Wszystkie chwyty dozwolone Rodzina zgromadziła się w komplecie. Powód spotkania był, jak zwykle, związany z pieniędzmi, choć udawano, iż to zwykła rodzinna kolacja. Luba, córka babci Tosi i mama Kacpra oraz Natalii, przekładała w dłoniach babcine chusteczki, w które seniorka zawsze zawijała emeryturę… Babcia już nie operowała swoimi pieniędzmi, niczego nie pamiętała i nikogo nie rozpoznawała, ale Luba z przyzwyczajenia wkładała jej emeryturę w te same chusteczki. — Ojej… — lamentowała Luba do reszty rodziny — Znowu zniknęły. Dziesięć tysięcy, na pewno tyle! Nie mogłam się pomylić, sama liczyłam! Gdzie one się podziewają? Mamo, pamiętasz ile tam było? Babcia Tosia odwróciła się… ale nie do córki, tylko do portretu zmarłego dziadka. — Ach, Piotrek… Jaka piękna chwila… — spojrzała na wnuczkę Natalię — A ty, skarbie, nie objadaj się moimi czekoladkami, są dla gości… A Kacper gdzie? W szkole? Luba zwinęła tysiączki. Oczywiście, mama nie pamiętała ani kwoty, ani gdzie są pieniądze. Ale Luba była pewna — ktoś je kradnie. To brzmiało niedorzecznie — przecież w domu są tylko najbliżsi — ale ktoś ewidentnie wynosi gotówkę! Tym bardziej iż znikają ze skromnej emerytury babci… Przyszedł Kacper, o którym właśnie przypomniała sobie babcia. — Co wy tu tak tkwicie jak na stypie? — zapytał, zdejmując kluczyki do auta. Jego mama Luba pociągnęła nosem: — Kacperku, tragedia! Pieniądze! Znowu babci zginęły… Sama chowam jej emeryturę do tego schowka, a tu… Ktoś kradnie! Kacper spojrzał z niedowierzaniem na zebranych. Jego mama wszystkim ufała, ale Kacper — nikomu. — Mówisz, pieniądze znikają? — zmrużył oczy — Wiem, kto je zabiera! Wyszedł do przedpokoju i wciągnął z niego pasiastą torbę Natalii. Nim zdążyła zareagować, rozpiął zamek i, nie zważając na protesty matki, wysypał zawartość na starą ceratę: błyszczyk, klucze, lusterko i… pieniądze. Cała masa pieniędzy. Plik pogiętych, ale rozpoznawalnych na pierwszy rzut oka banknotów. Pięć tysięcy złotych w pięćsetkach. — Patrzcie! — zawołał Kacper, podnosząc jeden banknot — Wchodząc, potrąciłem torbę, podniosłem ją i… wypadły te pięćsetki! Jakie znajome pięćsetki! Ciocia Halinka, która właśnie jadła sałatkę, zakrztusiła się aż kaszlała. Na każdym banknocie widoczna była ledwo zauważalna niebieska kreska po długopisie. — Pamiętacie, jak miesiąc temu, kiedy mama liczyła pieniądze, Piotruś po nich mazał długopisem? To właśnie te banknoty, z babcinej emerytury! Wszyscy spojrzeli na Natalię. Natalia, dotąd spokojna, aż drgnęła wystraszona. — Kacper, co ty robisz? — Ja? — oburzył się brat — Nic nie robię! Mówiłem — torba wypadła, podnoszę, a tam pieniądze. I to bardzo znajome! Natalia zrozumiała, iż nie ma czasu kłócić się z bratem, musiała się bronić. — To nie ja! — krzyknęła, potrąciwszy stół. choćby babcia odwróciła się na hałas. — Co taki gwar? — spytała babcia Tosia, — Gdzie moje kapcie? Wszyscy pobledli. — Natalka, córeczko… — Luba wstała — Jak mogłaś? Po co? Przecież masz pracę, pomagam ci… Jak można kraść babci? — Mamo, to nie ja! Nic nie zabrałam! — A kto?! — przeszyła ją wzrokiem Kacper — Tylko ty ciągle krzątasz się przy babci, tylko ty masz dostęp do jej rzeczy. Mama nie zrobiłaby tego nigdy. Więc zostajesz ty. Natalia się cofała jakby mieli ją zaraz zbić. — Przysięgam, choćby nie dotykałam tych pieniędzy! Natalia patrzyła na matkę, licząc na zrozumienie, ale Luba patrzyła na nią jak na przestępczynię. — Kłamiesz… — wyszeptała Luba — Jak mogłaś… — Ja kocham babcię! — zapłakana Natalia broniła się — Przecież przyjeżdżałam jej pomagać! Naprawdę nie brałam tych pieniędzy! Ale fakty były przeciwko niej. Pieniądze wypadły z jej torby. Podejrzanych poza Natalią nie było. — Wszystko jasne, temat zamknięty — orzekł Kacper — Szkoda Natalka. Bardzo szkoda. Mogłaś poprosić, dali byśmy ci. Ale kraść od bezbronnej babci… tego się po tobie nie spodziewałem. Wieczorem Natalia została wyrzucona, jej życie wywróciło się do góry nogami. Nikt nie chciał jej słuchać, nikt nie chciał zrozumieć. Matka, gdy emocje opadły, prosiła rodzinę, by byli delikatniejsi, ale… — Nie wpuszczaj jej, Luba — szeptała ciocia Halinka w słuchawkę, gdy Luba próbowała wszystko wyjaśnić — Wyobrażasz sobie ten