Weekendowy tata. Opowieść. Gdzie jest moja córka? — powtórzyła Olesia, czując, jak zęby szczękają jej nie wiadomo czy ze strachu, czy z zimna. Zosię zostawiła na urodzinach w sali zabaw galerii handlowej. Rodziców solenizantki znała tylko z widzenia, ale zostawiła córkę spokojnie — nie pierwszy raz na takiej imprezie, to przecież normalne. Tylko dziś się spóźniła — autobus długo nie nadjeżdżał. Galeria stała w niewygodnym miejscu, wszyscy podjeżdżali samochodem, którego Olesia nie miała. Dlatego zawiozła córkę autobusem, potem wróciła do domu — miała korepetycje, których nie mogła odwołać, a potem pojechała po Zosię. Spóźniła się zaledwie piętnaście minut — biegła przez oblodzony parking, aż zabrakło jej tchu. Teraz mama solenizantki, niziutka dziewczyna z okrągłymi, niebieskimi oczami, patrzyła na Olesię zdziwiona i powtarzała: — Przecież tata ją odebrał. Ale Zosia nie miała taty. No, może gdzieś był, ale córki nigdy nie widział. Olesia poznała Andrzeja przypadkowo — spacer z koleżanką bulwarem, koleżanka skręciła nogę, chłopaki zaoferowali pomoc. Tak jak w starym polskim filmie, skłamali, iż studiują na Uniwersytecie Warszawskim, iż tata jednej jest generałem, a drugiej profesorem. Po co to zrobili? Byli młodzi i głupi. Gdy Olesia zaszła w ciążę, a Andrzej dowiedział się, iż jest studentką pedagogiki, a jej tata to kierowca autobusu, wcisnął pieniądze na aborcję i zniknął. Aborcji Olesia nie zrobiła i nigdy tego nie żałowała — Zosia była jej towarzyszką, niezwykle rozsądną i niezawodną. Razem zawsze było im wesoło, gdy Olesia prowadziła zajęcia, Zosia bawiła się cicho lalkami, potem razem gotowały zupę mleczną albo jajko w koszulce, piły herbatę z ciasteczkami posmarowanymi masłem. Pieniędzy nigdy nie było zbyt dużo, wszystko szło na wynajem mieszkania, ale ani Olesia, ani Zosia nie narzekały. — Jak mogliście oddać moją córkę obcej osobie?! Głos Olesi drżał, a łzy napływały jej do oczu. — Jak obcej? — oburzała się niebieskooka kobieta. — Przecież ojciec! Olesia mogłaby powiedzieć, iż żadnego ojca nie ma, ale to niczego by nie zmieniło. Trzeba było biec do ochrony, żądać nagrań z monitoringu i… — Kiedy to było? — Jakieś dziesięć minut temu… Olesia rzuciła się do biegu. Ile razy powtarzała Zosi — nie chodź z obcymi! Ze strachu nogi odmawiały jej posłuszeństwa, przed oczami zamazywał się świat, kilka razy wpadła na kogoś, choćby nie przeprosiła, biegła dalej. Z jakiegoś przeczucia zawołała: — Zosia! Zosiaaa! W food courcie było głośno, nikt szczególnie nie zwrócił uwagi na jej krzyki, tylko kilka osób się obejrzało. Olesia łapała oddech, próbując zdecydować, gdzie szukać najpierw? Może jeszcze jej nie odprowadził, może… — Mamusia! Najpierw nie wierzyła oczom. Jej córka, w rozpiętej kurteczce, z buzią upaćkaną lodami, biegła w jej stronę. Olesia przytuliła ją z całych sił, jakby puszczenie jej groziło upadkiem, a może i tak by było, bo nogi się jej uginały. Z niemym wyrzutem spojrzała na mężczyznę. Elegancki, króciutko ostrzyżony, w śmiesznym swetrze ze śnieżynką i lodem w ręku. Chyba wyczytał z jej oczu, co miała mu powiedzieć, bo zaczął gwałtownie tłumaczyć: — Przepraszam, to moja wina! Powinienem był zaczekać, ale tak chciałem utrzeć nosa tym małym potworom! Wie pani, dokuczali jej, mówili, iż nie ma taty i iż nikt po nią nie przyjdzie, bo jest brzydka! Więc postanowiłem ich nauczyć — podszedłem i mówię: córeczko, zanim mama wróci, idziemy na lody. Przepraszam, nie pomyślałem, iż się pani tak przestraszy… Olesia