Zemsta po polsku. "Oskarżyła męża o znęcanie się, zapomniała o istotnym fakcie"

1 godzina temu
– Moja klientka tak bardzo chciała oskarżyć małżonka o znęcanie się, iż wskazała konkretną datę pobicia i przedstawiła choćby obdukcję. Zagalopowała się jednak w tych kłamstwach na tyle, iż zapomniała o jednym istotnym fakcie – jej mąż przebywał w tym czasie za granicą. Składając fałszywe zeznania, naraziła się na realną odpowiedzialność karną – opowiada dr hab. mec. Olga Piaskowska, prof. USWPS. Zapytałam prawniczkę o to, jak mszczą się Polacy.


Aleksandra Tchórzewska: Czy możliwa jest sytuacja, w której dorosłe dzieci chcą zemścić się na rodzicach – na przykład za to, iż ci przed laty opublikowali na Facebooku ich zdjęcie na nocniku?

dr hab. mec. Olga Piaskowska: Osobiście jeszcze się z tym nie spotkałam, ale spodziewam się, iż takie sprawy zaczną się pojawiać. To niezwykle trudny i istotny temat związany z wykonywaniem władzy rodzicielskiej. Zachęciłam choćby jedną z moich doktorantek, by poświęciła mu swoją pracę.

Przepisy dotyczące władzy rodzicielskiej od wielu lat pozostają niezmienione i nie przystają do współczesnej, cyfrowej rzeczywistości.

Skala postów, w których rodzice dzielą się wizerunkiem swoich dzieci, jest ogromna. Często dzieje się to bez zgody i wiedzy zainteresowanych. A choćby jeżeli dziecko ma tego świadomość, pojawia się pytanie o jej zakres – czy dziesięciolatek jest w stanie w pełni ocenić konsekwencje i świadomie wyrazić zgodę na upublicznienie swojego wizerunku w mediach społecznościowych?

Myślę, iż w przyszłości takich spraw może być bardzo dużo. Na razie poruszamy się w swoistej "szarej strefie" – ani rodzice, ani dzieci często nie zastanawiają się nad tym głębiej.

Wynika to również z faktu, iż dzieci od najmłodszych lat funkcjonują w tej przestrzeni: rodzic ma profil w mediach społecznościowych, a dziecko – dorastając – zakłada własny i traktuje to jako normę.

Nie wykluczam jednak, iż z czasem liczba takich pozwów i prób wyciągania konsekwencji będzie rosła.

Klienci mówią wprost: "chcę zemsty"? Czy może raczej ubierają to w ładne słowa o poczuciu sprawiedliwości i dbaniu o siebie?

Odpowiedź na to pytanie nie jest prosta. zwykle nie jest tak, iż klient już podczas pierwszej wizyty otwarcie ujawnia taką motywację. Jestem jednak przekonana, iż wiele osób – choćby jeżeli nie artykułuje tego wprost – przychodzi z zamiarem dokuczenia komuś lub, jak to pani ujęła, zemszczenia się za doznane krzywdy.

Wiele zależy od rodzaju sprawy i konkretnej sytuacji. Sytuacje, w których klient przychodzi do prawnika i mówi wprost: "chcę się zemścić na Iksińskim, proszę mi powiedzieć, co mogę zrobić", należą do rzadkości. Zresztą z etycznego punktu widzenia byłoby to niedopuszczalne.

Istnieją jednak kategorie spraw, w których aspekt emocjonalny i motywacyjny odgrywa znacznie większą rolę.

Jak można się domyślić, są to przede wszystkim sprawy rodzinne – w szczególności rozwody, ale także kwestie alimentacyjne. To właśnie tam najczęściej spotykamy się z sytuacjami, w których dwie osoby dążą do utrudnienia sobie życia, co nierzadko motywowane jest chęcią odwetu za doznane krzywdy – zarówno rzeczywiste, jak i subiektywnie odczuwane.

Zdarzyło się pani odmówić przyjęcia sprawy ze względu na to, iż wyczuwała pani u klienta złe, nieetyczne intencje?

Zgodnie z zasadami etyki zawodowej same negatywne intencje klienta nie stanowią bezpośredniej podstawy do odmowy udzielenia pomocy prawnej. Rzadko zdarza się, by ktoś wszedł do kancelarii i powiedział wprost: "chcę się zemścić, proszę mi powiedzieć, co mam zrobić". zwykle klienci przychodzą z konkretnym problemem, który musimy ocenić pod kątem prawnym.

