Zmiany w Child Alert. Sposób poszukiwania dzieci wywołał kontrowersje

3 godzin temu

Trudno wyobrazić sobie koszmar gorszy, niż zaginięcie dziecka. Niepokój, jaki przeżywają rodzice, jest nie do opisania. Od 13 lat w szukaniu pomaga system Child Alert. Dzięki niemu zdjęcie zaginionego od razu pojawia się w mediach. Do tej pory użyto go siedem razy, za każdym razem skutecznie. Rok temu w systemie wprowadzono poważne zmiany, które wywołały dyskusję. Materiał "Interwencji".

Interwencja
Poszukiwania zaginionych osób w Polsce budzą kontrowersje, system Child Alert działa, ale...

Jest 14 kwietnia 2015 roku. W niewielkiej wsi pod Szczecinem porwana zostaje dziesięcioletnia Maja. Nieznany mężczyzna wciąga ją do samochodu, potem z impetem rusza w kierunku granicy z Niemcami. Sąsiad porwanej dziewczynki mówi, iż auto widział w okolicy już wcześniej. - On tu od dwóch czy trzech tygodni się kręcił. Stawał na drodze, pewnie obserwował. Do lasu też szedł i z powrotem - mówi.

- Wiedzieliśmy, iż każda chwila, każda minuta i każda godzina stwarza dla niej potencjalne zagrożenie - wspomina oficer operacyjny KWP w Szczecinie. Do poszukiwań Mai skierowano około pięciuset policjantów. Pomagała straż graniczna oraz kilkudziesięciu mieszkańców wsi. Użyto helikoptera, dronów i psów tropiących. Po raz pierwszy w historii Polski uruchomiono też system Child Alert.

ZOBACZ: Kredyty wzięte, mieszkań brak. Deweloper w długach

- Jego zadaniem jest dotarcie z tą informacją do jak największej grupy osób. Każdy serwis informacyjny mediów mówił o tym, iż szukamy takiej dziewczynki - tłumaczy Przemysław Kimon z KWP w Szczecinie. Dzięki systemowi Child Alert do policji napływają setki informacji. Jedna z nich okazuje się strzałem w dziesiątkę. Okazuje się, iż porywacz jest już z dziewczynką na terenie Niemiec. Mimo to, udaje się go schwytać. Maja zostaje odnaleziona cała i zdrowa.

- Zadzwonił do nas mężczyzna, który zobaczył to auto. To był czysty przypadek. Samochód stał na poboczu. Wyglądał jak po wypadku. Był to raczej niezwykły widok - opowiadał Axel Falkenberg, rzecznik policji w Anklam. - Podejrzany siedział z tyłu. Próbował się schować. Ukrył głowę w kolanach. Próbował zmusić dziewczynkę, aby zrobiła to samo - dodał Gunnar Mächler, komendant policji w Anklam.

Child Alert. System działał, ale...

Krzysztof Dymiński zaginął w maju 2023 roku. Miał wtedy szesnaście lat. Nad ranem wyszedł z domu - wiele wskazuje na to, iż z myślą, aby odebrać sobie życie. Wsiadł do autobusu i pojechał do Warszawy. Jego telefon po raz ostatni logował się na Moście Gdańskim.

- Niestety w naszym przypadku Child Alert nie obowiązywał… Powiedzieli, iż Krzyśkowi nie przysługuje. W ciągu trzynastu lat funkcjonowania tylko siedem razy ta procedura została uruchomiona. A ile dzieci nam rocznie ginie? Około 2000 osób. Czyli jak traktuje się te dzieci? Nie może tak być - podkreśla Daniel Dymiński, ojciec zaginionego Krzysztofa.

ZOBACZ: Dwuletni Mikołaj ma ciężką niepełnosprawność. Rodzice winią szpital

Sposób użycia systemu Child Alert w Polsce reguluje zarządzenie komendanta głównego policji. Kiedy zaginął Krzysztof, jednym z kryteriów był wiek zaginionej osoby. Musiało istnieć też podejrzenie, iż dziecko zostało porwane albo iż jego życiu lub zdrowiu zagraża niebezpieczeństwo. W ubiegłym roku kryteria te zostały jednak zmienione. Dzisiaj, aby Child Alert zadziałał, musimy mieć do czynienia z porwaniem.