nie zamierzała ufać temu nieznajomemu. Ale czy naprawdę Zosi dokuczali? Spojrzała córce w oczy, a ona natychmiast zrozumiała pytanie, pociągnęła nosem, podniosła głowę. — No i dobrze! Teraz mam też tatę! Mężczyzna rozłożył bezradnie ręce, Olesia nie mogła wykrztusić ani słowa. — Chodź, — w końcu wydusiła. — Już późno, spóźnimy się na autobus. — Zaczekajcie! — mężczyzna ruszył, zatrzymał się, niepewnie pomachał ręką. — Może was podwiozę? Skoro już tak wyszło… Niech się pani nie boi, nie jestem żadnym maniakiem! Nazywam się Artur. Jestem dobry! Tam siedzi moja mama, ona potwierdzi! Wskazał na kobietę w fiołkowych lokach przy stoliku, pogrążoną w czytaniu książki. — jeżeli pani woli, możemy podejść do niej, da mi najlepszą rekomendację! — Nie wątpię, — wycedziła Olesia, którą przez cały czas korciło, żeby porządnie trzepnąć nieznajomego. — Dziękujemy, poradzimy sobie. — Mamo… — Zosia pociągnęła za brzeg jej kurtki. — Niech wszyscy zobaczą, iż tata nas odwozi! Przy sali zabaw stała jeszcze solenizantka z mamą i druga dziewczynka; Olesia nie pamiętała jej imienia. W oczach Zosi błagało tyle prośby, a iść po lodzie w takim stanie byłoby ciężko. Więc Olesia zdecydowała. — Dobrze, — rzuciła. — Wspaniale! Zaraz, tylko powiem mamie! „Maminsynek,” — zanotowała złośliwie Olesia. W tej chwili kobieta przy stoliku pomachała jej życzliwie, Olesia gwałtownie się odwróciła. Co za głupia sytuacja! Po drodze starała się nie patrzeć Arturowi w oczy, ale nie mogła nie zauważyć, jak delikatny był w rozmowie z Zosią. Ta śpiewała jak skowronek, nie do zatrzymania — takiej jej nie znała. Przy bloku Zosia nagle była bardzo smutna. — Nie zobaczymy się już? — spytała cicho Artura, patrząc ukradkiem na mamę. Olesia poczuła na sobie jego wzrok i zrozumiała, iż prosi ją o zgodę. Już miała powiedzieć — nie, Zosia, to niegrzeczne, ale widząc jej zasmuconą buzię, nie dała rady. Uchyliła się spojrzeniem Artura, kiwnęła głową. — jeżeli pani pozwoli, mogę zaprosić Zosię w weekend do kina na bajkę. Była kiedyś w kinie? — Naprawdę? Nie, nigdy! Mamo, mogę pójść z tatą do kina? Olesia poczuła się niezręcznie, więc teraz to ona zaczęła tłumaczyć się szybko: — Dobrze, Zosiu, pozwolę, ale pod dwoma warunkami. Po pierwsze — musisz wiedzieć, iż nazywanie obcego człowieka tatą jest niegrzeczne, mów do niego wujek Artur, zgoda? I po drugie — pójdę z wami na bajkę, bo co ci zawsze mówiłam? Nie wolno chodzić z obcymi ludźmi, choćby jeżeli wydają się mili! — Ja też jej to mówiłem — wtrącił Artur. — Żeby nie chodziła z obcymi, — dopowiedział. — To mogę? — Przecież powiedziałam — tak. — Hurra!!! Olesia rozumiała, iż powinna uciąć te głupstwa w zarodku, ale nie mogła. Nikogo na świecie nie miała prócz Zosi. Może gdyby mogła kogoś zapytać o radę… Na przykład swoją mamę. Słabo ją pamiętała — mama zginęła, gdy Olesia miała pięć lat, tyle samo co teraz Zosia. Chłopiec wpadł do przerębla, wszyscy się bali, a ona wskoczyła. Chłopca uratowała, ale sama… Sama dostała zapalenie, zmarła w tydzień — miała cukrzycę, różne zdrowotne problemy. Zosi też przekazała cukrzycę, co Olesię bardzo martwiło. Do następnej soboty Olesia dużo rozmyślała, ale niepotrzebnie — wszystko potoczyło się inaczej, bo na seans Artur przyprowadził swoją mamę. — Żeby pani nie myślała, iż jestem dziwny, niech mama mnie zareklamuje, — uśmiechnął się. — Dziwny to ty jesteś, — powiedziała jego mama z taka czułością, iż od razu było widać, jak go uwielbia. Oczywiście gdy Artur odprowadził Zosię po popcorn, ona