Rozdział 12 / Jake1994

publixo.com 1 dzień temu

Szpitalny wózek inwalidzki skrzypi na każdym zakręcie sterylnego korytarza. Gray pcha mnie osobiście, ignorując pytające spojrzenia personelu. Moja klatka piersiowa jest ciasno owinięta bandażami, a każdy oddech to walka z mdłościami. Morfina sprawia, iż świat jest miękki i rozmyty na krawędziach, ale nienawiść, którą czuję, pozostaje ostra jak skalpel.
Wjeżdżamy do małego, ciemnego pomieszczenia. Pachnie tu kurzem i ozonem z aparatury nagrywającej. Przede mną znajduje się lustro weneckie. Po drugiej stronie, w oślepiającym świetle jarzeniówek, siedzi Varga. Wygląda jak potwór z taniego horroru. Ma spuchniętą twarz, nos zaklejony plastrami i usztywnienie na szczęce, które sprawia, iż każde słowo musi sprawiać mu ból. Cieszę się z tego bólu. To jedyna sprawiedliwość, jaką mogłem mu wymierzyć osobiście.
Przy stole siedzi dwóch ludzi z Wewnętrznego. Gray staje obok mojego wózka, kładąc dłoń na oparciu. Czuję, jak bije od niego napięcie. — Patrz uważnie, Adam — szepcze Gray. — To jest ten moment, w którym układ sił zaczyna pękać.
Varga na ekranie monitora – bo choćby nie mam siły patrzeć bezpośrednio przez szybę – spluwa krwią do plastikowego kubka. — Nie mam zamiaru gnić za was wszystkich — charcze, a jego głos jest ledwo słyszalny przez głośniki. — Obiecano mi emeryturę w Cabo, a zamiast tego dostałem Harrisona z amokiem w oczach. — Mów o San Pedro, detektywie — rzuca jeden z przesłuchujących. — Kto finansował transporty? Kto podpisywał zwolnienia z kontroli celnej?
Varga uśmiecha się krzywo, co musi go boleć, bo syczy przez zęby. — Myślicie, iż to był jakiś błąd w komunikacji? Że Mark po prostu znalazł się w złym miejscu? — Varga spluwa krwią do kubka i nachyla się nad stołem, a jego głos staje się nienaturalnie spokojny. — To Owens kazał mi go sprzątnąć. Owens to wasz człowiek. To on osobiście wysłał Marka na pirs numer siedem. Powiedział mu, iż ma tam pewnego informatora, który boi się rozmawiać z detektywami. Mark, ten stary idiota, uwierzył mu na słowo. Myślał, iż kapitan wyciąga do niego rękę, żeby wspólnie zamknąć sprawę Szkła. choćby mu podziękował, zanim wyszedł z komendy.
Zaciskam palce na podłokietnikach wózka tak mocno, iż czuję, jak szwy pod żebrami znowu zaczynają pulsować. Widzę tę obojętność w jego oczach i krew uderza mi do skroni.
— Owens stał w oknie i patrzył, jak Mark wsiada do radiowozu — kontynuuje Varga, a w jego głosie słychać nutę chorobliwego podziwu. — Wiedział, iż na pirsie numer siedem nikt nie czeka na rozmowę. Czekali tam ludzie z San Pedro z odbezpieczoną bronią. To Owens podał im dokładną godzinę. Mark zginął, myśląc, iż w końcu grają w jednej drużynie. Że jego kapitan w końcu go dostrzegł. A Owens? Owens po prostu skreślił nazwisko z listy problemów i wrócił do picia kawy.
W pokoju obserwacyjnym zapada cisza, która dzwoni w uszach. Gray oddycha ciężko, czuję, jak jego dłoń na moim oparciu zaciska się do białości kłykci. — A co ze Szkłem? — pyta gliniarz z Wewnętrznego.
Varga nachyla się jeszcze bliżej, aż jego twarz niemal dotyka mikrofonu. — Szkło to operacja logistyczna Owensa. On pilnował, żeby żadne „przypadkowe” patrole nie kręciły się tam, gdzie szły transporty. Myśleliście, iż to mafia trzyma miasto za gardło? Nie. To wydział detektywistyczny pod zarządem Owensa. To najsprawniejszy kartel w tym stanie, bo nosi blachy i zna kody radiowe. Owens nie handluje narkotykami. On handluje bezpieczeństwem tych, którzy je dowożą.
Gray wyłącza głośnik. Głos Vargi znika, zostaje tylko szum klimatyzacji. Patrzę przez szybę na tego wraka w pokoju przesłuchań i czuję, jak powietrze w końcu wypełnia moje płuca bez tego palącego oporu. — Odwieź mnie do sali, komendancie — mówię cicho. — Mam dość.
W sali szpitalnej jest ciemno. Sarah poprawia mi poduszkę. Nie pyta, gdzie byłem. Widzi krew na moich dłoniach i sińce na twarzy, ale po prostu podaje mi szklankę wody i tabletkę. — Śpij, Harrison — mruczy, przykrywając mnie kocem. — Tym razem nigdzie cię nie puszczę. choćby jeżeli sam Gray przyjdzie z odznaką.
