Wynoś się z mojego mieszkania! – powiedziała mama — Wynoś się — powiedziała mama całkiem spokojnie. Arina uśmiechnęła się drwiąco i oparła się wygodnie na krześle — była pewna, iż to do przyjaciółki zwraca się matka. — Wynoś się z mojego mieszkania! — Natalia odwróciła się do córki. — Lena, widziałaś posta? — przyjaciółka dosłownie wpadła do kuchni, nie zdejmując jeszcze płaszcza. — Arinka urodziła! Trzy czterysta, pięćdziesiąt dwa centymetry. Cały tatuś — też taki zadarty nosek. Obleciałam już wszystkie sklepy, nakupowałam kaftaników. Czemu jesteś taka przybita? — Gratulacje, Natalio. Cieszę się za was — Lena wstała, by nalać przyjaciółce herbaty. — Siadaj, płaszcz choć zdejmij. — Oj, nie mam czasu, żeby tak sobie przesiadywać — Natalia usiadła na brzegu krzesła. — Tyle spraw na głowie. Arinka taka samodzielna, wszystko załatwiła sama, własnym sumptem. Mąż to skarb, mieszkanie wzięli na kredyt, remont kończą. Dumna jestem z mojej córki. Dobrze ją wychowałam! Lena bez słowa postawiła filiżankę przed przyjaciółką. Jasne, dobrze… Gdybyś tylko wiedziała, Natalio… *** Dokładnie dwa lata temu Arina, córka Natalii, przyszła do niej bez zapowiedzi, z zapłakanymi oczami i drżącymi dłońmi. — Ciociu Leno, tylko nie mów mamie, błagam! jeżeli się dowie, dostanie zawału — wyła Arina, gniotąc mokrą chusteczkę. — Arina, uspokój się. Powiedz dokładnie, co się stało? — Lena naprawdę się wtedy przestraszyła. — Ja… w pracy… — Arina pociągnęła nosem. — Ktoś wziął kasę z torebki koleżanki. Pięćdziesiąt tysięcy. Na kamerach widać tylko mnie, jak wchodzę do pokoju, kiedy nikogo nie ma. Ale przysięgam, ciociu Leno, niczego nie ruszałam! Ale powiedzieli: albo zwracam do jutra te pieniądze, albo idą na policję. Podobno mają „świadka”, iż chowałam portfel. To podstęp, ciociu Leno! Ale kto mi uwierzy? — Pięćdziesiąt tysięcy? — Lena zmarszczyła brwi. — A czemu nie poszłaś do ojca? — Poszłam! — Arina znów wybuchła płaczem. — Powiedział, iż to moja wina, nie da mi ani złotówki! „Idź na policję, tam cię nauczą rozumu” — rzucił. Nie wpuścił mnie choćby do mieszkania, darł się przez drzwi. Nie mam już do kogo iść. Mam dwadzieścia tysięcy odłożone, brakuje mi trzydziestu. — A mama? Czemu jej nie powiesz? W końcu to twoja mama. — Nie! Mama mnie zatłucze. I tak ciągle mówi, iż przynoszę jej wstyd, a co dopiero z kradzieżą… Przecież pracuje w szkole, wszyscy ją znają. Proszę, pożycz mi trzy dychy, oddam po dwa–trzy tysiące tygodniowo. Już mam inną pracę! Proszę, ciociu Leno! Lena tak bardzo wtedy żałowała dziewczynę. Dwadzieścia lat, życie całe przed nią, a tu takie piętno. Ojciec odmówił, matka pewnie by zamęczyła… — Każdemu zdarza się pomylić — pomyślała wtedy Lena. Arina nie przestawała płakać. — Dobrze — powiedziała Lena. — Mam te pieniądze. Odkładałam na zęby, ale poczekają. Tylko obiecaj, iż to ostatni raz. I mamie nie powiem ani słowa, skoro tak bardzo prosisz. — Dziękuję! Dziękuję, ciociu Leno! Ratujesz mi życie! — Arina rzuciła się jej na szyję. W pierwszym tygodniu Arina rzeczywiście przyniosła dwa tysiące. Przyszła szczęśliwa, powiedziała, iż wszystko wyjaśnione, żadnej policji, w nowej pracy dobrze. A potem… przestała odpowiadać. Miesiąc, dwa, trzy. Lena widywała ją u Natalii na imprezach, ale Arina zachowywała się, jakby były