Wspomnienie, które powraca, nie jest już śladem, ale emanacją — drgającą pozostałością po zdarzeniu, które nigdy nie zdobyło się na odwagę, by zaistnieć. Jest półcieniem, odbiciem nieobecnego, subtelnym drżeniem pomiędzy możliwością a jej zanegowaniem. A jednak trwa, jakby samo istnienie domagało się kształtu, jakby świadomość — w akcie desperackiej autokreacji — próbowała ocalić to, co nigdy nie miało prawa się wydarzyć, a mimo to domaga się miejsca w porządku bytu. Czym jest więc ten błysk, ta nagła iluminacja, w której rodzi się osobliwość? Czy to tylko halucynacja pamięci, czy może gwałtowny, pierwotny gest umysłu, próbujący ocalić własne jądro, zanim rozpłynie się ono w bezkresnej, bezimiennej substancji czasu? Fakty są kruche, efemeryczne, posłuszne jedynie kaprysom chronologii. Istnieją tylko tam, gdzie czas zgodził się je przyjąć. A co z tym, co nigdy nie wydarzyło się w żadnym wymiarze, a mimo to powraca z intensywnością większą niż doświadczenia, które naprawdę miały miejsce? Każda opowieść nosi w sobie cząstkę człowieka — choćby ta, która nie ma rodowodu w jego życiu. Czasem mam wrażenie, iż moja pamięć sięga poza własną genezę, jakbym potrafił wyobrazić sobie siebie w egzystencji, której nie przeżyłem, a która mimo to domaga się mojego głosu. Jakby była moim odrzuconym wariantem, niezaistniałą wersją mnie samego, która wciąż próbuje wrócić do światła. Z wiekiem coraz trudniej uchwycić moment, w którym życie mogłoby dopełnić się jako zamknięta, obiektywna całość. Wyobrażenie śmierci, niegdyś ostre, geometryczne, niemal architektoniczne, rozpływa się w mglistym drżeniu, w niejasnym konturze. Jakby obraz końca nie chciał już być obrazem, ale jedynie przeczuciem — echem czegoś, co dopiero nadchodzi, choć nie ma jeszcze prawa nadejść. Bo przecież nie możemy być pewni, iż to, co nas spotkało, miało jakiekolwiek znaczenie dla czasu sprzed naszych narodzin. Cykl życia, który uznajemy za własny, mógł być jedynie kontynuacją innego ja — osobliwości, która mnie poprzedzała, choć nie należała do mnie. Świadomość była moja, ale ciało — nieobecne. Istniałem jak promień, który dopiero szuka miejsca, by spaść; jak światło, które nie zna jeszcze powierzchni, na której mogłoby się zatrzymać. Dlatego wspominam rzeczy, które nigdy się nie wydarzyły. Wracam do chwil, których nie było, jakby pamięć mogła sięgać wstecz poza własne narodziny, jakby istnienie miało w sobie coś wiecznego, co tylko na chwilę przybrało moje imię, zanim znów je porzuci. Czy mogę mieć pewność, iż moje życie spełnia jakiekolwiek powołanie? Że droga, którą idę, ma znaczenie większe niż przypadkowy ruch świadomości w przestrzeni? Może tak. Może nie. Ale jedno wiem: choćby to, co wydaje się stracone, miało swój sens. Każde życie jest celem samym w sobie — choćby jeżeli alfabet, którym zostało zapisane, pozostaje dla nas nieczytelny. Moje imię wyznacza imię, którego nie ma. Mój ród jest rodem, którego nie znam. Jestem kimś pomiędzy — pomiędzy czasem, który mnie stworzył, a czasem, który mnie zapomni. Istnieję w szczelinie, w przełomie, w miejscu, gdzie byt nie pozostało pewien, czy chce mnie zachować, czy wymazać.
Świadomość bez ciała / Sunizm