Gdzie adekwatnie kończy się walka o swoje, a zaczyna uporczywe nękanie i chęć zemsty? Jak pani to rozróżnia, chociażby w sprawach o alimenty? Kiedy jest to realna walka o pieniądze, które matka powinna otrzymać na dziecko, a kiedy działanie wymierzone bezpośrednio w drugiego człowieka?

To zawsze kwestia indywidualnego przypadku. Pamiętam jednak sytuacje jeszcze z czasów mojej pracy w sądzie, gdy matka wnosiła o podwyższenie alimentów, a ojciec niemal automatycznie – o ich obniżenie. Gdy tylko kończyła się jedna sprawa, inicjowali kolejną. Trudno było znaleźć uzasadnienie dla tak notorycznego wytaczania powództw, skoro sytuacja życiowa stron w ogóle się nie zmieniała. Takie cykle postępowań potrafiły trwać latami – i zwykle tak właśnie było.

W takich, choć skrajnych, przypadkach chęć odwetu jest wyraźnie widoczna. Rolą pełnomocnika jest niedopuszczenie do tego, by klient – mówiąc potocznie – "wyżywał się" w toku postępowania. Musimy pomóc mu opanować emocje i wyjaśnić obowiązujące zasady: co jest prawnie możliwe, a co nie.

Oczywiście nie mamy wpływu na to, czy klient zaakceptuje to emocjonalnie i weźmie nasze rady do serca, ale naszym obowiązkiem jest rzetelne doradztwo. Powinniśmy uświadamiać, iż działania motywowane wyłącznie emocjami często nie przynoszą żadnej realnej korzyści.

Co na sali rozpraw panią najbardziej zaskoczyło?


Nie wszystko, co trafia do kancelarii, znajduje swój finał na sali rozpraw. jeżeli jednak mówimy o celowym „dokuczaniu” drugiej stronie, można zaobserwować pewne powtarzające się tendencje.

Pomijając moralny wymiar takiego zachowania, dostrzegam w nim jeszcze jedno poważne zagrożenie, o którym klienci często nie myślą. Fałszywe oskarżenia uderzają bowiem rykoszetem w osoby, które rzeczywiście padły ofiarą takich przestępstw.

Posługując się hipotetycznym przykładem: jeżeli na dziesięć oskarżeń dziewięć okaże się nieprawdziwych, to ta jedna osoba, która faktycznie doświadczyła krzywdy, może zostać odebrana zupełnie inaczej. Jej wiarygodność drastycznie spada przez falę kłamstw pojawiających się w innych sprawach.

Miałam kiedyś dość specyficzną sytuację: klientka tak bardzo chciała oskarżyć małżonka o znęcanie się, iż wskazała konkretną datę pobicia i przedstawiła choćby obdukcję. Zagalopowała się jednak w tych kłamstwach na tyle, iż zapomniała o jednym istotnym fakcie – jej mąż przebywał w tym czasie za granicą. Składając fałszywe zeznania, naraziła się tym samym na realną odpowiedzialność karną.

Właśnie dlatego zdecydowałam się do pani zadzwonić. Widziałam ostatnio post dziewczyny, która nie może pogodzić się z rozstaniem i szuka sposobów na "bezpieczną, legalną zemstę". Pomyślałam, iż chciałabym o tym porozmawiać właśnie z prawnikiem.

Nie powiedziałabym, iż istnieje coś takiego jak "bezpieczna, legalna zemsta". Sama natura zemsty jest z założenia negatywna. Rozumiem to w ten sposób, iż dana osoba chciałaby wykorzystać wszelkie dostępne środki prawne po to, by komuś dokuczyć – adekwatnie bez istotnego powodu. Rozpad związku jest przecież czymś, co się zdarza; nie jest to sytuacja wyjątkowa.

Pytanie brzmi: jaki jest cel takiego działania? To raczej kwestia dla psychologa, ale z mojej perspektywy nie jest to dobre rozwiązanie choćby dla osoby, która taką zemstę planuje.

Oczywiście teoretycznie można podjąć pewne kroki – na przykład, jeżeli ktoś prowadzi działalność gospodarczą, zawiadomić odpowiednie organy o rzekomo "podejrzanych" transakcjach albo doprowadzić do wszczęcia różnego rodzaju kontroli.

Możliwości więc istnieją, ale pojawia się pytanie o zasadność i sens takich działań. W praktyce ktoś traci własną energię, czas i zasoby wyłącznie po to, by bez potrzeby zaszkodzić drugiej osobie.

Metody zemsty się zmieniają? Kiedyś na kartce papieru pisało się donosy do urzędu skarbowego. A jak to wygląda dzisiaj?