wstyd? Mama może już nic nie pamięta, ale gdyby się dowiedziała, w co zamieniła się Natalka… Luba była posłuszna. Prawie nie rozmawiała z córką. Gdy Natalia dzwoniła, odpowiadała: zajęta, potem, nie teraz. Natalia walczyła. Obdzwaniała krewnych z różnych numerów, ale gdy tylko poznawali jej głos, od razu się rozłączali. Podjęła własne śledztwo, ale gwałtownie zrezygnowała — nikt nie chciał z nią rozmawiać, nie wpuszczał jej choćby do mieszkania babci. Udało się tylko spotkać mamę. — Mamo, błagam cię… — Natalia prawie płakała — To brzmi jak wymówka, ale przysięgam ci — to nie ja! Czemu mi nie wierzysz? Mamie było najciężej — w końcu córka. — Natalka… to dla mnie ból. Ale pieniądze były u ciebie. Nie wracajmy do tego. Gdybym widziała to tylko ja, zapomniałybyśmy. Ale rodzina ci tego nie daruje… A mnie też trudno. Babcia tyle dla ciebie zrobiła. — Ale ja niewinna! Może upadły wcześniej? Może z innej torby? Może ktoś inny…? — Przestań! — przerwała mama — Jesteś moją córką, chcę ci wierzyć, ale fakty są nieubłagane: dla wszystkich jesteś złodziejką! Z tym wyrokiem Luba gwałtownie odeszła, zostawiając Natalię na chłodzie. Nie pozwolili jej choćby pożegnać się z babcią… Natalia poczekała, aż wszystko ucichnie, gdy wszyscy się rozjechali, pojechała do babcinego mieszkania, mając nadzieję, iż chociaż tam zastanie mamę. Czasem zgadzała się z nią na rozmowę. Może teraz ją wysłucha? Jednak drzwi otworzył jej Kacper. Był wysoki, musiała spojrzeć mu prosto w oczy. Może to dobrze, iż to właśnie z nim teraz rozmawia. — Kacper — poprosiła Natalia — Porozmawiajmy ostatni raz. — Och, Nati. Myślisz, iż obronisz swoje dobre imię? Już po wszystkim — odpowiedział brat. — Lepiej przyznaj się, to może wybaczą. Ale Natalia nigdy nie przepraszała za coś, czego nie zrobiła. — Nie. Chcę poznać prawdę. Może się pomyliłeś? Może pieniądze wypadły z innej torby? Z kieszeni? Przypominasz sobie…? Nagle spojrzenie Kacpra stwardniało. — Pomyliłem się? Nati, ty naprawdę taka naiwna? — pochylił się do niej — Doskonale wiem, iż to nie ty ukradłaś. To ja ci podrzuciłem pieniądze do torby. Natalia zbladła. — CO…?! — tylko to zdołała powiedzieć. — Tak. — Po co? — Natalia nie mogła w to uwierzyć — Dlaczego? Żeby pozbyć się konkurencji. — W walce o spadek, siostrzyczko, wszystkie chwyty dozwolone. Babci wtedy zostało, góra pół roku. A mieszkanie już było przepisane na mamę, żeby nie było problemów z formalnościami. I właśnie wtedy pojawił się problem. Mama — jak wiesz — jest sentymentalna. Chciała oddać mieszkanie tobie. Natalia nic nie rozumiała. — Dlaczego? — Bo, droga Natalko, — odpowiedział z obrzydliwym uśmieszkiem — przyjeżdżałaś do babci wieczorami, karmiłaś ją, sprzątałaś, czytałaś książeczki, których już i tak nie rozumiała. Wnuczka idealna. Mama się wzruszała. Myślała, iż zasłużyłaś… A ja co? Nie byłem wnukiem? Nie zasłużyłem? Postanowiłem więc się z tobą rozprawić. — Nie robiłam tego dla mieszkania! — krzyknęła Natalia, jego wyznanie jeszcze mocniej ją zabolało — Robiłam wszystko dla babci. Kochałam ją! Prychnął. — Daj spokój, Nati. Każdy człowiek jest egoistą. Chciałaś udawać biedną owieczkę, grzeczną dziewczynkę, by wszystko dostać dla siebie. A ja cię przechytrzyłem. Remis. Ponieważ Natalia nic nie powiedziała, sam podsumował: — Teraz jesteś złodziejką. Mama mnie nie odtrąci, bo jestem wyśnionym synem. Ty — niechciana córka. A mieszkanie, wiadomo, moje, bo choćby progu nie przekroczysz już bez skandalu. — Jesteś naprawdę podły — powiedziała Natalia. — Jestem, jaki jestem. Cześć, siostrzyczko. Dziedzictwo trafiło do mnie. Otworzył drzwi. Natalia stała zamyślona. Przydałoby się jej mieszkanie. Wynajem — koszmarnie drogi, na własne nie miała szans. Ale naprawdę kochała babcię. Wspominała, jak babcia Tosia, choćby w nieświadomości, raz pogłaskała ją po policzku i powiedziała: „Dobrze, iż przyszłaś, kochanie. Jesteś jak mój Piotruś”. A teraz, by odzyskać dobre imię, musiała udowodnić, iż to Kacper kłamie. Ale jak? Nie ma jak. Wyszła z domu, zamknęła drzwi. Wiedziała, iż za rok nikt nie będzie pamiętał, jaka była naprawdę. Wszyscy zapamiętają tylko jedno: Natalia okradła umierającą babcię. Kacper już wygrał. I świętował swoje zwycięstwo.

