Bandaż na moich żebrach był nałożony ciasno i fachowo. Miller wytarła zakrwawione ręce, a w mieszkaniu na Czwartej Alei znów zapadła cisza. Adrenalina, która jeszcze przed chwilą pchała nas do przodu, wyparowała, zostawiając po sobie tylko sterylny zapach środków odkażających i brutalne zmęczenie.
Spooner wciąż siedział na krześle, wciśnięty w kąt, jakby próbował stopić się ze ścianą.
Podszedłem do szafki nad zlewem. Otworzyłem ją, ignorując ciche chrupnięcie w klatce piersiowej. Wyciągnąłem napoczętą butelkę taniego bourbona i trzy zakurzone szklanki. Nalałem na dwa palce do każdej z nich. Jedną przysunąłem po blacie w stronę informatora, drugą podałem Miller. Na początku zawahała się, patrząc na bursztynowy płyn, ale w końcu zacisnęła na niej palce.
— Pij — rzuciłem do Spoonera. — Na koszmary działa najlepiej.
Spooner złapał szklankę dwiema trzęsącymi się dłońmi. Płyn uderzył o jego zęby. Przełknął głośno, zamykając oczy.
— Mark... — zaczął nagle Spooner, a jego głos, choć wciąż chrapliwy, przestał drżeć z przerażenia. Spojrzał na dno szklanki. — On nigdy nie zakładał mi kajdanek od razu. Pamiętam, jak złapał mnie na gorącym za starym magazynem z elektroniką. Miałem pełne kieszenie fantów. Byłem pewien, iż to koniec. Że zgniję na dołku.
Spojrzał na mnie, a w jego przekrwionych oczach zaszkliły się łzy.
— Zabrał mnie do budy z burgerami. Kupił mi podwójnego z frytkami i powiedział: „Zjedz to, dzieciaku, bo wyglądasz, jakbyś miał zaraz zemdleć, a ja nie będę wypisywał protokołu zawału u gówniarza”. — Spooner uśmiechnął się słabo, niemal do siebie. — On wiedział, iż jestem śmieciem, Adam. Ale jako jedyny w tym cholernym mieście nie patrzył na mnie jak na śmiecia.
Miller upiła mały łyk, opierając się o krawędź zlewu.
— Jaki on był, Harrison? — zapytała cicho. — Poznałam go dopiero dwa miesiące temu, kiedy Rodriguez przydzieliła mnie do jego patrolu. Był wymagający, surowy. Ale w komendzie wszyscy szeptali, iż Sheppard to relikt przeszłości.
— Bo był — odpowiedziałem, czując, jak wspomnienia zaciskają mi gardło. — Mark był jedynym gliną, który naprawdę wierzył w tę mosiężną blachę. Kiedy zaczynałem, byłem tylko chodzącym kalkulatorem z dyplomem. Zamarzałem na widok trupa, a reszta wydziału miała mnie za dziwaka. On jako jedyny zobaczył w tym zamarzaniu pęknięcie, z którego można zrobić użytek.
Sięgnąłem do kieszeni spodni, wyciągając dwa białe, podłużne tabletki przeciwbólowe. Wrzuciłem je do ust i popiłem potężnym haustem bourbona. Alkohol spalił mi przełyk, uderzając w żołądek z tępą siłą.
Miller zmarszczyła brwi, patrząc na moją szklankę. — Wiesz, iż nie powinieneś mieszać tego syfu z alkoholem, prawda?
— Wiem — mruknąłem, opierając się o blat i czując, jak przyjemne, sztuczne ciepło zaczyna rozlewać się po obolałych mięśniach. — Ale dzisiaj rano obiecałem sobie, iż przestanę liczyć. Za Marka !
Uniosłem szklankę w stronę Miller. Stuknęła , a cichy brzęk szkła był jedynym requiem, na jakie było nas stać na w tym zatłoczonym mieszkaniu.
