6 maja 1986 roku, tuż przed 20:00 w okolicach dzisiejszego Auchan, przy ulicy Jasinieckiej na ziemię runął samolot. Po 40 latach wracamy do historii o awarii i katastrofie samolotu SP-ZCE PZL-106 „Kruk”, która była przedmiotem śledztwa bydgoskiej milicji, prokuratury i komisji badania wypadków lotniczych.
Źródłem informacji i zdjęć są: Akta prokuratora w sprawie katastrofy lotniczej mającej miejsce dnia 06-05-1986 r. w okolicy ul. Fordońskiej w Bydgoszczy, w wyniku której zniszczeniu uległ samolot „Kruk”, tj. przestępstwa z art. 136 § 2 k.k., dostępne w zasobie bydgoskiej delegatury IPN – Prokuratura Rejonowa dla Miasta Bydgoszczy 1985-1995, IPN By 283/1 oraz artykuł „Biały „Kruk” nie doleciał do Osielska z „Dziennika Wieczornego” z dnia 9 maja 1986 roku, dostępnego w Pracowni Regionalnej Wojewódzkiej i Miejskiej Biblioteki Publicznej w Bydgoszczy.
6 maja 1986 roku było pogodnie i sucho. Były to niestety dobre warunki do pojawienia się pożarów – od dłuższego czasu nie padał deszcz, a wojewoda bydgoski szykował się do wprowadzenia zakazu wstępu do lasu (nastąpiło to dwa dni po opisywanym zdarzeniu). Strażakom z pomocą przychodziły samoloty zrzucające wodę na objęte ogniem drzewa. Jednym z nich był PZL-106 „Kruk” z rejestracją SP-ZCE, wyprodukowany rok wcześniej w wytwórni na warszawskim Okęciu. Tego dnia pilot samolotu wykonywał rutynowe loty w ramach akcji przeciwpożarowej. Do każdego z nich zabierał ładunek 700 litrów wody.

Pierwszy egzemplarz samolotu PZL-106 BS „Kruk” (SP-PKW), fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe/Archiwum fotograficzne Lecha Zielaskowskiego
Jak doszło do wypadku?
11:40
Pilot „Kruka” rozpoczyna pracę. Z akt dowiadujemy się, iż mechanicy sprawdzili stan techniczny samolotu SP-ZCE. Następnie lotnik wykonuje lot patrolowy oraz dwie wyprawy gaśnicze. Po tankowaniu rusza w patrol, podczas którego ponownie wspomaga strażaków. Było to ostatnie uzupełnienie paliwa; do „Kruka” wlano ponad 400 litrów niezbędnej do latania cieczy.
18:15
O tej godzinie pilot „Kruka” rozpoczął kolejny tego dnia lot. Wystartował z bazy w Toruniu i udał się nad Unisław, a potem nad Koronowo, Mroczę i Szubin. – Do okolic Szubina lot przebiegał po zamierzonej trasie. Następnie pilot udał się w kierunku Mogilna, gdzie podobno palił się las – czytamy w aktach prokuratorskiego śledztwa. Stwierdziwszy brak ognia, postanowił wrócić na zaplanowaną trasę.
CZYTAJ RÓWNIEŻ: Teren B. 50 lat temu Telfa otworzyła zakład na Brdyujściu
Znajdując się przed Bydgoszczą, pilot SP-ZCE otrzymał informację o pożarze lasu w rejonie Osielska. Postanowił polecieć tam z pomocą. – W czasie przelatywania w pobliżu zakładów rowerowych Romet stwierdził, iż silnik zaczyna przerywać pracę – traci obroty i moc. Pilot podjął próby podtrzymania pracy silnika awaryjną pompą paliwową. Nie dało to jednak rezultatu i podjął decyzję o lądowaniu na pobliskiej łące – czytamy w dokumentacji znajdującej się w archiwach IPN. Sam lotnik określił usterkę jako „strzelanie w gaźnik”.
19:30
Podczas dolotu do łąki „Kruk” tracił prędkość i wysokość, w końcu zahaczył o korony drzew. Działo się to w rejonie skrzyżowania Fordońskiej z Jasiniecką, przy przystanku kolejowym Bydgoszcz Brdyujście. Samolot lotem nurkowym uderzył w ziemię.
