wierny przyjaciel, stróż i obrońca. Jak szampon: trzy w jednym. A tymczasem tego „obrońcę” trzeba samemu przed kotami ratować…
On jest przecież jeszcze szczeniakiem. Poczekaj, urośnie zobaczysz.
Jasne, nie mogę się doczekać, aż ten koń będzie dorosły. Widzisz, ile on je? Karmimy go jakby był członkiem rodziny! Jak my damy radę utrzymać tego psa? No i przestań tupać, bo małą obudzisz! burknęła Jadwiga, zbierając czółenka porozrzucane przez Teodora.
Mieszkali na alei Jerozolimskich, na parterze starej kamienicy z oknami jakby wrastającymi w asfalt. Miejsce super, gdyby nie jeden minus. Okna wychodziły na ślepy zaułek podwórza, gdzie wieczorami przesuwały się cienie, schodzili się chłopcy na pogadanki, a czasem wybuchały bójki.
Przez większość dnia Jadwiga była sama, z nowo narodzoną Hanią. Michał rano wychodził do pracy pracował w Muzeum Narodowym, a w wolnym czasie lubił buszować po targach staroci i antykwariatach. Był kolekcjonerem z prawdziwego zdarzenia oko do sztuki miało talent nie lada! W domu zebrało się już niezłe zbiory obrazów, a w komodzie z lat sześćdziesiątych stały porcelanowe talerze z Ćmielowa, figurki z czasów PRL-u i srebrne sztućce sprzed wojny… Jadwiga nie czuła się spokojnie sama z takim skarbem i małą na rękach, zwłaszcza iż włamania w budynku nie były rzadkością.
Jadwiga, myślisz, kiedy lepiej wyjść z Teodorem na spacer? Teraz, czy po obiedzie?
Nie wiem. I w ogóle, to nie moje psie sprawy!
Na dźwięk słowa spacer Teodor ruszył jak burza do przedpokoju, przewrócił się na zakręcie, capnął smycz i wrócił, podskakując pod sufit. No, koń, nie pies. Każdego kocha, wszystkich wita, każdemu przynosi piłeczkę, a jak goście przyjdą to pierwszy na powitanie. Otwarta dusza, chłopak na medal, tylko po co mieli z niego obrońcę? choćby za kotami na podwórku nie goni. Leci do nich z piłką i radośnie chce się bawić i za to już nie raz dostał łapką po nosie. Koty w tym podwórku są poważne to je powinniśmy tu zatrudnić jako ochronę Jutro znowu cały dzień sama. Mąż jedzie do Siedlec na Festyn Sztuki, a ona co? Ma pilnować porcelany i wychodzić z tym uszatym gamoniem? Też mi zmartwienie.
O świcie Michał zerwał się po cichu, by nie budzić żony. Ale gdzie tam! Jadwiga słyszała, jak syczy czajnik, jak zabrzęczała smycz, jak Michał ucisza Teodora, żeby nie skomlał i nie tupał. Przy tych domowych dźwiękach zapadła jeszcze w drzemkę, a kiedy córeczka ją obudziła, Michała już dawno nie było. Dzień zaczął się jak zawsze. Zwyczajny, spokojny, domowy dzień. Czyż to nie szczęście? Koleżanki się dziwiły: Jadzia, taka młoda, gwałtownie wyszłaś za mąż, tylko dom, dziecko, kuchnia Życie cię przygniotło Ale czy zwyczajne życie nie ma swojej urody? Może nie wszystko wyszło, jak wymarzyła. Często brakowało jej męża, miejsca, pieniędzy. No i ta jego pasja, w którą przepada tyle złotych choćby psa, gamonia z uszami, sprowadził a zajmować się nim musi ona. Ale wiedziała, iż kochać trzeba całościowo i zalety, i wady. Nikt nie jest idealny. Kiedy pojmie się tę prostą prawdę, przychodzi spokój i euforia z tego, co się ma, a nie smutek po tym, czego nie ma.
Siedziała w pokoju dziecięcym, karmiąc córeczkę, która podczas karmienia zwykle zasypiała i trzeba było czekać, aż się obudzi i znów zapragnie jeść. Zadzwonił dzwonek do drzwi, ale Jadwiga nie otworzyła. Nie spodziewa się nikogo, a bez telefonu nikt przez całe miasto by nie przyjechał bez zapowiedzi. Te poranne godziny kochała najbardziej! W domu cisza, tylko tykają zabytkowe zegary w przedpokoju, a przez uchylone okno słychać znajomy gwar miasta: stukot tramwajów, szum samochodów, szuranie miotły po bruku, dziecięce głosy… A gdzie się podział uszaty łobuz? Dawno go nie było podejrzane. Choć tak naprawdę uszaty to nie jest, uszy stoją pięknie tylko z charakteru taki łobuz. I teraz trzeba żyć z nim, karmić i wyprowadzać, a pożytku niby żadnego. Może lepiej było wziąć jamnika?