naprawdę go zareklamowała. — Pani pozwoli, możemy na „ty”? On też bez ojca dorastał. Cztery razy byłam zamężna, ostatni mąż był ideałem! Artur cały tata. A los sprawił, iż nie zdążył syna choćby wziąć w ramiona. Zawał. Urodziłam przed terminem, sama nie wiem, jak przeżyłam. Poprzedni mężowie pomagali… A pani się dziwnie patrzy? Z pierwszym mam super kontakt, drugi okazał się być „nie po naszej stronie”, a trzeci… kochał kobiety, jednej mu zawsze było mało. Chcieli Arturowi zastąpić ojca, ale tata to tata. Dlatego tak polubił Zosię — jego też w podstawówce dokuczali. Ile ja do nauczycieli chodziłam! Nic nie pomagało! Do czego był zdolny, by udowodnić innym chłopcom… raz prawie zginął… Kobieta była fascynująca. Niska, szczupła, z fiołkowymi włosami, w kostiumie z Vistuli i z tomikiem Chmielewskiej w ręku. Olesia bardzo ją polubiła. — Nie proszę się martwić, nic złego nie planuje, serce ma dobre, — puściła oko. — Zresztą, pani też mu wpadła w oko. Olesia się zarumieniła. Tego jeszcze brakowało! Czuła, iż nie powinna nic zaczynać, ale żal jej było Zosi… Po seansie wyciągnęła pieniądze za bilety, Artur pokręcił głową. — Zapraszam do kina, to ja płacę! Jej też się to nie podobało — zawsze płaciła sama, nie chciała od nikogo zależeć. A to, iż jej się spodobała — niedorzeczne, tak się w życiu nie dzieje. Gdy Artur odwiózł je do domu, Zosia zapytała: — Tata, gdzie pójdziemy następnym razem? — Zosiu! — upomniała ją Olesia. Dziewczynka śmiesznie zasłoniła usta dłońmi. — Może do Muzeum Zoologicznego? Co ty na to? — Świetnie! Mamo, pójdziemy? — Idźcie beze mnie, — odparła sucho Olesia. — Weźcie ze sobą panią Katarzynę, wspominała, iż lubi motyle. Pierwsza wysiadła z samochodu, chciała gwałtownie zakończyć tę scenę. Słyszała jeszcze kątem ucha, jak Artur mówi do Zosi: — Jak mama nie słyszy, możesz mówić do mnie „tata”. Tak Zosia zyskała niedzielnego tatę. Czasem Olesia chodziła z nimi, czasem puszczała Zosię, jeżeli dołączała Katarzyna, wciąż uważała Artura za obcego, choć dziewczynka zachwycona opowiadała, jaki jest wesoły i ciekawy. Emocje jej udzielały się mimowolnie, ale nie pozwalała im się rozwinąć — no bo jak to, żeby nagle przyjechał książę na białym koniu? Jego mama co chwila go zachwalała, więc Olesia zaczynała się zastanawiać — co z nim nie tak? Czy taka kobieta swatałaby syna z biedną dziewczyną? Ale serce Olesi powoli miękło. Artur był delikatny — zostawiał jej czekoladę na półce, zawsze pytał o zdanie, zanim zaprosił Zosię, starał się złapać jej spojrzenie w samochodzie. Ale najbardziej polubiła panią Katarzynę — była wspaniałą rozmówczynią! Gdyby Artur nie był jej synem, właśnie z nią Olesia chętnie by się radziła. Pewnego dnia zadzwonił, zaczął coś mówić o kinie. Zosia zaraz podbiegła — szeptem spytała: — To Artur? I usiadła zadowolona obok. — Tak, oczywiście, Zosia się ucieszy, — odpowiedziała Olesia z przyzwyczajenia. — Ale ja zapraszam i Zosię, i panią… To znaczy, chciałbym, żebyśmy poszli razem. We dwójkę. W tle Katarzyna: „No, wreszcie!” — Mamo, nie podsłuchuj! Oj, Olesia, przepraszam… Zawsze ucho nastawia. — Zaprosił cię do kina? — Zosia szepnęła. Olesia się roześmiała. — Mam tu własne ucho. Proszę, Artur… Ja… — Proszę nie odmawiać, jeden szans, obiecuję, będę rycerzem! — Powiedz jej o oczach, Artur, — nie dała spokoju Katarzyna. — Powiedz o oczach, to, co wtedy mi powiedziałeś, iż ma oczy swojej mamy… Jakby ktoś chlusnął zimną wodą. Olesia nie rozumiała — co z jej mamą? Artur coś krzyknął do matki, potem