20:00
O tej godzinie na miejsce udała się milicja. Relacjonujący to funkcjonariusz w notatce urzędowej podkreślił, iż do katastrofy doszło w odległości 60 metrów od ulicy Jasinieckiej i pięciu metrów od torów linii kolejowej Bydgoszcz – Chełmża. Ustalił też świadków, których relacje prezentujemy poniżej.
„Ten diabeł spadnie na nas” – relacje świadków bydgoskiej katastrofy
Pan Jerzy: Ok. 19:15 rwałem trawę dla nutrii przy ulicy Jasinieckiej. W pewnym momencie usłyszałem odgłos lecącego samolotu, z tym iż silnik nierówno pracował, po prostu przerywał. Było słychać, iż leci na niskiej odległości. (…) Spadł ten samolot w odległości 30 metrów ode mnie z tym, iż jak uderzył o ziemię, to odwróciło całym samolotem o 180 stopni. Zauważyłem, iż pilot rusza się w kabinie, w związku z czym podbiegłem do samolotu, aby mu pomóc. Pilot w tym czasie (…) otwierał jej drzwi. Spytałem się, czy nic mu się nie stało – odpowiedział, iż nie, tylko iż skaleczył sobie głowę (…). Pilot dalej siedział w kabinie. (…)
Po chwili przejeżdżał pociąg, a ponieważ na torach leżały kawałki blachy, to wspólnie z innymi ludźmi zdjęliśmy te części z nasypu i pociąg pojechał dalej. Po około pięciu minutach przyjechało pogotowie i zabrało pilota.
Pan Norbert: Zauważyłem też, iż zaiskrzył przewód linii wysokiego napięcia, która przebiega w miejscu upadku samolotu. (…) Gdy przybiegłem do niego, to było już na miejscu sporo ludzi. (…) Zauważyłem, iż [pilot] miał obrażenia głowy, ponieważ z jej tylnej części wyciekała krew. Pilot powiedział, iż w kabinie jest apteczka. Opatrunkiem z niej opatrzono ranę głowy.
- Jak powstawał Nowy Fordon. Niezwykła historia i wiele archiwalnych zdjęć [przeczytaj publikację]
Pan Stanisław: Ok. godziny 19:55 usłyszałem od ulicy Fordońskiej dziwny, przerywany warkot silnika samolotu, który sprawiał wrażenie jakby to był helikopter. W tym momencie kolega wyraził się: „ten diabeł spadnie na nas”. (…) Głośnego huku upadku na ziemię nie było słychać, gdyż był to trzask jakby blachy. Jak już pikował, to nie było słychać pracy silnika. (…) W ziemi była wyrwa. Prawe skrzydło było wyrwane i leżało na torze kolejowym: następnie je przeniosłem. Skrzydłem tym chyba zahaczył o słup trakcji kolejowej.
Drugi pan Stanisław: W tym momencie kolega powiedział, iż „spadnie nam na głowę”.
Pan Andrzej: Po chwili wyraziłem się do kolegów „uważaj, bo na nas wyląduje”, myśląc, iż to leci helikopter. (…) Według mnie samolot zahaczył o drzewa, niewykluczone, iż przed uderzeniem o nie mógł mieć jakąś awarię.
Pan Henryk: [Pilotowi] krwawiła głowa od uderzenia w lampkę. Z zachowania pilota wyglądało, iż znajdował się w szoku.
Pani Władysława: Wydawało się, iż samolot uderzy w budynek, w który mieszkam, jednak pilot w ostatniej chwili wykręcił go i skierował się w stronę kępy drzew pomiędzy ul. Jasiniecką a torami kolejowymi. Zaczęłam głośno krzyczeć, aby ostrzec dzieci bawiące się pomiędzy drzewami.
Jak widać, wersje świadków były spójne, choć w detalach różniły się ze sobą.
Katastrofa lotnicza w Bydgoszczy sprzed 40 lat. Przesłuchanie pilota
23:50
O tej godzinie przesłuchano pilota „Kruka”. Miał on sześcioletnie doświadczenie w tej roli. Na konkretnym modelu PZL-106 latał jednak od kwietnia. Gdy zaczął opisywać wypadek, podkreślił, iż gdy metoda z wykorzystaniem awaryjnej pompy paliwa nie pomogła, podjął decyzję o lądowaniu awaryjnym.
