— Znowu się gryzie! Maks, zabierz go stąd! Nastka z irytacją patrzyła na Tadka, który bez sensu sk…

3 godzin temu

Znowu się liże! Michał, zabierz go! wybuchnęła z irytacją Zosia, patrząc na Tolka, który bez sensu podskakiwał jej pod nogami. Jak to się stało, iż trafili akurat na takiego safandułę? Tyle czasu poświęcili na rozważania, wybór rasy, konsultacje z kynologiem. Wiedzieli, iż posiadanie psa to spora odpowiedzialność. W końcu zdecydowali się na owczarka niemieckiego miał być wiernym przyjacielem, stróżem i obrońcą, jednym słowem wszystko w jednym. A tu zamiast groźnego obrońcy, sami muszą psa ratować przed kotami…

Przecież on jeszcze mały. Daj mu czas, urośnie, to zobaczysz próbował pocieszyć żonę Michał.
Tak, jasne. Już nie mogę się doczekać, aż ten koń stanie się większy od nas. Zauważyłeś, iż on chyba więcej je niż my oboje razem wzięci? Jak my go wykarmimy? I przestań tupać, durniu, bo dziecko obudzisz! marudziła Zosia, zbierając z pokoju rozrzucone przez Tolka buty.

Mieszkali na ulicy Puławskiej, na parterze starej kamienicy z wielkimi, nisko osadzonymi oknami, które niemal zrastały się z chodnikiem. Miejsce świetne, gdyby nie jeden szczegół okna wychodziły na zaślepiony, ciemny zakamarek podwórza, gdzie wieczorami przewijały się cienie, gromadzili się mężczyźni na pogawędki, a czasem dochodziło choćby do bójek.

Prawie cały dzień Zosia spędzała sama tylko ona, świeżo urodzona Basia i oczywiście Tolek. Michał rano wychodził do pracy do Muzeum Narodowego, a wolny czas przepuszczał na pchlich targach i łowieniu książek na stoiskach z literaturą. Oko znawcy sztuki, jak sama żartowała Zosia, potrafiło wyłuskać prawdziwe perełki obrazy, rzadkie tomy, starocie. Michał był zapalonym kolekcjonerem. Niezauważenie w domu zebrała się całkiem niezła kolekcja obrazów, a w starym kredensie z lat sześćdziesiątych pyszniły się talerzyki z Chodzieży, figurki z czasów PRL-u i srebrna zastawa z początku XX wieku… Zosię przerażało zostawanie samej z małą Basią i tym całym majątkiem, zwłaszcza iż w bloku kradzieże nie należały do rzadkości.

Zosiu, jak myślisz, wyjść z Tolkiem teraz, czy może po obiedzie? zapytał raz Michał.
Nie wiem i, szczerze mówiąc, to nie moje psie zmartwienie! ucięła.

Na magiczne słowo spacer, Tolek rzucił się do przedpokoju niczym strzała, zakołysał się na zakręcie, złapał smycz i przyleciał z powrotem, niemalże podskakując pod sam sufit. No prawdziwy koń, nie pies. Cieszy się ze wszystkimi, każdego kocha, każdemu przynosi piłkę, tylko do obcych podchodzi ostrożnie. Swojak, dusza-człowiek, ale przecież nie po to go brali! choćby za kotami nie biega, wręcz przeciwnie z piłką biegnie do nich, żeby się bawić, a potem dostaje po nosie. Koty na tym podwórku to prawdziwe twardziele takich to dopiero by warto brać na obronę Jutro znów cały dzień sama Michał jedzie do Kazimierza Dolnego na Święto Sztuki, a jej co zostaje? Pilnować porcelany i ganiać z tym safandułą po parku. Ech, nie miała baba kłopotów…

O świcie Michał podniósł się cichutko, by nie zbudzić żony. Ale gdzie tam Zosia usłyszała, jak gwiżdże czajnik, jak szczęknęła smycz, jak Michał ucisza Tolka, żeby nie skomlał i nie tupał po panelach. Przy tych codziennych dźwiękach Zosia na chwilę przysnęła, a gdy obudziła ją płacz córki, Michała w domu już nie było. Dzień zaczął się jak zwykle. Taki zwyczajny, spokojny i domowy czy nie na tym polega szczęście? Koleżanki współczuły:
Zosia, tak wcześnie wyszłaś za mąż, dzieciak na głowie, całe życie w kuchni, normalnie szara codzienność cię dopadła
Ale czy w codzienności nie kryje się ogrom uroku? Nie wszystko przecież układa się tak, jak się śniło. Doskwierał brak pieniędzy, małe mieszkanie, znikał mąż i jego kosztowna pasja, przez którą ginęły oszczędności. Ale Zosia wiedziała: kochanych trzeba kochać ze wszystkimi ich zaletami i wadami. Nikt nie obiecywał ideału Gdy to zrozumiała, przestała się zadręczać i postanowiła cieszyć się tym, co ma.