1 tydzień temu

Cała rodzina zebrała się w komplecie. Pretekstem do wspólnego spotkania były, jak to zwykle bywało, sprawy majątkowe, choć oficjalnie mówiono o kolacji rodzinnej. Luba, córka babci Tosi i matka Kazi oraz Artura, przebierała w dłoniach babcine chusteczki, w które staruszka jeszcze dawniej zawijała swoje pieniądze… Babcia już nie potrafiła sama nimi się rozporządzać niczego nie pamiętała i nikogo nie poznawała, ale Luba, z przyzwyczajenia, chowała jej emeryturę w te chusteczki.

No widzicie lamentowała Luba, zwracając się do zgromadzonych Znowu zginęły. Dziesięć tysięcy złotych, nie mniej! Przecież ja liczyłam! Jak one mogły wyparować? Mamo, pamiętasz, ile tam było?

Babcia Tosia odwróciła się nie do córki, ale do zdjęcia nieżyjącego już męża.

Och, Piotrek… Jaka to była piękna młodość… westchnęła, potem spojrzała na wnuczkę Genowefę Ty, wnuczko, nie podjadaj moich landrynek, zostawiłam je dla gości… A Artur gdzie? W szkole?

Luba skręciła banknoty w rulony. Mamy oczywiście nie było co pytać nie pamiętała, ile pieniędzy tam schowano. Ale Luba była pewna ktoś kradnie. Myśl szalona, bo przecież w domu bywają tylko swoi, a jednak ktoś ewidentnie kradnie! I to jeszcze od starszej, bezbronnej osoby…

Przyjechał Artur, o którym właśnie wspominała babcia.

Co wy tu tak siedzicie, jakby stypa była? rzucił zdejmując kluczyki od poloneza.

Luba, jego matka, zapłakała:

Arturku, nieszczęście! Pieniądze! Znowu babci zginęły… Od miesięcy chowam jej emeryturę w tej szafce… Ktoś kradnie!