co najwyżej znajomymi — suche „dzień dobry” i tyle. Lena nie nalegała. Myślała: — Jest młoda, wstydzi się, dlatego unika. Uznała, iż trzydzieści tysięcy to nie powód, by psuć wieloletnią przyjaźń z Natalią. Odpuściła i zapomniała. *** — W ogóle mnie słuchasz? — Natalia pomachała ręką przed twarzą Leny. — O czym rozmyślasz? — A tak, o swoich sprawach — Lena otrząsnęła się. — Słuchaj — Natalia ściszyła głos — spotkałam Ksenię, pamiętasz, nasza była sąsiadka? Wczoraj w sklepie podeszła. Dziwna jakaś. Dopytywała o Arinkę, czy oddała długi. Nie zrozumiałam, o co chodzi. Odpowiedziałam, iż Arinka jest samodzielna i wszystko zarabia sama. Ksenia tylko dziwnie uśmiechnęła się i odeszła. Nie wiesz, Arina kiedyś coś od niej pożyczała? Lena poczuła, jak w środku wszystko się napina. — Nie wiem, Natka. Może drobne jakieś. — Dobra, lecę jeszcze do apteki — powiedziała Natalia, podnosząc się, pocałowała Lenę w policzek i wyszła. Wieczorem Lena nie wytrzymała. Znalazła numer Kseni i zadzwoniła. — Ksenia, cześć, tu Lena. Pytałaś Natalkę dziś o jakieś długi? O co chodziło? W słuchawce rozległ się ciężki westchnienie. — Oj, Lenka… Myślałam, iż wiesz, ty im chyba najbliższa. Dwa lata temu Arina przyszła do mnie — roztrzęsiona, czerwona od płaczu. Opowiadała, iż ją na kradzieży przyłapali w pracy. Mówi, iż musi oddać trzydzieści tysięcy albo więzienie. Błagała, żebym mamie nic nie mówiła, ryczała. Ja głupia pożyczyłam jej te pieniądze. Miała oddać po miesiącu. Zniknęła… Lena ścisnęła telefon w ręce. — Trzydzieści tysięcy? — upewniła się. — Dokładnie tyle? — Tak. Mówiła, iż właśnie tyle jej brakuje. Oddała mi pięć stów po pół roku i przepadła. A potem się dowiedziałam od Wery z trzeciego bloku, iż do niej też z tą samą historią poszła. Wera dała jej czterdzieści tysięcy. A pani Galińska, ich była wychowawczyni, też „ratowała” Arinkę przed więzieniem. Tamta dała jej w ogóle pięćdziesiąt. — Poczekaj… — Lena opadła na kanapę. — Czyli ona wszystkim mówiła to samo? O tę samą kwotę, z tą samą historią? — Wygląda na to, iż tak — głos Kseni stwardniał. — Dziewczyna urządziła „składkę” wśród maminych przyjaciółek. Każdej po trzydzieści—czterdzieści tysięcy. Historię o kradzieży wymyśliła i grała na litości. Przecież wszystkie lubimy Natalię, nie chciałyśmy jej martwić. A Arina te pieniądze przepuściła. Miesiąc później zdjęcia znad morza na Facebooku… — Ja jej też dałam trzydzieści tysięcy — powiedziała cicho Lena. — No widzisz — westchnęła Ksenia krótko. — To już nas z pięć czy sześć. To już nie młodzieńczy błąd, Lena, to zwyczajne oszustwo. Natalia nie ma pojęcia. Chodzi i chwali się córką, a ta — złodziejka! Lena odłożyła słuchawkę. W uszach szumiało. Nie chodziło jej już o pieniądze — pożegnała się z nimi dawno temu. Rozpierał ją wstręt do tego, jak z zimną krwią i cynizmem dwudziestoletnia dziewczyna naciągnęła dorosłe kobiety, wykorzystując ich zaufanie. *** Następnego dnia Lena poszła do Natalii. Nie chciała awantury. Chciała tylko spojrzeć Arinie w oczy. Akurat wróciła ze szpitala i póki w nowym mieszkaniu trwał remont, tymczasowo mieszkała u matki. — O, ciocia Lena! — Arina przywitała się wymuszenie, widząc ją w drzwiach. — Zapraszam na herbatę! Natalia krzątała się przy kuchence. — O, Lenka, siadaj. Czemu nie