do Olesi: — Zaraz przyjadę i wszystko wytłumaczę. Można? Wyjaśnienia by jej nie zaszkodziły… Chodziła z kąta w kąt, gdy przyjechał, a Zosia, jakby czuła, siadła rysować przy stoliku. — Powinienem był się przyznać od razu, — zaczął Artur. — I chciałem, ale tak mi się spodobałaś… Nie chciałem, żebyś myślała, iż to przez twoją mamę. Bałem się, iż mnie znienawidzisz. Bo przecież ona zginęła przeze mnie… Mówił chaotycznie, skakał między wątkami, patrzył błagalnie. Olesię trzęsło jak wtedy, gdy myślała, iż Zosia zginęła. — Wybaczysz mi? Olesia przez cały monolog milczała, wycisnęła z siebie z trudem: — Muszę się zastanowić. — Mamo, wybacz tacie… Artur zrobił wielkie oczy do Zosi, przypominając ich układ. Spojrzał na Olesię. Powtórzyła: — Potrzebuję czasu. Muszę przemyśleć, rozumiesz? Miała milion pytań, ale nie potrafiła wykrztusić ani jednego. Za to gdy zadzwoniła Katarzyna, wszystko gwałtownie się wyjaśniło. — On nie wiedział, iż ona zginęła — chroniłam jego psychikę. Potem przypadkiem powiedziałam i Artur postanowił panią znaleźć. Tamtego dnia chciał się zapoznać i zaoferować pomoc, ale najpierw wyszło z Zosią, a potem pani… On zakochał się od pierwszego wejrzenia! Bał się, iż źle go pani odbierze. Niech go pani nie wini — Artur chciał udowodnić chłopakom, iż jest prawdziwym mężczyzną, choć nie ma ojca. Wszyscy bali się wejść na lód, a on wszedł i… Katarzyna nie naciskała, ale usprawiedliwiała syna. Za to Zosia naciskała, oj bardzo! — Mamo, przecież on jest dobry! Kocham cię, mówił mi! I naprawdę może być moim prawdziwym tatą! Olesia rozumiała. Ale czy to nie jest jakoś… niewłaściwie? Minął prawie miesiąc, a Olesia nie mogła z nim porozmawiać. Nie odbierała telefonu, nie czytała jego wiadomości. Im bardziej zwlekała, tym bardziej chciała zadzwonić. Ale to stawało się coraz bardziej niemożliwe. Zosia obudziła ją w nocy — płakała, mówiła, iż boli ją brzuszek. Już wieczorem skarżyła się, ale Olesia myślała, iż to kwaśny kefir. Teraz Zosia była rozpalona — choćby nie trzeba było mierzyć temperatury. Drżącymi rękami wybrała numer pogotowia, a potem — nie wie czemu — Artura. Przyjechał ze karetką. W dresach, rozczochrany, półprzytomny. Pojechał z nimi do szpitala, uspokajał, obiecywał, iż wszystko się dobrze skończy. Sam miał drżący głos. — Zapalenie otrzewnej — to nie najgorsze, — powtarzał. — Wszystko będzie dobrze, zobaczysz! Olesia sama chwyciła go za rękę — nie wiadomo, czy żeby jego uspokoić, czy siebie. W poczekalni było zimno, żadne z nich nie miało kurtki, siedzieli tak blisko siebie, ogrzewali się wzajemnie ciepłem. Do lekarza pobiegł pierwszy, pytał o operację. Olesia siedziała i nie śmiała się ruszyć. Gdyby coś się stało Zosi, nie przeżyłaby tego. Ale Zosia była dzielna. Lekarze zrobili wszystko jak należy, dziewczynka walczyła o siebie, choć, jak mówił lekarz, sytuacja była dramatyczna. — Jakby dobry anioł nad nią czuwał, — powiedział lekarz, a Olesia szeptała: dziękuję, mamo! Artur długo dziękował lekarzowi, ten kazał im wracać do domu — do Zosi jeszcze nie wolno, leży w reanimacji, rodzice mają odpocząć. Dowiózł Olesię pod dom, spodziewała się, iż poprosi, by wejść, ale milczał. Więc powiedziała: — Już świta. Chcesz, chodź na kawę. I zrozumiała, iż naprawdę chce by wszedł. I by został. Na zawsze. Zosia wracała do zdrowia zadziwiająco gwałtownie — lekarze i pielęgniarki byli zaskoczeni. — Bo teraz mam mamę i tatę, — mówiła. I nikt, prócz Olesi i Artura, nie rozumiał, dlaczego dziewczynka tak się cieszy…