Zachwyciła się córeczką wyssana do syta niczym mała pijawka właśnie odpadła od piersi. Co za cudna dziewczynka! Moje złotko, szeptała Jadwiga, układając ją do snu. Rośnij zdrowo cóż nam więcej trzeba?
Dokładnie w tym momencie rozległ się dziwny dźwięk z salonu. Coś pomiędzy trzaskiem a piskiem. Jadwiga nastawiła uszu trzask się powtórzył. Oddychając cicho, zdjęła papcie i cicho podeszła do salonu. Pierwsza rzecz, która ją zaniepokoiła plecy Teodora. Ukrywał się trochę za kotarą oddzielającą przedpokój od salonu. Zgięty w pół, na czterech łapach, w napiętej pozie, z wystawionym językiem patrzył w głąb pokoju. Jadwiga powiodła wzrokiem i aż zamarła. W oknie, a raczej w lufciku, tkwiła połowa mężczyzny. Typowa bandycka, wygolona głowa, ramiona i plecy już w środku, a on, sapiąc i wysilając się, wciskał przez lufcik swoje szczupłe ciało. Jadwiga nie mogła uwierzyć, iż to się dzieje jej. Co robić? Krzyczeć? Mężczyzna był już niemal cały w środku. Jeszcze chwila i
Wstrząsnął nią krzyk. Czarny cień rzucił się na okno nie od razu zrozumiała, iż to Teodor. Wyskoczył na parapet i pochwycił złodzieja za kark! Aaaa!!! ryknął facet ochrypłym głosem i wytrzeszczył oczy. Jadwiga wybiegła na klatkę, zawołała sąsiadów, a potem już nie było tak strasznie. Ludzie zbiegli się szybko, ktoś zadzwonił po policję. Każdy próbował jakoś pomóc i ich obecność była dla niej ratunkiem. Sama nie dałaby rady.
Pokonując strach, Jadwiga podeszła do napastnika byle tylko Teodor nie przegryzł mu gardła! Ale mądry piesek uchwycił się za kołnierz z boku, trzymał mocno, ale bardzo ostrożnie nie polała się choćby kropla krwi! Tylko kiedy złodziej próbował się oswobodzić, Teodor zaciskał mocniej szczęki, a gdy znów znieruchomiał pies rozluźniał uchwyt. Skąd on to wiedział? Ten sam łobuz z piłeczką działał jak profesjonalista. Usłyszał szmer, zamiast szczekać postanowił się ukryć za kotarą i poobserwować. Pozwolił włamywaczowi wejść do połowy, żeby się zablokował i już nie mógł łatwo uciec, a potem zaatakował i trzymał fachowym chwytem, by nie zrobić krzywdy. Jak mówią, zadaniem stróża jest zatrzymać, a o reszcie zadecyduje sprawiedliwość.
Nawet najstarsi policjanci nie pamiętali sprawy, w której złodziej z taką ulgą oddawany był w ręce mundurowych. Przestraszył się biedak zębów Teodora, aż szczęśliwy był, mogąc się poddać. A pies? Wczuł się w rolę tak bardzo, iż dopiero, gdy przyjechał policjant z psem służbowym i wydał komendę, Teodor puścił złodzieja. Siadł przy oknie i z oddaniem patrzył na funkcjonariusza, jakby czekał na dalsze polecenia. Tylko salutu nie oddał.
Trafił się wam wspaniały pies przyznał policjant, głaszcząc Teodora po karku. Przydałby się taki w naszej służbie.
Michał wrócił późnym wieczorem. Otworzył ostrożnie drzwi i zamarł ze zdziwienia na progu. Czekało go coś niecodziennego. Po pierwsze: Teodor rozciągnięty na kanapie stanowczo zabronione! Po drugie: rozwalony jak król życia, z łapami w górze, a Jadwiga głaskała go po brzuchu, drapała, tuliła i szeptała czule: Ty moja radości, żrebaczku mały, rośnij zdrowo! Ku euforii mamy i taty! I jak ja cię niesprawiedliwie traktowałam, wybacz mi, kochany
Tę historię usłyszałem na jednym z Festynów Sztuki od samego uczestnika historyka sztuki. Teodor opowiedziałby ją pewnie jeszcze lepiej: o tym, jak tropił, jak chwytał bandytę i jak oddał go w ręce policji. Dawno to było, ale ta historia wciąż we mnie żyje. Czuję, jak Teodor stuka łapą w moje wspomnienia i prosi, by ją zapisać
Bo czasem ci, którzy wydają się najmniej przydatni, okazują się naszymi największymi skarbami wystarczy spojrzeć na nich sercem.

12 godzin temu















English (US) ·
Polish (PL) ·
Russian (RU) ·