Rano uświadomiłem sobie, jak wielkim błędem było to milczące requiem.
Zegarek na szafce nocnej wskazywał siódmą. Głowa pulsowała mi tępym, rytmicznym bólem, który rozchodził się aż po kark. Ale to było nic w porównaniu z ogniem pod żebrami. Środki przeciwbólowe wymieszane z whiskey wypłukały się z organizmu, zostawiając po sobie kaca giganta i otwarte wrota dla fizycznego cierpienia. Każdy oddech był katorgą. Rana rwała tak mocno, iż przez dłuższą chwilę musiałem siedzieć na brzegu łóżka z zamkniętymi oczami, walcząc z odruchem wymiotnym.
Zimny prysznic tylko trochę mnie otrzeźwił. Spooner zniknął o świcie – upewniłem się, iż wziął ode mnie gotówkę i pojechał do bezpiecznej dziury za miastem, z dala od WSW i ludzi Owensa. Miller pojechała prosto do wydziału.
Kiedy godzinę później przekroczyłem próg komendy, czułem się jak chodzący wrak. Światło jarzeniówek cięło mnie po oczach, a dźwięk dzwoniących telefonów wiercił dziury w czaszce.
Nie zdążyłem choćby dojść do swojego biurka, gdy drogę zastąpił mi sierżant z dyżurki. — Harrison. Kapitan Rodriguez chce cię widzieć w swoim gabinecie. Od razu.
Wiedziałem, iż to nie będzie kurtuazyjna pogawędka. W środku, oprócz Rodriguez, w której jasnym żakiecie nie było ani grama wyrozumiałości, siedział Porucznik Lynch z WSW. Jego obecność zawsze oznaczała twarde lądowanie.
— Detektywie Harrison — zaczęła lodowato Rodriguez, splatając dłonie na biurku. — Minęły dni od naszej ostatniej rozmowy. W sprawie morderstwa Katy Hegry nie zanotowaliśmy absolutnie żadnego postępu. Frank złożył kolejne zażalenie o nękanie go przez wydział.
— Sprawdzam stare ślady finansowe... — zacząłem, ale Lynch wszedł mi w słowo, opierając się ciężko o oparcie krzesła.
— Ty nic nie sprawdzasz, Harrison. Ty grasz na czas — wycedził oficer ,patrząc na mnie przez swoje wąskie okulary. — Jesteś odsunięty od sprawy doków, a mimo to mój wydział dostaje sygnały, iż twój wóz widziano wczoraj wieczorem blisko strefy portowej w San Pedro. Ostrzegałem cię. Szukasz duchów i mitycznych informatorów, żeby ukryć fakt, iż sprawa architekta to martwy punkt.
— Nikt nie każe wam wierzyć w duchy. Ja szukam dowodów, Lynch.
— Masz jeszcze czterdzieści osiem godzin, Harrison — ucięła Rodriguez, podnosząc się z fotela. — jeżeli nie przyniesiesz mi czegoś, co prokurator będzie mógł wziąć do ręki, zamykam sprawę Hegry`ego, a pan przenosi się do archiwum. Bez dyskusji.
Wyszedłem z gabinetu z zaciśniętymi zębami. Kac, ból w boku i ta bezproduktywna rozmowa sprawiły, iż zaczynałem tracić ostrość widzenia.
Idąc przez open space wydziału, poczułem coś niepokojącego. zwykle komenda żyła własnym, chaotycznym rytmem – krzyki, rzucane w biegu dokumenty, dźwięki klawiatury. Ale dzisiaj, przechodząc między biurkami, czułem, jak powietrze gęstnieje.
Dwóch detektywów z wydziału narkotykowego, z którymi Owens kiedyś często pił kawę, przerwało rozmowę, gdy ich mijałem. Wpatrywali się we mnie w milczeniu. Przy kserokopiarce stał facet z prewencji – jego wzrok ślizgał się po mojej zakrwawionej dawno temu kurtce, a dłoń dziwnie blisko spoczywała na pasie z bronią.