7 godzin temu

Gdzie jest moja córka? powtórzyła Ola, czując, jak szczęką jej zęby czy to ze strachu, czy raczej z zimna.

Zostawiła Jagodę na urodzinach w sali zabaw w centrum handlowym. Rodziców solenizantki znała tylko z widzenia, ale nie przejmowała się nie pierwszy raz zostawiała córkę na takim dziecięcym przyjęciu, standardowa sprawa. Tylko dziś się spóźniła autobus nie przyjeżdżał z dobrych dwadzieścia minut. Centrum handlowe akurat w tym miejscu, gdzie samochodem wszyscy podjeżdżają, ale auto Ola miała tylko w marzeniach. Więc wzięła Jagodę autobusem, wróciła potem na lekcje odwołać się nie dało i z powrotem po córkę. Spóźniła się raptem kwadrans, biegła przez oblodzony parking i teraz ledwo łapała oddech. Teraz matka solenizantki niska, okrągłoooka blondynka patrzyła na Olę z dezorientacją i powtarzała:

Przecież ojciec ją zabrał.

Ale Jagoda przecież nie miała ojca. Był gdzieś tam w świecie, owszem, ale córki jeszcze na oczy nie widział.

Z Andrzejem Ola poznała się przypadkiem szły z koleżanką nad Wisłą, koleżanka skręciła kostkę, chłopaki zaoferowali pomoc. Zupełnie jak w komediach opowiadali niestworzone rzeczy, iż studiują na UW, a jeden tata generał, drugi profesor. Po co? Nikt nie wie młodość i głupota w jednym. Ale gdy Ola zaszła w ciążę, Andrzej, dowiedziawszy się, iż ona jest studentką pedagogiki, a jej ojciec prowadzi autobus MZA, rzucił jej kilkaset złotych na aborcję i zniknął szybciej niż pączki w Tłusty Czwartek.

Ola aborcji nie zrobiła, nigdy choćby nie żałowała Jagoda była jej najlepszą kompanką, rozumną i wierną ponad wiek. Razem zawsze im było wesoło: gdy Ola prowadziła korepetycje, Jagoda cicho bawiła się lalkami, potem szły razem do kuchni robić zupę mleczną albo jajka po wiedeńsku, herbatę z ciastkiem posmarowanym masłem. Z pieniędzmi krucho większość na wynajem mieszkania ale ani Ola, ani Jagoda nie narzekały.

Jak mogliście oddać moją córkę obcemu?!

Głos Oli się łamał, łzy napływały do oczu.

Ależ przecież ojciec! niecierpliwiła się niebieskooka kobieta.

Ola mogła jej wyłożyć, jak nie ma żadnego ojca, ale co to da? Trzeba pędzić do ochrony, żądać nagrań, szukać

Kiedy to było?

Dziesięć minut temu chyba

Ola zawróciła i wybiegła. Ile razy powtarzała Jagodzie nigdy nie odchodź z obcymi! Bała się, nogi plątały jej się po podłodze, wszystko rozmywało jej się przed oczami, taranowała ludzi po drodze, choćby nie przepraszając. Kierowana jakimś dzikim instynktem, krzyknęła:

Jagoda! Jaaagodaaa!

Na gwarnej galerii jej krzyki ginęły, ale kilka osób się obejrzało. Roztrzęsiona, Ola próbowała zdecydować, gdzie szukać. Może jeszcze nie zabrał jej za daleko, może

Mamoooo!

Na chwilę Ola nie mogła uwierzyć własnym oczom. Jagoda, rozpięta kurtka, buzia cała w lodach, biegła do niej w podskokach. Ola złapała ją mocno, jakby miała się rozpłynąć, jeżeli puści. Spojrzała badawczo na stojącego obok mężczyznę. Facet z krótką fryzurą, w paskudnym swetrze ze śnieżynką, lód w ręku. Najwyraźniej wyczytał z jej oczu wszystkie pretensje, bo wyjąkał:

Przepraszam! To moja wina! Powinienem czekać z nią, ale chciałem pokonać te dzieciaki-potwory! Rozumie pani, one ją dokuczały Mówiły, iż nie ma ojca, iż nikt po nią nie przyjdzie, bo jest brzydka! Więc podszedłem: córciu, zanim mama wróci, kupimy sobie lody. Przepraszam, nie pomyślałem, iż tak się pani wystraszy

Ola była roztrzęsiona. Nie zamierzała ufać obcemu. Ale czy naprawdę dokuczali Jagodzie? Spojrzała w jej oczy mała już wiedziała, o co pyta. Pociągnęła nosem, zadzierała brodę.

No i co z tego? Teraz też mam tatę!

Facet rozłożył nieporadnie ręce, Ola wciąż nie mogła wydusić słowa.

Chodź, wydusiła wreszcie. Już późno, nie zdążymy na autobus.

Ale, ale! facet zrobił krok, nieśmiało pomachał ręką. Może państwa podrzucę? Tak mi głupio Ale spokojnie, nie jestem żadnym złolem! Mam na imię Tomek. Naprawdę, nic mi nie brakuje! O tam, moja mama siedzi, może pani poświadczyć!

Wskazał na panią z fiołkowym lokiem przy stoliku, pochłoniętą książką.

jeżeli chce pani, podejdźmy, poleci mnie jak najlepszego syna!