Niestety wiele takich zachowań przeniosło się w tej chwili do internetu. Szczególnie w dobie AI możliwości są ogromne. Wystarczy stworzyć deepfake, wykorzystując czyjś wizerunek, aby nagrać kompromitujący film i wyrządzić realną krzywdę drugiej osobie.

Często zdarza się też zakładanie fałszywych kont na portalach społecznościowych przy użyciu zdjęć byłego partnera lub partnerki, które wciąż przechowujemy w telefonie – przecież po rozstaniu nie kasujemy wszystkiego od razu. Wszystkie te działania mają na celu oczernienie drugiej osoby.

Zdarza się również wysyłanie do pracodawcy – kiedyś były to listy, dziś raczej e-maile – informacji o tym, jak rzekomo zachowuje się dany pracownik w domu. Takie zachowania przede wszystkim odbijają się na tym, kto je podejmuje, ale głównym celem pozostaje dokuczenie byłemu partnerowi.

Oczywiście za publiczne zniesławianie i rozpowszechnianie fałszywych informacji grozi odpowiedzialność prawna, jednak wielu osób to nie powstrzymuje. Nie powstrzymuje ich też przed włamaniem do telefonu partnera. Ludzie często nie zdają sobie sprawy, iż w telefonie przechowujemy nie tylko prywatne zdjęcia, ale też dane firmowe czy dostęp do bankowości. Nieuprawniony wgląd w takie informacje może oznaczać naruszenie tajemnicy skarbowej i jest przestępstwem.

Jako prawnicy możemy wskazać klientowi konkretne zarzuty i konsekwencje, jakie groziłyby drugiej stronie.

Prawda jest jednak taka, iż w bliskich relacjach wiele osób finalnie nie ponosi kary. Często słyszę od klientów: "Nie zgłoszę tego, bo to przecież matka mojego dziecka. Co by się stało, gdyby trafiła do więzienia?'".

A to prowadzi do sytuacji, w której sprawca nie ponosi absolutnie żadnych konsekwencji za swoje zachowania.

Czy prawo nadąża za sztuczną inteligencją i tym, co dzieje się w tej chwili w internecie?


Istnieją przepisy, które zapewniają ochronę w takich sytuacjach. Problem polega jednak na tym, iż dziś niemal każdy czuje się dziennikarzem i uważa, iż może bezkarnie publikować dowolne treści.

To tak nie działa. Odpowiedzialność ponosimy choćby za samo udostępnianie – tak zwane share’owanie – linków na swoich profilach, jeżeli w ten sposób pomawiamy kogoś, zniesławiamy lub bezpodstawnie nazywamy przestępcą.

W przypadku deepfake’ów największym wyzwaniem jest ich wykrycie. Żyjemy w zalewie nieprawdziwych informacji, więc duża część naszej pracy polega na żmudnym odsiewaniu fałszu od prawdy. Musimy ustalać, czy dane zdarzenie faktycznie miało miejsce, czy materiał został stworzony przez człowieka lub sztuczną inteligencję.

Można powiedzieć, iż prawo nadąża za tymi zmianami głównie dzięki praktyce. Przepisy nie muszą zmieniać się za każdym razem, gdy powstaje nowa technologia utrwalania treści. Istnieją ramy prawne, które pozwalają uwzględnić nowo ukształtowane formy przekazu w postępowaniu, choć ich ostateczna ocena zawsze należy do sądu.

Dalsza część wywiadu poniżej


A czy zdarza się, iż komuś przypomina się krzywda sprzed lat i chce się zemścić po długim czasie?


Nie spotkałam się z tym. Musiałby wystąpić jakiś konkretny bodziec – "trigger" – który po takim czasie przywołałby te wspomnienia. Zdarza się to jednak bardzo rzadko.

W sprawach rozwodowych funkcjonuje takie powiedzenie: jeżeli chcesz naprawdę poznać swojego męża lub żonę, musisz się z tą osobą rozwieść. Dopiero wtedy okazuje się, z kim tak naprawdę się związałeś. Podczas rozstania wypływa mnóstwo historii i nagle dowiadujemy się o sobie nawzajem rzeczy, o których wcześniej nie mieliśmy pojęcia.

A kto częściej pała żądzą zemsty? Kobiety czy mężczyźni?