Czy to byli ludzie Owensa? Ci sami, którzy wpuścili Szkło do miasta i patrzyli, jak Mark wykrwawia się na pirsie numer siedem? Czy po prostu wiedzieli, iż jestem tykającą bombą i lada dzień stracę blachę?
Zatrzymałem się na moment przy swoim biurku, chwytając się blatu. Kombinacja leków i whiskey robiła swoje. Paranoja zaczynała sączyć się do mojego mózgu jak czarna maź. Widziałem spisek w każdym spojrzeniu i słyszałem ostrzeżenie w każdym chrząknięciu. Musiałem stąd wyjść na świeże powietrze, zanim całkowicie zwariuję.
Pchnąłem obrotowe drzwi komendy i uderzył we mnie gorący, poranny wiatr.
Zatrzymałem się na schodach, biorąc głęboki oddech. I wtedy to zobaczyłem.
Po drugiej stronie ulicy, pod starym, wyblakłym szyldem lombardu, stał zaparkowany ciemny, amerykański sedan. Miał mocno przyciemniane szyby. Silnik pracował cicho, ale w rurze wydechowej lekko drżało powietrze. Zza kierownicy nie było widać twarzy, tylko zarys sylwetki kogoś, kto wpatrywał się prosto we mnie.
Kiedy zszedłem pierwszy stopień, samochód powoli ruszył z miejsca, włączając się do ruchu. Żadnego pisku opon. Czysta, profesjonalna obserwacja.
Przełknąłem ślinę. Ból pod żebrami znów zapulsował, przypominając mi, iż świat wokół mnie nie jest urojeniem. To nie była paranoja wywołana przez prochy. Pętla wokół mojej szyi zaciskała się naprawdę, a ludzie Owensa właśnie wyszli z cienia.
Patrzyłem w lusterko wsteczne, czując, jak zimny pot spływa mi po karku. Ciemny sedan wciąż tam był. Siedział mi na ogonie jak zły sen, trzymając stały dystans dwóch długości samochodu.
Znałem swój stan. Byłem wykończony. Moje ciało paliło żywym ogniem od starych i nowych ran, a umysł działał wyłącznie na oparach sztucznej kofeiny i przeciwbólowej chemii. Gdybym pojechał prosto na komendę, Lynch lub ludzie Vargi dopadliby mnie na ich własnych warunkach. Musiałem wciągnąć ich w bagno, które znałem lepiej niż oni.
Szarpnąłem kierownicą, zjeżdżając z głównej arterii prosto w labirynt przemysłowej dzielnicy. Osiem cylindrów Victorii zaryczało, gdy uderzyłem w wąską uliczkę między starymi ceglanymi magazynami. Sedan przyspieszył. Graliśmy w kotka i myszkę. Z piskiem opon wpadłem pod wiadukt, przeciąłem niestrzeżony przejazd kolejowy i natychmiast zgasiłem światła, wbijając się w głęboki, czarny zaułek za opuszczoną przetwórnią ryb.
Siedziałem w absolutnej ciemności. Moje serce tłukło o żebra z siłą młota. Po kilku sekundach usłyszałem powolny szum opon. Ciemny sedan przetoczył się tuż obok mojego ukrycia, omiatając ścianę światłami, i pojechał dalej, kierując się w stronę portu. Zgubiłem ich, ale wiedziałem, iż pętla zaciska się coraz mocniej.
Godzinę później przekręciłem trzy zamki w swoim mieszkaniu na Czwartej Alei.
Zaduch uderzył mnie od samego progu. Miller stała przy kuchennym blacie, z rękami zaplecionymi na piersi, wpatrując się w moją tablicę śledczą. W kącie pokoju, na starym fotelu, siedział Spooner. Miał podkrążone oczy i trząsł się, nerwowo obgryzając paznokcie. Wyglądał, jakby nie spał od tygodnia.