Nie wątpię, syknęła Ola, wciąż marząc, żeby dać mu w łeb. Dzięki, poradzimy sobie!

Mamo Jagoda szarpnęła rękaw jej kurtki. Niech zobaczą, iż tata nas podwozi!

Przy sali zabaw przez cały czas stała solenizantka z mamą i druga dziewczynka imienia Ola już nie pamiętała. W oczach Jagody tyle prośby, a po śliskim chodniku raczej ciężko się szło. Ola zdecydowała:

No dobrze, rzuciła.

Super! Daj mi sekundę, tylko powiem mamie!

Maminsynek skrzywiła się z przekąsem Ola. Kobieta pomachała jej przyjaźnie, a Ola odwróciła wzrok. Ale głupi dzień!

W aucie Ola starała się unikać spojrzeń Tomka, ale nie mogła nie zauważyć, jak delikatny był w rozmowie z Jagodą. Dziewczynka świergotała, jakby złapała wiatr w skrzydła nigdy nie była taka rozgadana. Ale pod klatką zapadła cisza.

Już się nie zobaczymy? spytała cicho Jagoda, patrząc spod rzęs to na Tomka, to na matkę.

Ola czuła na sobie jego pytające spojrzenie czy pozwoli? Miała już powiedzieć nie, Jagoda, to niegrzeczne, ale widząc jej minę, nie mogła. Spojrzała na Tomka, kiwnęła głową.

No, jeżeli mama pozwoli, możemy pójść do kina na bajkę. Byłaś kiedyś w kinie?

Serio? Nie, nigdy! Mamo, pójdę z tatą do kina?

Ola zrobiła się czerwona, więc teraz ona paplała jak nakręcona.

Dobrze, Jagoda, ale są dwie zasady. Po pierwsze nie mów nikomu tato, mów mu wujek Tomek, zrozumiano? Po drugie idę z wami, bo jak już powiedziałam: nie chodzimy z obcymi, choćby jeżeli wydają się mili!

Ja też jej tak mówiłem, wtrącił Tomek o niechodzeniu.

Więc mogę?

Powiedziałam tak.

Hurra!!!

Ola rozumowała, iż powinna te głupoty ukrócić, ale nie potrafiła. Kogo miała, jeżeli nie Jagodę? Czasem chciała zapytać mamę, ale pamiętała ją tylko mgliście mama zginęła, gdy Ola miała pięć lat, tyle, co teraz Jagoda. Chłopiec wpadł do przerębla, nikt nie miał odwagi, ona poszła. Chłopca uratowała, ale sama zapadła miała cukrzycę, słabe zdrowie, zabrakło jej. Jagodzie też przekazała cukrzycę, przez co Ola zamartwiała się na okrągło przecież to wszystko przez nią.

Do kolejnych weekendów Ola przemyślała milion rzeczy, ale martwiła się na zapas bo Tomek w kinie przyprowadził swoją mamę.

Niech wie pani, iż nie jestem psycholem, mama mnie zareklamuje, śmiał się.

Ty to właśnie trochę psychol, rzuciła jego matka z uśmiechem jak z reklamy jogurtu. Od razu było czuć: syn to jej oczko w głowie.

A gdy Tomek, prowadząc Jagodę po popcorn, rzeczywiście reklamował go kobiecie.

Proszę można na ty? Tomek też wychowywał się bez ojca. Byłam cztery razy zamężna ostatni mąż idealny! Tomek całą euforia po nim, ale los chciał inaczej nie zdążył choćby syna przytulić, zmarł na zawał Rodziłam przed terminem, do dziś nie wiem jak przeżyłam. Pierwsi mężowie pomagali Co tak patrzysz? Ze wszystkimi mam świetne kontakty pierwszy mnie kocha, drugi no, tak kolorytowo, orientacja nie nasza, a trzeci kocha kobiety tak bardzo, iż jedna mu się znudziła. Próbowali Tomkowi zastąpić ojca, ale ojciec to ojciec. Dlatego Tomek tak się wzruszył Jagodą też był dręczony w szkole. Ile ja się nagłowiłam u nauczycieli! Nic nie dawało! Głupoty wyczyniał na zakład raz prawie się zabił

Kobietka była niesamowita. Chudziutka, drobna, fiołkowe włosy, marynarka Chanel i tomik Grocholi pod pachą. Ola ją polubiła od pierwszej minuty.

Nic złego nie knuje, po prostu dobry chłopak, mrugnęła kobieta. Choć i ty mu się chyba podobasz

Ola spłonęła rumieńcem. Tego brakowało! Czuła pod skórą, iż lepiej nie zaczynać, ale jakoś żal jej Jagody

Po seansie Lena wyciągnęła 60 zł za bilety, ale Tomek odmówił.