To dość niefortunne pytanie, ponieważ nie dysponujemy żadnymi statystykami w tym zakresie. Powiedziałabym, iż płeć ma tu znacznie mniejsze znaczenie niż osobowość, temperament czy dotychczasowe doświadczenia życiowe. Najłatwiej byłoby ulec stereotypowi i wskazać kobiety, ale rzeczywistość wygląda inaczej.

Wszystko zależy od indywidualnych emocji i tego, u kogo w danym momencie pojawia się tak silne spiętrzenie uczuć, iż rodzi potrzebę dokuczenia partnerowi lub partnerce.

Czy zdarza się, iż przychodzi do pani osoba z nieograniczonymi zasobami finansowymi i deklaruje, iż pieniądze nie grają roli? Ktoś, kto wręcz żąda konkretnego działania, bo jest gotów zapłacić każdą cenę?

Zakładam, iż takie sytuacje mają miejsce, choć w mojej praktyce osobiście się z nimi nie spotkałam. Pytanie jednak brzmi: czego konkretnie można w takiej sytuacji oczekiwać od nas?

Zazwyczaj klienci szukają profesjonalnej pomocy prawnej i merytorycznego wsparcia. Raczej nie traktują prawników jako narzędzi do realizacji prywatnych celów, choć oczywiście trudno jednoznacznie stwierdzić, co siedzi w głowie każdego człowieka.

Z moich obserwacji wynika, iż ludzie trafiają do kancelarii najczęściej wtedy, gdy już "nabroją" i przekroczą pewne granice.

Ile adekwatnie kosztuje zemsta i czy gra jest warta świeczki? Czy zdarza się, iż ktoś chce się zemścić za drobiazg, a wydaje setki tysięcy złotych na koszty sądowe?

Uważam, iż najwyższym kosztem dla takiej osoby nie są pieniądze, ale koszty emocjonalne, o których zwykle się nie myśli. Wydatki finansowe na pomoc prawną są oczywiście zmienne, ale to właśnie koszty emocjonalne są tymi, których absolutnie nigdy nie odzyskamy. Tego nie da się "odrobić".

Pieniądze zawsze można zarobić ponownie, ale spokoju i czasu poświęconego na negatywne emocje – już nie.

Co po sprawie mówią klienci? Czy po zakończeniu sprawy czują realną ulgę, czy może raczej pustkę?


Trudno udzielić jednoznacznej odpowiedzi. Sam fakt, iż ktoś kieruje się chęcią dokuczenia drugiej osobie, nie oznacza jeszcze, iż mu się to uda – ramy prawne nie zawsze na to pozwalają. My jako pełnomocnicy działamy wyłącznie w granicach prawa.

Mój świętej pamięci wujek zawsze powtarzał, iż łatwiej przewidzieć wyrok Sądu Ostatecznego niż wyrok sądu polskiego. To powiedzenie trafnie oddaje rzeczywistość, w której funkcjonujemy – bywa przecież, iż orzeczenie jest kompletnym zaskoczeniem dla obu stron sporu.

A czy można zemścić się na kimś po śmierci? W filmach popularny jest motyw, w którym ostatnia wola staje się bolesnym zaskoczeniem dla rodziny. Czy polskie prawo dopuszcza taki pośmiertny "odwet"?

W naszym systemie prawnym istnieją oczywiście przepisy pozwalające na wydziedziczenie, jednak wbrew pozorom nie jest to prosta procedura. Klasyczna zemsta spadkowa w polskim prawie raczej nie funkcjonuje, choć próby jej dokonania się zdarzają.

Przytoczę może nieco absurdalny, ale obrazowy przykład dotyczący darowizny. Miałam przypadek, w którym babcia postanowiła odwołać darowiznę mieszkania, a sprawa trafiła do sądu. Według niej "rażącą niewdzięcznością" wnuczka był fakt, iż postanowił ożenić się z inną kobietą niż ta, którą ona dla niego wybrała. Babcia uznała, iż skoro przekazała mu nieruchomość, wnuczek powinien teraz robić wszystko zgodnie z jej wolą.

Oczywiście babcia subiektywnie czuła się skrzywdzona, co z ludzkiego punktu widzenia jest zrozumiałe. Jednak w świetle prawa nie był to żaden powód do odwołania darowizny. Sprawę finalnie przegrała i nie odzyskała mieszkania, przez co jej poczucie krzywdy prawdopodobnie jeszcze się pogłębiło – nie dość, iż "zawiódł" ją wnuczek, to jeszcze system wymiaru sprawiedliwości nie stanął po jej stronie.

To pokazuje, jak skomplikowane bywają sytuacje, w których prawo styka się z silnymi, osobistymi emocjami.

Idź do oryginalnego materiału