— Jesteś blady jak ściana, Adam — powiedziała Miller, obrzucając mnie szybkim, taksującym spojrzeniem.
— Mam ogon — rzuciłem krótko, podchodząc do zlewu i napełniając szklankę wodą. — WSW, a może prywatni czyściciele Owensa. Nie wiem. od dzisiaj zakładamy, iż żaden oficjalny kanał nie jest bezpieczny. Co mamy na tablicy?
Podeszliśmy do ściany pokrytej notatkami. Złudzenie kontroli. Były tam wyciągi z banku, o które Miller walczyła pół dnia, nagranie z monitoringu i przypięte szpilkami kopie starych faktur ze skrytki.
— To katastrofa, Harrison — Miller przetarła twarz dłonią, wskazując na papiery. — Wiemy, iż Frank był na krawędzi bankructwa i żył z kapitału Katy. Wiemy z monitoringu, iż o 20:10 nie zachowywał się jak facet w szoku. Ale to wszystko to czyste poszlaki. Sąd to zje i wypluje. Barnes wejdzie na salę i powie, iż jego klient był w traumie, a majątek żony był ich wspólną sprawą. Nie mamy narzędzia zbrodni. Nie mamy świadka morderstwa. Proces rusza za trzy dni, a my mamy wydmuszkę.
Miała rację i to bolało najbardziej. Frank był o krok od uniewinnienia.
Nagle z kąta pokoju dobiegło ciche szuranie. Spooner podniósł się z fotela, wpatrując się w jeden z wydruków, które przykleiliśmy po prawej stronie tablicy – tam, gdzie rozrysowaliśmy układ logistyczny z doków i transporty Szkła. Były tam też niewyraźne zdjęcia zrobione z ukrycia, przedstawiające ludzi Vargi i czarne samochody rządowe na Terminal Island.
Spooner wyciągnął trzęsący się, brudny palec i wskazał na rozmazaną twarz mężczyzny w garniturze, wsiadającego do limuzyny.
— Ja... ja go znam — wybełkotał informator, przełykając głośno ślinę. — Widziałem go wtedy zza kontenerów. To on przyjechał rozmawiać z Vargą, kiedy wywozili pierwsze partie. Myślałem, iż to jakiś boss od kartelu...
Spojrzałem na zdjęcie, a potem na Miller. Poczułem, jak resztki powietrza uciekają mi z płuc.
— To Dixon — szepnęła Miller, wpatrując się w odbitkę z rosnącym przerażeniem. — Zastępca burmistrza. Adam, przecież to on zatwierdzał dotacje na inwestycje Hegry`ego. Oni wszyscy tkwią w tym samym układzie. Ratusz, komenda, doki i architektura.
Czułem potężny przypływ adrenaliny. Złapałem marker. — Mam go! Mogę iść z tym do prokuratora stanowego. Ominiemy Owensa, zrobimy z tego federalną sprawę...
— Oszalałeś?! — Miller złapała mnie za ramię, z siłą odciągając od ściany. Jej oczy płonęły chłodnym, bezlitosnym realizmem. — Słyszysz, co ty w ogóle mówisz? Zastępca burmistrza? A jaki masz dowód? Chcesz iść do prokuratora stanowego i położyć mu na biurku zeznania narkomana z wyrokami, który ukrywa się przed mafią w twojej kuchni?!
Zapadła głucha cisza. Spooner skurczył się w sobie, uciekając wzrokiem.
— Żaden sąd tego nie uzna, Adam — ciągnęła Miller cichym, miażdżącym tonem. — Adwokaci Dixona zniszczą Spoonera w trzy minuty, a z nas zrobią niepoczytalnych paranoików. jeżeli nie złapiemy ich z towarem w ręku, nie mamy nic.
Wściekłość eksplodowała we mnie z oślepiającą siłą. Uderzyłem pięścią w ścianę, tuż obok tablicy. Tynk posypał się na podłogę.