zadzwoniłaś? Lena usiadła naprzeciwko Ariny. — Arina — zaczęła spokojnie. — Spotkałam ostatnio Ksenię. I Werę. I panią Galińską. Założyłyśmy wczoraj wieczorem Klub „uratowanych od więzienia”. Arina znieruchomiała, pobladła, rzuciła szybkie spojrzenie na matkę. — O czym ty mówisz, Leno? — Natalia się odwróciła. — Arina wie, o czym mówię — Lena nie spuszczała wzroku z dziewczyny. — Pamiętasz tę niefajną historię sprzed dwóch lat? Kiedy prosiłaś mnie o trzydzieści tysięcy? Ksenię – o trzydzieści. Werę – o czterdzieści. Panią Galińską – o pięćdziesiąt. Każda z nas cię ratowała przed więzieniem. Każda myślała, iż jest jedyną, która wie o twoim sekrecie. Ręka Natalii z dzbankiem zadrżała, wrzątek syknął na kuchence. — Jakie pięćdziesiąt tysięcy? — Natalia powoli odstawiła czajnik. — Arina? O czym ona mówi? Pożyczałaś pieniądze od moich przyjaciółek?! choćby od pani Galińskiej?! — Mamo… to nie tak… ja… wszystko oddałam… prawie… — Niczego nie oddałaś, Arina — ucięła Lena. — Przyniosłaś mi dwa tysiące na pokaz i zniknęłaś. Po prostu zebrałaś od nas ponad dwieście tysięcy na wymyśloną historię. Milczałyśmy, bo cię żałowałyśmy. Ale wczoraj zrozumiałam, iż bardziej powinnyśmy żałować siebie. — Arina, popatrz na mnie! Wyłudziłaś pieniądze od moich przyjaciółek?! Wymyśliłaś kradzież, żeby okraść tych, co u mnie piją herbatę?! — Mamo, bardzo potrzebowałam pieniędzy na start! — wrzasnęła Arina. — W ogóle mi nie pomagaliście! Ojciec choćby grosza nie dołożył, a ja musiałam zacząć swoje życie! Co w tym złego? Oni i tak mają kasę, nie wzięłam im ostatniego grosza! Lena poczuła obrzydzenie. Tak to wygląda… — Wszystko jasne. Przepraszam, Natalio, iż to teraz wyciągnęłam, ale nie zamierzam dalej tego tuszować. Nie zamierzam więcej pozwalać się naciągać i oszukiwać. Stałyśmy się dla niej głupimi naiwnymi! Natalia stała przy stole, jej ramiona drżały. — Wynoś się — powiedziała zupełnie spokojnie. Arina uśmiechnęła się lekceważąco i oparła oparcie krzesła — była pewna, iż to do Leny. — Wynoś się z mojego mieszkania! — Natalia odwróciła się do córki. — Spakuj się natychmiast i idź do męża. Nie chcę cię tu widzieć! Arina zbladła. — Mamo, mam dziecko! Nie wolno mi się denerwować! — Nie masz matki, Arina. Matkę miała ta dziewczyna, którą uważałam za uczciwą. Ty jesteś złodziejką. Pani Galińska… Boże, ona codziennie dzwoniła, pytała o was, a ani słowa mi nie powiedziała… Jak ja jej teraz spojrzę w oczy? Arina chwyciła torbę, rzuciła ręcznikiem o podłogę. — Udławcie się tymi pieniędzmi! — wrzasnęła. — Stare malwy! Obie się wypchajcie! Wpadła do pokoju, chwyciła nosidełko z dzieckiem i wyleciała z mieszkania. Natalia opadła na krzesło, zakrywając twarz dłońmi. Lena poczuła wstyd. — Przepraszam, Natalio… — Nie, Lena… To ja przepraszam ciebie. Za to, iż wychowałam taką… oszustkę. Naprawdę wierzyłam, iż sama się dorobiła, a ona… Boże, co za wstyd… Lena pogłaskała przyjaciółkę po ramieniu, a Natalia rozpłakała się. *** Po tygodniu mąż Ariny, blady i poszarzały, odwiedził wszystkie „wierzycielki”, przepraszał bez podnoszenia wzroku. Obiecał, iż oddadzą wszystko. I rzeczywiście, zaczęły się przelewy — pięćdziesiąt tysięcy za córkę oddała pani Galińska, resztę Natalia. Lena nie miała wyrzutów sumienia. Oszustka na taką nauczkę zasłużyła. Prawda?