Wspomnienie, które powraca, nie jest już śladem, ale emanacją — drgającą pozostałością po zdarzeniu, które nigdy nie zdobyło się na odwagę, by zaistnieć. Jest półcieniem, odbiciem nieobecnego, subtelnym drżeniem pomiędzy możliwością a jej zanegowaniem. A jednak trwa, jakby samo istnienie domagało się kształtu, jakby świadomość — w akcie desperackiej autokreacji — próbowała ocalić to, co nigdy nie miało prawa się wydarzyć, a mimo to domaga się miejsca w porządku bytu. Czym jest więc ten błysk, ta nagła iluminacja, w której rodzi się osobliwość? Czy to tylko halucynacja pamięci, czy może gwałtowny, pierwotny gest umysłu, próbujący ocalić własne jądro, zanim rozpłynie się ono w bezkresnej, bezimiennej substancji czasu? Fakty są kruche, efemeryczne, posłuszne jedynie kaprysom chronologii. Istnieją tylko tam, gdzie czas zgodził się je przyjąć. A co z tym, co nigdy nie wydarzyło się w żadnym wymiarze, a mimo to powraca z intensywnością większą niż doświadczenia, które naprawdę miały miejsce? Każda opowieść nosi w sobie cząstkę człowieka — choćby ta, która nie ma rodowodu w jego życiu. Czasem mam wrażenie, iż moja pamięć sięga poza własną genezę, jakbym potrafił wyobrazić sobie siebie w egzystencji, której nie przeżyłem, a która mimo to domaga się mojego głosu. Jakby była moim odrzuconym wariantem, niezaistniałą wersją mnie samego, która wciąż próbuje wrócić do światła. Z wiekiem coraz trudniej uchwycić moment, w którym życie mogłoby dopełnić się jako zamknięta, obiektywna całość. Wyobrażenie śmierci, niegdyś ostre, geometryczne, niemal architektoniczne, rozpływa się w mglistym drżeniu, w niejasnym konturze. Jakby obraz końca nie chciał już być obrazem, ale jedynie przeczuciem — echem czegoś, co dopiero nadchodzi, choć nie ma jeszcze prawa nadejść. Bo przecież nie możemy być pewni, iż to, co nas spotkało, miało jakiekolwiek znaczenie dla czasu sprzed naszych narodzin. Cykl życia, który uznajemy za własny, mógł być jedynie kontynuacją innego ja — osobliwości, która mnie poprzedzała, choć nie należała do mnie. Świadomość była moja, ale ciało — nieobecne. Istniałem jak promień, który dopiero szuka miejsca, by spaść; jak światło, które nie zna jeszcze powierzchni, na której mogłoby się zatrzymać. Dlatego wspominam rzeczy, które nigdy się nie wydarzyły. Wracam do chwil, których nie było, jakby pamięć mogła sięgać wstecz poza własne narodziny, jakby istnienie miało w sobie coś wiecznego, co tylko na chwilę przybrało moje imię, zanim znów je porzuci. Czy mogę mieć pewność, iż moje życie spełnia jakiekolwiek powołanie? Że droga, którą idę, ma znaczenie większe niż przypadkowy ruch świadomości w przestrzeni? Może tak. Może nie. Ale jedno wiem: choćby to, co wydaje się stracone, miało swój sens. Każde życie jest celem samym w sobie — choćby jeżeli alfabet, którym zostało zapisane, pozostaje dla nas nieczytelny. Moje imię wyznacza imię, którego nie ma. Mój ród jest rodem, którego nie znam. Jestem kimś pomiędzy — pomiędzy czasem, który mnie stworzył, a czasem, który mnie zapomni. Istnieję w szczelinie, w przełomie, w miejscu, gdzie byt nie pozostało pewien, czy chce mnie zachować, czy wymazać.





![[FOTO] Pożar pustostanu przy ul. Kościelnej. Poszkodowana została jedna osoba](https://img.czecho.pl/2026/05/interwencja_strazy_pozarnej_przy_ul_koscielnej_w_czechowicach_dziedzicach_8_05_202_e0de.jpeg)



![[FOTO] Pożar w Wilkowicach. Budynek w całości objęty ogniem. Trwa akcja gaśnicza!](https://img.bielsko.info/2026/05/687049151_1441684174663960_4694564168390235940_n_58c0.jpg)





English (US) ·
Polish (PL) ·
Russian (RU) ·