Siedziała w pokoiku dziecięcym, karmiła Basię, która zasypiała przy piersi i trzeba było cierpliwie czekać, aż znów się obudzi. Wtem rozległ się dzwonek do drzwi. Zosia nie zamierzała otwierać nie czekała na nikogo, a bez zapowiedzi przez pół miasta nikt by się nie pofatygował. Ceniła te poranne, spokojne godziny. Po mieszkaniu rozchodził się tylko odgłos starego zegara w korytarzu i cichy szum miasta zza uchylonego okna: miarowe posapywanie autobusów, stukot zamiatana ulicy, dziecięce głosy… A gdzie ten safanduła? Już dawno się nie pokazał, dziwne. Oczywiście, Tolek wcale nie miał odstających uszu, wręcz przeciwnie, stały mu równo, po prostu taki był z charakteru wieczny łobuz I co teraz? Psa trzeba żywić, wyprowadzać, a pożytku żadnego. Może lepiej było wziąć jamnika albo shih-tzu…

Zosia zapatrzyła się na córeczkę, która najadłszy się, spoczęła znużona na poduszce. Moje złotko szeptała, przykrywając Basię. Rośnij zdrowo… Czego nam więcej trzeba?

W tym momencie rozległ się dziwny trzask z salonu. Coś jakby chrupanie, jakby pisk. Zosia znieruchomiała. Trzask się powtórzył. Zdjęła kapcie i na palcach podeszła do salonu. Pierwsze co ją zaniepokoiło, to sylwetka Tolka ukrywał się za zasłonką oddzielającą przedpokój od pokoju. Przyczajony na czterech łapach, z wyciągniętym językiem, wpatrywał się w głąb pokoju. Zosia podążyła za jego wzrokiem i zamarła z przerażenia w oknie, a raczej w lufciku, tkwiła połowa człowieka! Typowa bandycka, ogolona głowa, ramiona już w środku; sapiąc i napinając się, próbował wcisnąć do mieszkania swoje chude ciało. Zosi nie mieściło się w głowie, co się dzieje. To nie może dziać się naprawdę! Co robić? Krzyczeć? Złodziej za moment będzie już w środku!

W tej sekundzie usłyszała przeraźliwy wrzask. Czarna strzała rzuciła się na okno dopiero po chwili Zosia rozpoznała Tolka. Jeden skok na parapet i już chwycił złodzieja za kark! Aaaa!!! wrzasnął facet, wybałuszył oczy ze strachu. Zosia wybiegła na klatkę, przywołała sąsiadów, potem wszystko potoczyło się błyskawicznie zbiegli się ludzie, ktoś zadzwonił po policję. Ich obecność była wielką ulgą. Co by zrobiła sama? Przełamując lęk, Zosia podeszła do złodzieja; oby Tolek nie przegryzł mu gardła! Ale Tolek, mądry pies, chwycił go bokiem za kołnierz i trzymał mocno, ale z wyczuciem. Nie uronił ani kropli krwi! Tylko gdy złodziej próbował się wyswobodzić, Tolek zaciskał mocniej szczęki; kiedy mężczyzna się poddawał poluzowywał uścisk. Skąd to wiedział, skąd tę profesjonalną czujność? Ten łobuz z piłeczką działał jak zawodowy pies policyjny. Zamiast szczekać, zrobił zasadzkę za zasłoną i pozwolił włamywaczowi wejść do połowy, żeby go dobrze zatrzymać, a potem zaatakował fachowo i skutecznie. Postawił na swoim zatrzymać, nie zabić. Resztę zostawić sprawiedliwości.

Nawet starym policjantom nie zdarzało się widzieć złodzieja aż tak szczęśliwego z powodu zatrzymania. Chłop, zespół w strachu w Tolka zębach, cieszył się, iż już po wszystkim. Za to pies nie schodził z roli z taką dumą i zaangażowaniem pilnował broniącego, iż dopiero rozkaz oficera przewodnika psów nakłonił go do puszczenia złodzieja. Jeden rozkaz, a Tolek rozwarł szczęki! Odsapnął i z rozbrajającą miną siadł przy oknie, patrząc na policjanta gotowy na nowe polecenia. Jeszcze tylko honoru nie oddał.

Trafił wam się wspaniały pies policjant pogłaskał Tolka po karku i westchnął przydałby nam się taki w wydziale

Michał wrócił późnym wieczorem. Delikatnie nacisnął klamkę, stanął w progu z oczami jak spodki. I było czemu się dziwić. Po pierwsze: Tolek leżał na kanapie surowo zakazanej, wiecznie niedostępnej. Po drugie: pies rozciągnięty na całą długość, grzbietem do góry, w najbardziej beztroskiej, wręcz nieprzyzwoitej pozie, a Zosia drapała go po brzuchu, głaskała i szeptała: Ty moja radości, pierzasty głuptasie, kochany koniku. Rośnij zdrowo, ku uciesze mamy i taty! Jak ja byłam dla ciebie niesprawiedliwa nie gniewaj się już.

Tę historię usłyszałam pewnego lata na Święcie Sztuki w Kazimierzu Dolnym opowiedział mi ją sam Michał, znawca sztuki. Tolek opowiedziałby to jeszcze barwniej: jak tropił, jak chwytał, jak przekazywał w ręce policji… To było dawno, ale opowieść żyje we wspomnieniach. Czułam, jak Tolek łapką skrobie, prosząc, by przenieść to na papier. Więc dzielę się z wami…

Każdy dzień, choćby ten najbardziej zwyczajny, potrafi zaskoczyć i nauczyć czegoś ważnego: nie warto oceniać po pozorach. Najwierniejszy przyjaciel może okazać się bohaterem wtedy, gdy najbardziej tego potrzebujemy. Trzeba doceniać bliskich z ich wadami i zaletami, bo dopiero tak poznaje się prawdziwe szczęście.

Idź do oryginalnego materiału