- Tak głęboko ograniczony Child Alert, będzie praktycznie niestosowalny, bo spełnienie wszystkich łącznie tych trzech przesłanek będzie bardzo trudne. Mamy do czynienia z wewnętrznym aktem policyjnym, który tworzy sobie sama policja, dla siebie, sama prowadzi te poszukiwania, sama siebie nadzoruje i sama siebie kontroluje. Przez to nie można wykazać ewentualnych nadużyć - opowiada prof. Ewa Gruza, kryminolog.

- Wszystkie czynności, które są podejmowane w trakcie poszukiwań osób zaginionych, policja uznaje bezprawnie za czynności operacyjne i nakłada na to klauzulę tajności - dodaje.

Zmiany w Child Alert wywołały kontrowersje

Andżelika Rutkowska miała dziesięć lat. Zaginęła prawie trzydzieści lat temu. Od tamtego czasu jej bliscy nieustannie usiłują się dowiedzieć, co zostało zrobione w jej sprawie. Bez skutku. Zgodnie z zarządzeniem sprawy poszukiwań zaginionych w Polsce mają bowiem charakter operacyjny, a dotyczące ich policyjne akta z założenia są tajne.

- Mamy wiele pism z wnioskiem o udostępnienie akt sprawy dotyczącej zaginięcia naszej Andżeliki. Za każdym razem jest odmowa, bo sprawa utajniona. Mnie się wydaje, iż zbyt wiele po prostu nie zostało w tej spawie zrobione i nie chcą, żeby to wyszło na jaw - mówi Izabela Jankowska, ciocia Andżeliki.

- Postulujemy, żeby wreszcie znieść ten nimb tajności z poszukiwań osób zaginionych. Jest ogromny opór przede wszystkim właśnie policji, bo trzymanie się na siłę tego, iż czynności poszukiwawcze są czynnościami operacyjnymi daje im ogromny komfort niechwalenia się tym, iż kilka robią albo nic nie robią przy poszukiwaniach - mówi prof. Gruza.

- Otrzymuję informację w trzecim roku od zaginięcia, iż oni latają dronem i szukają mojego syna... Dronem? Po trzech latach? No to jak mogę myśleć o logice myślenia policjantów? - pyta Daniel Dymiński.

ZOBACZ: Gigantyczne silosy za domem. Po sześciu latach walki usłyszała, iż ma rację

Od zaginięcia Krzysztofa Dymińskiego jego ojciec nieprzerwanie pływa łódką po Wiśle i szuka swojego syna. Dwa lata temu, razem z żoną rozpoczął akcję społeczną, której celem jest zmiana zasad poszukiwań osób zaginionych w Polsce. Chce, aby działania służb regulowała w tej kwestii konkretna ustawa.

W wyniku ich działań, w parlamencie utworzony został specjalny zespół do spraw zaginięć. Mimo to, do tej pory nie udało się wprowadzić żadnych istotnych zmian.

- Zdaję sobie sprawę, iż to może potrwać 20-30 lat. Ale być może gdzieś na końcu zostanie coś zrobione i powstanie ustawa, która to po prostu znormalizuje i poprawi funkcjonowanie całego tego systemu poszukiwań - podsumował Daniel Dymiński.

Na koniec zwrócił się do komendanta głównego policji: - To nie jest żadna ujma, żeby przyznać się, iż coś należy poprawić. Największą nagrodą, jaką możemy otrzymać, jest odnalezione, uratowane dziecko.

Cały reportaż Rafała Zalewskiego można obejrzeć TUTAJ.

WIDEO: "Nie ma MiG-ów, bo nie ma dronów". Szef MON o wycofaniu się Ukrainy z umowy
Idź do oryginalnego materiału