Gdy zapraszam kogoś do kina, płacę za siebie!

To też jej nie pasowało wolała płacić sama, być niezależną. A te jego podobasz mi się głupoty, przecież tak się nie zdarza.

Gdy Tomek podwoził je pod dom, Jagoda spytała:

Tato, a gdzie pójdziemy następnym razem?

Jagoda! zganiła ją Ola.

Dziewczynka śmiesznie zakryła usta dłońmi.

Myślę, iż możemy pójść do Muzeum Zoologicznego, Tomek puścił jej lapsus. Jak ci się pomysł podoba?

Super! Mamo, idziemy?

Idźcie sami, rzuciła chłodno Ola. Weźcie panią Stefanię, ponoć kocha oglądać motyle!

Pierwsza wysiadła marzyła tylko, żeby to wszystko się skończyło. I kątem ucha, słyszała, jak Tomek mówi Jagodzie:

Jak mama nie słyszy, możesz mówić na mnie tato.

I tak Jagoda zyskała niedzielnego tatę. Czasem Ola chodziła z nimi, czasem puszczała Jagodę samą, jeżeli była Stefania Olka wciąż podejrzliwa wobec Tomka, choć córka po każdym spotkaniu promieniała. Ulegała temu entuzjazmowi, ale nie chciała, żeby to rosło: przecież w życiu nie ma takich historii, gdzie pojawia się rycerz na białym koniu. Mama zawsze wychwalała syna pod niebiosa, Ola nieraz się zastanawiała: co z nim jest nie tak, iż go tak reklamuje cudzej dziewczynie?

Ale powoli serducho Oli miękło. Tomek wszystko robił delikatnie zostawiał jej czekolady na półce, zawsze pytał o zdanie przed kolejnymi wycieczkami, próbował złapać jej spojrzenie w aucie. Ale najbardziej polubiła Stefanię świetna rozmówczyni! Gdyby nie była matką Tomka, to właśnie jej by się zwierzała.

Pewnego dnia zadzwonił, mówił coś o kinie. Jagoda natychmiast przyleciała szeptem pytała:

To Tomek?

I zaraz siadła pod bokiem.

Tak, Jagoda wpadnie się cieszyć, wymknęło się Oli.

Zaraz Zapraszam i ją, i panią. My, razem. We dwoje.

W tle trochę zbyt entuzjastyczny głos Stefani:

No, nareszcie!

Mamo, nie podsłuchuj! Ojej, przepraszam Przepraszam, Ola Mama, jak zawsze podsłuchuje.

Jagoda szepcze:

On zaprasza cię do kina?

Ola roześmiała się.

Ja też tu mam uszy. Słuchaj Tomek Ja

Tylko nie odmawiaj! Jeden szans na prawdziwego rycerza!

Powiedz o oczach, Tomek, przerywa Stefania. Powiedz jej to, co mówiłeś iż ma oczy swojej mamy

Lodowata woda w twarz. Ola była oszołomiona co do tego ma jej mama?

Tomek coś wykrzyknął do matki, po chwili powiedział:

Ola, zaraz przyjadę i wszystko ci wyjaśnię, możemy porozmawiać?

Wyjaśnienia by jej nie zaszkodziły Dreptała po domu, aż Tomek w końcu przyszedł, a Jagoda, wyraźnie wyczuwając atmosferę, siadła przy stoliku, rysując coś.

Powinienem był od razu ci wyznać zaczął Tomek. Chciałem, ale tak mi się spodobałaś Nie chciałem, żebyś myślała, iż to przez mamę. Twoją mamę. Bałem się, iż mnie znienawidzisz. Przecież to przeze mnie ona zginęła

Mówił chaotycznie, zagubiony. Ola była roztrzęsiona tak jak wtedy, gdy myślała, iż Jagoda przepadła.

Wybaczysz mi?

W całym monologu Ola nie wydusiła słowa, w końcu powiedziała:

Muszę przemyśleć.

Mamuś, no bądź miła

Tomek spojrzał wielkimi oczami na Jagodę, przypominając o umowie. Jeszcze raz popatrzył na Olę, która tylko powtórzyła:

Potrzebuję czasu. Muszę pomyśleć.

Miała milion pytań do niego, ale nie umiała wykrztusić żadnego. Gdy zadzwoniła Stefania, wszystko potoczyło się inaczej to od niej Ola dowiedziała się o wszystkim.