18 godzin temu

Wynoś się z mojego mieszkania! powiedziała matka

Wynoś się powiedziała całkiem spokojnie Zofia, matka.

Weronika tylko się uśmiechnęła i rozparła wygodnie na krześle była przekonana, iż matka kieruje te słowa do jej przyjaciółki.

Wynoś się z mojego mieszkania! Zofia odwróciła się do córki.

Ela, widziałaś zdjęcie? przyjaciółka wpadła do kuchni jak burza, nie zdejmując jeszcze płaszcza. Wera urodziła! Trzy czterysta wagi, pięćdziesiąt dwa centymetry.

Cała jak ojciec ten sam pyzaty nos. Już obleciałam wszystkie sklepy, nakupiłam ubranek. Dlaczego jesteś taka przygnębiona?

Gratuluję, Zosiu. Cieszę się waszym szczęściem Ela wstała, żeby nalać przyjaciółce herbaty. Siadaj, płaszcz zdejmij, odpocznij chwilę.

Oj, nie mam czasu w siedzenie Zofia przysiadła tylko na krawędzi krzesła. Tyle roboty, tyle spraw. Werka taka dzielna, wszystko sama, na własnych plecach.

Mąż to złoty człowiek, ich mieszkanie teraz na kredyt kupili, remont kończą. Dumna jestem z mojej dziewczyny. Dobrze ją wychowałam!

Ela postawiła przed nią filiżankę. No tak, świetnie wychowana Gdyby tylko Zosia wiedziała…

***

Dokładnie dwa lata temu Weronika, córka Zofii, przyszła do Eli bez wcześniejszego uprzedzenia, z opuchniętymi od płaczu oczami i rękami, które widocznie się trzęsły.

Ciociu Elu, tylko błagam, nie mów mojej mamie. Proszę! Jej serce by tego nie wytrzymało, jeżeli się dowie łkała Weronika, miotając w dłoniach zmięty, mokry chusteczkę.

Werka, uspokój się, powiedz mi dokładnie co się stało Ela naprawdę się wtedy wystraszyła.

Ja… w pracy… Weronika szlochała. Zniknęły pieniądze z torebki koleżanki. Pięćdziesiąt tysięcy złotych.

A kamery zarejestrowały, iż weszłam do pokoju, jak nikogo tam nie było. Przysięgam ciociu, iż niczego nie wzięłam!

Ale mówią, iż muszę oddać pięćdziesiąt tysięcy do południa, albo zgłaszają sprawę na policję.

Mają „świadka”, co rzekomo widział, jak chowam portfel.

To cała podpucha, ciociu Elm! Ale kto mi uwierzy?

Pięćdziesiąt tysięcy? Ela zmarszczyła brwi. A czemu do ojca nie poszłaś?

Byłam! Weronika znowu zaczęła szlochać. Powiedział, iż sama sobie winna, nie da mi ani grosza, skoro jestem taka nieudolna.

Powiedział: „Idź na policję, niech nauczą cię życia”.

Nawet mnie do mieszkania nie wpuścił, krzyczał przez drzwi.

Ciociu Elu, nie mam już do kogo pójść. Mam dwadzieścia tysięcy, które uzbierałam. Brakuje mi trzydziestu.

A Zofia? Dlaczego jej nie powiesz? To przecież twoja matka.

Nie! Mama mnie zje żywcem. Zawsze mi mówi, iż się jej wstydzi, a teraz jeszcze… kradzież

Pracuje w szkole, wszyscy ją znają.

Proszę, pożycz mi te trzydzieści tysięcy, dobrze? Obiecuję oddawać po dwa, trzy tysiące tygodniowo, już mam inną pracę!

Proszę, ciociu Elu!

Ela zrobiła się miękka z żalu nad tą młodą dziewczyną. Dwudziestoletnia, życie przed nią, a tu taki wstyd.

Ojciec odmówił, matka by naprawdę głowę jej ukręciła

Kto w życiu nie popełnia błędów? pomyślała Ela.

Weronika płakała nieprzerwanie.

No dobrze powiedziała. Mam te pieniądze. Odkładałam na leczenie zębów, ale zęby mogą zaczekać.

Tylko obiecaj, iż to pierwszy i ostatni raz. I matce twojej ani słowa. Skoro tak się boisz.

Dziękuję! Dziękuję, ciociu Elu! Uratowała mi pani życie! Weronika rzuciła się jej na szyję.

W pierwszym tygodniu Weronika naprawdę przyniosła dwa tysiące. Przyszła uśmiechnięta, wszystko załatwione, sprawy z policją nie było, na nowej pracy wszystko dobrze.

A potem po prostu przestała się odzywać. Miesiąc, dwa, trzy. Ela widywała ją na urodzinach u Zofii, ale Werka zachowywała się jak obca zimne „dzień dobry” i nic więcej.