Artur z pobłażaniem przesunął wzrokiem po obecnych. Jego mama ufała każdemu, Artur nikomu.

A pieniądze powiadasz? Znikają? przewrócił oczami. Ja wiem, gdzie znikają!

Poszedł do przedpokoju i przyniósł paskowaną torbę Kazi. Zanim Kazia zdążyła zareagować, Artur rozpiął zamek błyskawiczny i, nie patrząc na krzyki matki, wysypał całą zawartość na wytartą ceratę kuchennego stołu.

Potoczyły się szminka, klucze, lusterko… i pieniądze.

Dużo pieniędzy.

Stos zmiętych, ale rozpoznawalnych banknotów. Pięć tysięcy złotych w pięćsetkach.

Patrzcie na to! zawołał Artur, chwytając jeden banknot. Przechodziłem obok tej torby i upadła. Schyliłem się, a tu, o, wypadły pięćsetki! I to jakie znajome…

Ciocia Halina, dotychczas zajęta sałatką, połknęła kawałek bez gryzienia i zaczęła się krztusić.

Na każdym banknocie, gdy się przyjrzeć, widniał ślad długopisu cieniutka niebieska kreska.

Pamiętacie, jak miesiąc temu, gdy mama liczyła pieniądze, Janek dla żartu długopisem każdą zaznaczał? A to są te same banknoty. Dokładnie z babcinej emerytury.

Wzrok wszystkich spoczął na Kazi.

Kazimiera, dotąd nieruchoma, znieruchomiała jeszcze bardziej.

Artur, co ty robisz?

Ja? oburzył się Nic! Przypadkiem torba spadła, a tam, niespodzianka, znajome pieniądze!

Kazimiera zorientowała się, iż na Artura nie ma już co naskakiwać czas się bronić.

To nie ja! zerwała się i potrąciła stół.

Nawet babcia podniosła wzrok.

Kto hałasuje? zapytała babcia Tosia. I gdzie moje kapcie?

Wszyscy robili wielkie oczy.

Kaziu, dziecko Luba się podniosła Jak mogłaś? Po co? Przecież pracujesz, pomagam ci… Jak mogłaś ukraść babci?

Mamo, to nie ja! Nic nie brałam!

To kto? wbił głos Artur. To ty zawsze bawisz się w opiekunkę, tylko ty tu masz taki swobodny dostęp. Mama wiadomo, by nigdy nie wzięła. Zostajesz tylko ty.

Kazimiera cofała się jak przed karą.

Przysięgam, choćby nie dotknęłam tych pieniędzy!

Spojrzała na matkę, licząc na jej zrozumienie, ale Luba patrzyła jak na cudze dziecko.

Kłamiesz wyszeptała Jak mogłaś…

Kocham babcię! Kazia rozpłakała się z żalu Przecież pomagałam jej z serca! Nie brałam pieniędzy!

Ale logika była przeciw niej. Pieniądze spadły z jej torby. Innych podejrzanych nie było.

To zamknięta sprawa zakończył Artur. Wielka szkoda, Kaziu. Mogłaś poprosić, a okradłaś staruszkę… Nikt ci tego nie wybaczy.

Tego wieczoru wypędzono Kazię z domu, jej życie legło w gruzach. Nikt jej nie zrozumiał ani nie chciał słuchać. Matka, gdy ochłonęła, prosiła rodzinę o wyrozumiałość, ale…

Nie wpuszczaj jej tu, Luba syczała przez telefon ciotka Halina Wstyd na całą rodzinę! Babcia już nic nie pamięta, ale gdyby wiedziała, serce by jej pękło…

Luba słuchała. Ograniczyła kontakty z córką do minimum. Na telefony odpowiadała: zajęta, później, nie teraz.

Kazia próbowała walczyć. Wydzwaniała do rodziny, ale gdy rozpoznawali jej głos odkładali słuchawkę. Próbowała prowadzić własne śledztwo, ale komu miała się zwierzyć, kto ją wysłucha?

Tylko mamę zdołała wyciągnąć na spotkanie.

Mamo, proszę niemalże błagała Wiem, jak to wygląda, ale przysięgam, to nie ja! Czemu mi nie wierzysz?

Matce było najciężej, bo to przecież jej córka.