– Za torami kolejowymi widziałem łąkę, na której mogłem wylądować, jednak ze względu na źle pracujący silnik i zbyt dużą odległość od łąki, uderzyłem w kępę drzew przed tą łąką. Następnie pionowo, z obrotem o 180 stopni w kierunku lotu spadłem na ziemię. W czasie siadania na kępie drzew wyłączyłem iskrowniki i akumulator. Nie zdążyłem zamknąć dopływu paliwa. Zrobiłem to po uderzeniu w ziemię – mówił milicjantowi.
Pilot nie odniósł poważniejszych obrażeń poza raną głowy. Zdołał też powiadomić o wypadku – poprzez lotnisko wojskowe w Bydgoszczy – bazę w Toruniu.
Fordoniak od zawsze i na zawsze. Obejrzyj wywiad z Błażejem Bembnistą – autorem tekstu
Dalsze ustalenia
7 maja, 00:20
Tuż po północy pilotowi pobrano krew do badania na obecność alkoholu. Pracownia badań trzeźwości przy bydgoskim sanepidzie po czynnościach wydała następujący werdykt.

Już za dnia wiceprokurator Prokuratury Rejonowej w Bydgoszczy Jan Bednarek wszczął śledztwo w sprawie katastrofy. – Orientacyjna wysokość szkód: ok. 10 milionów złotych. Samolot był własnością Zakładu Usług Agrotechnicznych Olsztyn – oddział w Toruniu – czytamy w piśmie prokuratora Markowskiego do prokuratora wojewódzkiego. Tego dnia przeprowadzono też oględziny miejsca wypadku.
10:50
W słoneczne przedpołudnie, przy temperaturze 19 stopni, przeprowadzono szczegółowe badania terenu przy Jasinieckiej, jak i wraku SP-ZCE. Protokolant skrupulatnie notował odległości, dostrzegł też ścięte korony trzech drzew, z których spadły konary o grubości 10-15 cm. Na jednym z drzew znajdowała się część skrzydła „Kruka”. Samolot leżał w odległości ośmiu metrów od torów. W trakcie oględzin pobrano też pół litra paliwa celem dalszych badań. Jedna z hipotez przyczyn wypadku sugerowała, iż silnik statku powietrznego mógł przestać działać z uwagi na złej jakości paliwo bądź poprzez znalezienie się w nim niepożądanych substancji. Sam motor napędowy oddano do inspekcji w Kaliszu.
– Oględziny nie stwierdziły okoliczności zaprzeczających wersji pilota, a raczej ją potwierdzają. Jak wynika z liczników w kabinie, był to 418. lot samolotu, a silnik pracował łącznie 10,243 godziny – zapisał jeden z uczestników. Jak stwierdził Inspektorat Kontroli Cywilnych Statków Powietrznych, „Kruk” po wypadku był uszkodzony w 52%. Zniszczone były m.in. prawe skrzydło, podwozie, silnik czy śmigło.
Katastrofa białego „Kruka” 6 maja 1986 roku. Werdykt komisji
25 lipca śledztwo zostało zawieszone z uwagi na oczekiwanie na ekspertyzę Inspektoratu Kontroli. Tę wydano w listopadzie 1986 roku. Okręgowa Komisja Badania Wypadków Lotniczych uznała, iż przyczyną wypadku było przekroczenie przepisów wykonywania lotów – lot bez wystarczającego zapasu paliwa.
– W chwili wypadku na pokładzie samolotu znajdowało się 41,87 l paliwa – stwierdziła komisja, choć z dalszych stron dokumentu wynika, iż w zbiorniku lewego skrzydła było aż 80 litrów paliwa. Z notatek prokuratorskich, przechowywanych w bydgoskiej delegaturze IPN wynika, iż śledczy mieli też inne wątpliwości i pytania, m.in. przy jakim stanie paliwa silnik przerywa pracę, od czego mogło powstać zapowietrzenie układu paliwowego i dlaczego – o tym więcej poniżej – silnik przestał działać mimo iż do pustego baku było jeszcze daleko.