Ela nie nalegała. Myślała sobie:

Młoda jest, pewnie jej wstyd, dlatego ucieka.

Uznała, iż trzydzieści tysięcy złotych to nie jest cena, by niszczyć długoletnią przyjaźń z Zofią. Spisała dług na straty, zapomniała.

***

W ogóle mnie słyszysz? Zofia pomachała Elinie ręką przed oczami. O czym tak myślisz?

Tak tylko… Ela potrząsnęła głową. O swoich sprawach.

Słuchaj Zofia ściszyła głos. Spotkałam ostatnio Kasię, pamiętasz, naszą byłą sąsiadkę? Podeszła wczoraj do mnie w sklepie. Dziwnie się zachowywała.

Zaczęła mnie wypytywać o Werkę, czy jej oddała pożyczkę. Nie wiedziałam, o co chodzi.

Powiedziałam jej, iż Weronika radzi sobie sama, zarabia, jest samodzielna. A Kasia tylko zrobiła dziwną minę i odeszła.

Nie wiesz może, czy Werka kiedyś coś od niej pożyczała?

Ela poczuła, jak ściska się jej żołądek.

Nie wiem, Zosiu. Może grosze jakieś.

Dobra, lecę już. Muszę jeszcze zajrzeć do apteki Zofia wstała, ucałowała Elę w policzek i zniknęła.

Wieczorem Ela nie wytrzymała. Odszukała numer Kasi i zadzwoniła.

Kasia, cześć! Tu Ela. Słuchaj, widziałaś się dziś z Zofią? O co pytałaś z tym długiem?

W słuchawce zaległa ciężka cisza.

O Boże, Ela Myślałam, iż wiesz. Przecież wy jesteście z nimi najbliżej.

Dwa lata temu Weronika przyszła do mnie z płaczem, cała roztrzęsiona. Mówiła, iż ją w pracy o kradzież posądzili.

Powiedziała, iż musi oddać trzydzieści tysięcy, inaczej pójdzie do więzienia. Błagała, żeby nie mówić matce. Dałam jej kasę, obiecała oddać za miesiąc. I zniknęła.

Ela ścisnęła telefon.

Trzydzieści tysięcy? powtórzyła. Równo tyle?

Tak. Mówiła, iż dokładnie takiej sumy brakuje. Po pół roku przyniosła pięćset złotych i ślad po niej zaginął.

A potem dowiedziałam się od Maryli z drugiej klatki, iż do niej też Werka przyszła z tą samą historią.

Maryla pożyczyła jej czterdzieści tysięcy.

I jeszcze pani Teresa, ich była wychowawczyni, „ratowała” ją przed więzieniem. Ta wręcz dała pięćdziesiąt tysięcy.

Poczekaj Ela usiadła ciężko na kanapie. To co? Ona do wszystkich chodziła z tą samą bajką?

Niestety, tak Kasia mówiła twardo. Dziewczyna po prostu zebrała „daninę” od wszystkich przyjaciółek Zofii. Od każdej po trzydzieści, czterdzieści tysięcy.

Wymyśliła historię o kradzieży, grała na litość. Kochamy Zosię, więc milczałyśmy, żeby ją nie zamartwiać.

A Weronika po miesiącu wrzucała zdjęcia z Turcji na Facebooka.

Ja jej też dałam trzydzieści wyszeptała Ela.

No i masz westchnęła Kasia. W sumie zebrało się nas pięć, sześć. To już nie „błąd młodości”, Ela, tylko zwykłe oszustwo. A Zofia nic nie wie, dumna z córki, a jej córka… złodziejka.

Ela rozłączyła się. W głowie szumiało jej od gniewu i żalu. Pieniędzy jej nie szkoda pożegnała się z nimi dawno temu.

Ale nie mogła znieść tej wyrachowanej podłości, z jaką dwudziestoletnia dziewczyna szarpała matczyne przyjaciółki na litość i kasę.

***

Następnego dnia Ela poszła do Zofii. Nie planowała robić scen, chciała tylko spojrzeć Weronice w oczy.

Werka właśnie wróciła ze szpitala, a dopóki trwał remont ich mieszkania z kredytu, przebywała u matki.

O, ciocia Ela! Weronika przywitała się wymuszonym uśmiechem, widząc przy progu starą przyjaciółkę mamy. Zapraszam na herbatę?

Zofia krzątała się przy kuchni.

Siadaj, Eluś, nie mogłaś zadzwonić?