Kaziu… sama nie wiem w co wierzyć. Ale pieniądze były w twojej torbie. O czym tu dyskutować? Gdyby to tylko ja widziała, może jakoś byśmy zapomniały. Ale rodzina już ci tego nie daruje… Babcia tyle dla ciebie zrobiła.

Ale ja nie winna! Może upadły kiedy indziej? Może z drugiej torby? Może ktoś podłożył…

Dość! przerwała matka Jesteś moją córką i chcę wierzyć, ale są fakty! Fakty mówią, iż ukradłaś pieniądze!

Z tym ciężkim oskarżeniem Luba gwałtownie wyszła, zostawiając Kazię samą w chłodny wieczór.

Nawet z babcią nie pozwolono jej się pożegnać…

Ale przeczekała burzę, aż wszyscy się rozjechali, i poszła do babcinego mieszkania, mając nadzieję, iż spotka tam matkę. Luba czasem, niechętnie, rozmawiała z nią. Może chociaż teraz się uda?

Drzwi otworzył Artur.

Był wysoki, musiała zadrzeć głowę, by spojrzeć w oczy. Może to i lepiej, iż on.

Arturze poprosiła Porozmawiajmy, raz jeszcze.

Oj, Kaziu. przez cały czas próbujesz ratować honor? Już po wszystkim westchnął brat. Lepiej się przyznaj. Może ktoś ci wybaczy.

Ale Kazia nie umiała przepraszać za nieswoje grzechy.

Nie. Potrzebuję prawdy. Może się myliłeś? Może wypadły z innej torby? Z kieszeni? Pomyśl…

W arturoskim spojrzeniu pojawił się chłód.

Pomyliłem się? Kaziu, jesteś taka łatwowierna? pochylił się. Przecież wiem, iż ich nie ukradłaś. To ja ci je wsadziłem do torby.

Oczy jej pociemniały.

Co…? tylko na to ją było stać.

Tak po prostu.

Ale… po co? nie chciała uwierzyć.

Pozbyłem się rywalki.

W walce o spadek, siostrzyczko, wszystkie chwyty dozwolone. Babci zostało wtedy, góra pół roku, dobrze wiedziałaś. Mieszkanie już było przepisane na mamę, żeby nie było problemów z notariuszem. Ale tu zaczynał się problem mama, jak wiesz, jest sentymentalna. Chciała oddać mieszkanie tobie.

Kazimiera nic nie rozumiała.

Ale dlaczego?

Bo, kochana Kaziu ciągnął szyderczo codziennie u babci, opieka, sprzątanie, czytałaś jej książki, choć już nie rozumiała. Wnuczka marzenie! Mama to widziała, rozczulała się. Sądziła, iż na mieszkanie zasłużyłaś ty… A ja nie? Też wnuk! Też się należy! Postanowiłem więc się z tobą rozprawić.

Przecież nie robiłam tego dla mieszkania! krzyknęła Kazia Robiłam to dla babci! Kochałam ją!

Prychnął.

Szkoda bajek, Kaziu. Każdy chce coś ugrać. Chciałaś być biedną, troskliwą wnuczką to twoja zagrywka, ale ja cię przebiłem. Remis.

Kazimiera nie wiedziała, co odpowiedzieć.

Teraz jesteś złodziejką. Mama się mnie nie wyprze, przecież taki jestem grzeczny synek. Ty córka stracona. Mieszkanie oczywiście moje, bo już nikt cię tu nie wpuści.

Ty jesteś podły… wyszeptała.

Cóż, taka prawda. Do widzenia, siostrzyczko. Spadek przyjęty.

Otworzył drzwi.

Kazimiera nie ruszyła się z miejsca. Mieszkanie by się jej naprawdę przydało wynajem drogi, kupić coś swojego nie miała szans. Ale jednak babcię kochała. Pamiętała, jak choćby w chorobie babcia Tosia pogłaskała ją po policzku i szepnęła: Dziękuję, iż przyszłaś, moja dobra. Jesteś jak mój Piotrek.

Teraz, by odzyskać dobre imię, musiałaby udowodnić, iż Artur kłamał. Jak? Nijak.

Wyszła, zamknęła drzwi. Wiedziała, iż za rok już nikt nie będzie pamiętał, iż nigdy nie była złą osobą. Wszyscy zapamiętają jedno: Kazia okradła umierającą babcię.

Artur już wygrał. I świętował to ze spokojnym sumieniem.

Idź do oryginalnego materiału