Stwierdzono też, iż siedzący za sterami „Kruka” często kończył loty z minimalną ilością benzyny (nawet poniżej 10 litrów). Interesujący jest jednak fakt, iż wrak samolotu, mimo zabezpieczenia miejsca wypadku przez milicję, przez dwa dni został rozkradziony. „Zniknął” m.in. akumulator czy woltoamperomierz. O tym, iż samolot padł ofiarą złodziei alarmował „Dziennik Wieczorny” – jedyna bydgoska gazeta, która podała informacje o tej katastrofie. – Byliśmy na miejscu wypadku, które naszym zdaniem nie jest zabezpieczone przed postronnymi osobami. A przecież nie jest gotowa ekspertyza techniczna – czytamy w tekście z 9 maja.
Wracając do kwestii paliwa – komisja ustaliła, iż kierownik bazy w Toruniu pytał lotnika, czy ma jego wystarczającą ilość. – Pilot przed zderzeniem z ziemią nie zrzucił ładunku wody. Do lotu po trasie T-2, tj. lotu zakończonego wypadkiem, pilot wystartował z ilością paliwa wystarczającą jedynie na wykonanie patrolu po trasie, bez żadnej zmiany tej trasy /rozszerzenia/ i bez gaszenia pożarów, aby zakończyć ją z zapasem wystarczającym na 45 min. lotu zgodnie z wymaganiami przepisów – czytamy w archiwach IPN.
– W czasie całego lotu pilot nie kontrolował pozostałej ilości paliwa z upływającym czasem lotu, opierając się przypuszczalnie jedynie na wskazaniach paliwomierzy – uznała komisja. Tuż po wypadku zeznał bowiem, iż w okolicach Bydgoszczy miał jeszcze ok. 200 litrów paliwa. Biegli stwierdzili natomiast, iż w czasie, gdy samolot przelatywał nad wschodnim skrajami Bydgoszczy, silnik zaczął przerywać z wyraźnymi objawami braku paliwa.
– Pilot nie zrzucił ładunku wody, przypuszczając zapewne, iż opanuje sytuację pompą awaryjną bądź ewentualnie zmianą położenia zaworu trójpołożeniowego. Zapowietrzenie układu paliwowego było przypuszczalnie tak duże, iż silnik nie kontynuował pracy i zatrzymał się – stwierdziła komisja. Pilot utracił uprawnienia na pół roku, a ich odzyskanie zależało od wyników ponownych egzaminów.
Postępowanie w sprawie wypadku „Kruka” zostało umorzone na początku 1987 roku. Jak uzasadniła prokuratura, nie było dowodów popełnienia przestępstwa. – Biorąc pod uwagę drgania wskaźnika paliwomierza pilot mógł sądzić, iż ma go na ok. 40 minut, a jest to właśnie tzw. wartość rezerwowa. Oznacza to, iż pilot ma prawo podjąć decyzję o wykonaniu dodatkowego zadania o ile ma w zbiorniku paliwo na około 40-45 minut lotu. Dlatego też nie można stwierdzić, aby pilot podjął decyzję o locie do Osielska mając zbyt mało paliwa. Przyczyną wypadku mogło być zapowietrzenie silnika, na skutek przelania się całej ilości paliwa do jednego ze zbiorników podczas gdy jego pobór następował akurat z drugiego zbiornika – podkreślił wiceprokurator Bednarek.
Śledczy stwierdzili także, iż lotnik „działał w interesie społecznym zmieniając trasę lotu i udając się w kierunku pożaru”. – Było to jego dodatkowe zadanie. Biorąc pod uwagę wszystkie wymienione okoliczności nie można jednoznacznie stwierdzić, aby pilot nie przewidział możliwości zaistnienia wypadku, chociaż powinien i mógł go przewidzieć. W tej sytuacji nie można zarzucić mu odpowiedzialności karnej za przedmiotowe zdarzenie. Dlatego też postępowanie umorzono – uzasadnił prokurator.


2 dni temu












English (US) ·
Polish (PL) ·
Russian (RU) ·