On nie wiedział, iż ona zginęła chroniłam go. Potem się wygadałam, i Tomek postanowił was odnaleźć. Chciał pomóc, myślał, iż w ten wieczór się przyjacielsko przedstawi. Ale wyszło jak wyszło On zakochał się od pierwszego wejrzenia! Bali się, iż zrozumiesz opacznie. Nie osądzaj go Tomek był uparty, chciał wszystkim udowodnić, iż jest mężczyzną, choćby bez ojca. Wszyscy bali się iść po lodzie, on poszedł i

Stefania broniła Tomka na każdym kroku. Ale presja Jagody była największa!

Mamo, ale on jest fajny! I kocha cię! Ja będę miała prawdziwego tatę!

Ola rozumiała ale to wszystko było jakieś nie w porządku?

Minął niemal miesiąc, Ola nie mogła zebrać się na rozmowę z Tomkiem. Ignorowała telefony, nie czytała wiadomości. Im dłużej to trwało, tym bardziej chciała z nim porozmawiać. Ale z każdym dniem trudniej.

Jagoda obudziła ją w nocy płakała, bolał ją brzuszek. Już poprzedniego dnia narzekała, Ola zwaliła to na drugi sort kefiru. Teraz Jagoda gorączkowała; nie trzeba było termometru.

Z trzęsącymi rękoma Ola wykręciła numer pogotowia, a potem nie wiedzieć czemu Tomka.

Przyjechał razem z karetką. W dresie, rozczochrany. Pojechał z nimi do szpitala, pocieszał, obiecywał, iż będzie dobrze. Ale jemu głos się trząsł.

To tylko zapalenie otrzewnej, nie ma się co bać. Wszystko będzie dobrze

Ola złapała go za rękę czy to uspokajając siebie, czy jego. Na izbie przyjęć było chłodno, nie wzięli nic ciepłego siedzieli tak blisko, jak się dało, ogrzewając się wzajemnie.

Pierwszy dobiegł do lekarza, dopytywał o operację. Ola siedziała nieruchomo. Gdyby coś się stało Jagodzie, ona by tego nie przeżyła

Ale wszystko skończyło się dobrze. Lekarze się spisali, Jagoda dzielnie walczyła w najgorszym momencie przyznał lekarz sytuacja była krytyczna.

Jakby dobry anioł ją chronił, powiedział lekarz, a Ola szepnęła: dzięki, mamo!

Tomek długo dziękował medykom; ci kazali wracać do domu Jagody na razie nie wpuszczą, rodzice muszą odpocząć.

Pod domem Ola spodziewała się, iż Tomek poprosi, żeby pójść na kawę, ale ten milczał. Wtedy powiedziała:

Już świta. Chcesz, zrobimy kawę?

I złapała się, iż naprawdę tego chce żeby wszedł. Żeby został. Na zawsze.

Jagoda wracała do zdrowia w tempie, które zdziwiło choćby pielęgniarki.

Bo mamę i tatę mam! świergotała.

Nikt oprócz Oli i Tomka nie rozumiał, dlaczego tak bardzo jej to cieszyłoNa wiosnę, gdy Jagoda wreszcie znów wspinała się na trzepak, Ola patrzyła na nią przez kuchenne okno ze środka pachniał świeży makowiec, kawa parowała w dwóch kubkach. Tomek poprawiał kołnierz, rozglądał się z nadzieją, a przez otwarte drzwi doleciał śmiech córki.

Ola przez moment zawahała się. Nie wiedziała, czy życie może być naprawdę tak proste czy można po prostu przyjąć pomoc, wybaczyć dawny ból, pozwolić sobie na szczęście. W głowie miała wciąż brzmienie słów matki Stefani, iż nie warto trzymać się urazy, jeżeli pod ręką jest ktoś, kto na ciebie czeka.

Tomek podszedł do niej cicho, dotknął jej dłoni.

Dziękuję, iż mnie nie odtrąciłaś szepnął.

Ola spojrzała mu w oczy, tym razem bez rezerwy. Kiedy Jagoda wbiegła do kuchni, prosto w ramiona taty, Ola wiedziała, iż już nie musi się bać.

Na ścianie wisiał zdjęcie jej mamy, w ramce ze szkła. Ola podniosła kubek z kawą, zwróciła się cicho do fotografii, jakby mówiła do ducha:

Mamo udało się. Dałaś mi siłę, a teraz wierzę, iż w końcu możemy być szczęśliwi.

Jagoda wtuliła się w Tomka, a potem doskoczyła do Oli. Chwycili się wszyscy za ręce, śmiejąc się i żartując, jakby nigdy nie było strachu i samotności. Przez moment Ola poczuła się lekka, wolna od dawnych zmartwień. To był pierwszy dzień nowego życia tego, w którym już nigdy nie będzie ich brakowało.

A za oknem świat zdawał się uśmiechać choćby autobus zajechał na czas.

Idź do oryginalnego materiału