Ela usiadła naprzeciw Weroniki.

Werka zaczęła spokojnie. Wczoraj spotkałam Kasię, Marylę i panią Teresę. Rozmawiałyśmy długo. Założyłyśmy „klub pomocy pokrzywdzonym”.

Weronika zamarła, pobladła, rzuciła szybkie spojrzenie na matkę, która stała tyłem.

O czym ty mówisz, Ela? Zofia odwróciła się.

Werka wie, o czym Ela patrzyła na dziewczynę uparcie. Pamiętasz tę „nieprzyjemną sprawę” sprzed dwóch lat? Gdy prosiłaś mnie o trzydzieści tysięcy? I Kasię o trzydzieści. Maryla czterdzieści, pani Teresa pięćdziesiąt.

Wszystkie cię „ratowałyśmy” przed więzieniem, każda myślała, iż jest tą jedyną, która zna twój sekret.

Ręka Zofii z czajnikiem zadrżała, wrzątek syknął na kuchence.

Jakie pięćdziesiąt tysięcy? Zofia odłożyła czajnik. Weronika? O co chodzi? Pożyczałaś pieniądze od moich przyjaciółek? choćby od pani Teresy?

Mamo to nie tak ja ja prawie wszystko oddałam

Niczego nie oddałaś Ela przerwała jej ostro. Przyniosłaś dwa tysiące na początek, potem przepadłaś.

Po prostu zebrałaś od nas razem prawie dwieście tysięcy na zmyśloną bajkę. Milczałyśmy, bo było nam szkoda twojej matki.

Wczoraj zrozumiałam, iż żałować powinnam nie ją, ale nas.

Weronika, spójrz na mnie. Wyłudziłaś pieniądze od moich przyjaciółek?! Zmyśliłaś bajkę o kradzieży, żeby ograbić wszystkie odwiedzające mnie kobiety?

Mamo, ja naprawdę potrzebowałam pieniędzy na przeprowadzkę! wrzasnęła Weronika. Przecież niczego od was nie dostałam!

Ojciec nie dał mi choćby złotówki, musiałam zacząć życie sama!

Co z tego? Przecież ich na to stać, nie zabrałam im ostatniego grosza!

Ela poczuła obrzydzenie. Tak to wygląda…

Wszystko jasne. Zosiu, przepraszam, iż powiedziałam ci to teraz. Dłużej jednak nie mogłam udawać, iż nic się nie stało.

Nie chcę, żeby ona traktowała nas jak idiotki!

Zofia oparła się obiema rękami o stół. Jej ramiona dygotały.

Wynoś się powiedziała zupełnie spokojnie.

Weronika tylko się uśmiechnęła, odsunęła od stołu była pewna, iż matka mówi do Eli.

Wynoś się z mojego mieszkania! Zofia spojrzała prosto na córkę. Pakuj rzeczy, wracaj do męża. I żebyś się tu więcej nie pokazywała!

Weronika zbladła.

Mamo, mam dziecko! Nie mogę się denerwować!

Nie masz matki, Weronika. Matka była wtedy, gdy uważałam cię za uczciwą. Teraz jesteś tylko złodziejką.

Pani Teresa Boże, ona tyle razy dzwoniła, pytała o ciebie, nigdy się nie przyznała… Jak mam jej teraz spojrzeć w oczy? Jak?!

Weronika złapała za torbę, upuściła ścierkę na podłogę.

To się udławcie tymi swoimi pieniędzmi! wydarła się. Stare plotkary! Obie won!

Wpadła do pokoju, chwyciła dziecko z kołyski i wybiegła z mieszkania.

Zofia opadła na krzesło i zasłoniła twarz dłońmi. Ela poczuła się winna.

Przepraszam, Zosiu

Nie, Elka… To ja przepraszam. Za to, iż wychowałam… taką kłamczuchę. Naprawdę myślałam, iż sama zapracowała, a ona Boże, co za wstyd

Ela pogłaskała przyjaciółkę po ramieniu, a Zofia rozpłakała się żałośnie.

***

Po tygodniu mąż Weroniki, wychudzony i poszarzały, objechał wszystkie „wierzycielki”, przepraszając, nie patrząc im w oczy. Obiecał, iż odda wszystkim pieniądze.

I rzeczywiście zaczęły przychodzić przelewy. Pięćdziesiąt tysięcy dla pani Teresy spłaciła Zofia.

Ela nie czuje się winna. Przecież oszustka musi zostać ukarana. Prawda?

Idź do oryginalnego materiału