— To znajdę ten towar! — warknąłem. — Popytamy na ulicy. Uderzymy w środek!
Trzydzieści minut później jechaliśmy z Miller Fordem przez ciemne ulice ósmego dystryktu. Namierzyliśmy dilera rozprowadzającego Szkło w niecały kwadrans. Dwa szybkie ciosy na zapleczu brudnego zaułka wystarczyły, żeby chłopak zaczął śpiewać. Podał nam adres magazynu na obrzeżach strefy handlowej.
Podjechaliśmy tam bez świateł. Z pistoletami w dłoniach, gotowi na ostateczne starcie, wyważyliśmy boczne drzwi.
Wpadłem do środka z lufą wycelowaną przed siebie.
— Policja! — krzyknąłem, a moje słowa odbiły się echem.
Opusciłem broń. Magazyn był całkowicie pusty. W powietrzu unosił się tylko kurz oświetlony światłem ulicznych latarni. Palety były wyczyszczone. Musieli wiedzieć, iż węszymy, i przenieśli dziuplę. Zawsze byli o krok przed nami. Zawsze poza zasięgiem.
Wróciłem do samochodu, ledwo powłócząc nogami. Miller nic nie powiedziała. Nie musiała. Przegrywaliśmy.
Zostawiłem Miller w śródmieściu i pojechałem tam, gdzie jechałem zawsze, gdy w głowie zostawała mi już tylko bezsilność.
Gabinet Evelyn Reed był spowity półmrokiem, oświetlony tylko jedną lampą z zielonym abażurem. Siedziałem na kanapie, nie zdejmując zakrwawionej kurtki. Nie przyszedłem na terapię. Przyszedłem, bo od śmierci Marka tylko w tym pokoju nie czułem zapachu zgnilizny tego miasta.
— Powiesimy go na wokandzie i on wygra, Evelyn — mówiłem cicho, wpatrując się we własne dłonie. — Barnes go wyciągnie. Uniewinnią go, bo nie potrafię znaleźć tego cholernego pistoletu. Narzędzie zbrodni po prostu wyparowało. A ja siedzę i patrzę, jak facet, który zastrzelił żonę, wraca do budowania swoich szklanych wieżowców, chroniony przez tych samych ludzi, którzy zabili mi partnera.
Dr Reed siedziała w fotelu naprzeciwko, obserwując mnie z tym swoim głębokim, analitycznym spokojem. Nie notowała.
— Adam, rozpracowałeś profil Franka lepiej, niż zrobiłby to jakikolwiek psychiatra w tym mieście — zaczęła łagodnie. — Znasz go. Wiesz, iż narcyz z kompleksem boga nie rzuca monetą. Tacy ludzie nie popełniają błędów z przypadku.
Podniosłem na nią wzrok, nie do końca rozumiejąc.
— Walczysz z systemem, Adamie — kontynuowała, opierając łokcie na kolanach. — Frank zbudował swój system w domu, a skorumpowani gliniarze zbudowali swój w porcie. Nie zniszczysz ich, uderzając z zewnątrz. Musisz pozwolić, by ten system uwierzył, iż zatryumfował. Kiedy Frank zostanie uniewinniony, jego mechanizmy obronne opadną. Zrobi się pewny siebie. A narcyz, który czuje się bezkarny, zawsze wraca do swojego największego dzieła.
Oparłem głowę o oparcie kanapy. Oczy same mi się zamykały. Porażka w sądzie zbliżała się nieuchronnie jak zderzenie z pociągiem. Ale po raz pierwszy, słuchając chłodnego głosu Evelyn, uświadomiłem sobie, iż uniewinnienie Franka może nie być końcem tej historii. Może być po prostu jedynym sposobem, bym dostał się do prawdziwych fundamentów tego miasta.













English (US) ·
Polish (PL) ·
Russian (RU) ·