Po raz pierwszy od nocy w San Pedro nie widzę pod powiekami pirsu numer siedem. Nie widzę oczu Marka. Widzę tylko szarość, spokojną i pustą. Ból pod żebrami staje się tępy, odległy, jakby należał do kogoś innego. Wspomnienie Dutcha, nienawiść do nazwiska, Szkło i kłamstwa wydziału – to wszystko zostaje za drzwiami. Zasypiam.
Siedzę w fotelu u dr Reed. Gabinet pachnie herbatą jaśminową i starymi książkami. To było dwa lata temu. Właśnie zamknąłem swoją pierwszą dużą sprawę – seryjne włamania w Echo Park. — Słyszałam o Echo Park, Adam — mówi Reed. — Gazety piszą o „młodym Harrisonie, który ma nosa”. — To tylko statystyka, doktorze — odpowiadam. — Nie, Adam. To pierwszy raz, kiedy naprawiłeś coś, czego nie ty zepsułeś. Dzisiaj Harrison oznacza dla kogoś ratunek. Gratuluję ci. Nie detektywowi. Tobie. Otwieram oczy w szpitalnej sali. Uśmiecha się blado do białego sufitu. jeżeli Harrison kiedyś oznaczał ratunek, to teraz, dla Owensa, będzie oznaczał koniec. Zasypiam naprawdę. Tym razem bez strachu przed tym, co znajdę w szufladach. Wiadomość od Graya o ucieczce Owensa jest ostatnią rzeczą, którą rejestruję, zanim świat zaczyna się topić. Gorączka uderza nagle, jak fala wrzątku. Czuję, jak pod bandażami rwie mnie już nie tylko rana, ale cała strona ciała. Moja krew zamienia się w truciznę. Próbuję wezwać Sarah, ale moja ręka jest za ciężka. Wymiotuję szarozieloną wydzieliną, a pot leje się ze mnie litrami. Każdy oddech sprawia fizyczny ból, jak przy dźganiu nożem. A potem światło jarzeniówek gaśnie. Mam dziesięć lat. Jest lipiec. Jemy lody przy molo w Santa Monica. Śmiejemy się. Jej dłoń jest ciepła, trzyma moją tak mocno, jakby nigdy nie miała puścić. Jestem tylko ja, chłopiec, który czuje, iż jest kochany. — Obiecaj mi, iż zawsze będę pamiętał ten blask — szepcze. Chcę jej odpowiedzieć, ale jej twarz zaczyna pękać. Skóra staje się sina, krystaliczna. Z jej ust wydobywa się różowa piana.
Ten koszmar nie kończy się po jednej nocy. Szarozielona wydzielina dławi mnie co kilka godzin, wyrywając z rwanego snu prosto w sterylną ciemność. Pot leje się ze mnie litrami, zimny i lepki, a prześcieradło gwałtownie robi się od niego mokre. Kiedy płyny z kroplówek na chwilę zbijają temperaturę, zostaje tylko tępy bezwład. Moja ręka jest za ciężka, leży bezużyteczna na materacu, nie mam choćby siły nacisnąć przycisku wezwania pomocy. Słyszę strzępy głosów, czuję, jak Sarah siłą przewraca mnie na bok, żeby kolejna fala żółci mnie nie udusiła. Każdy wymuszony oddech sprawia fizyczny ból, jakby szwy pod żebrames rwały się przy każdym ruchu klatki piersiowej. Ten stan trwa całymi dniami. Światło za oknem zmienia się kilkanaście razy, zanim zakażenie odpuszcza, a ramię odzyskuje na tyle sprawności, by utrzymać szklankę wody bez rozlewania jej na bandaż.
Gray pojawia się w sali dopiero rano, kiedy potrafię już utrzymać pion na poduszkach bez natychmiastowych zawrotów głowy. Wygląda na faceta, który właśnie przegrał wojnę.
— Owens... gdzie on jest? — mój głos to suchy chrzęst.
— Nie wiem. Zapadł się pod ziemię. Prokuratura wycofała nakazy. Naciski z ratusza są zbyt silne, Adam. Uznali, iż twoje dowody są „niejasnego pochodzenia”, a zeznania Vargi...
— Co z Vargą? — przerywam mu, a ból w krtani wciąż pali przy każdym słowie. — Słyszeliśmy go. Sypnął Owensa na nagraniu.
— Varga nie żyje, Adam — rzucił Gray, unikając mojego wzroku. — Oficjalnie: atak serca w izolatce. Zeznania martwego świadka, których nie zdążył podpisać przed prokuratorem, są teraz nic niewarte.
Poczułem, jak krew pulsuje mi w skroniach. Ponad tydzień mojego konania w tym łóżku wystarczył, by wycięli język jedynej osobie, która mogła ich posłać za kraty.
— Czyli sprzątnęli go na własnym podwórku — stwierdzam.
— Wstrzymałem śledztwo, Adam. Nie miałem wyjścia. Góra naciska na szybkie zamknięcie tej sprawy. Owens został uznany za zaginionego, a z ciebie robią wariata z traumą, który wymusił zeznania na Vardzie siłą.
Gray kładzie na szafce moje ubrania. Na samej górze leży moja odznaka.
— Nie mogę ci pomóc, Adam. jeżeli wyjdziesz z tego pokoju, jesteś na własną rękę.
Podciągam się minimalnie na łóżku, ignorując pieczenie w boku. Sięgam do szafki, wyjmuję portfel i z ukrytej przegródki wyciągam małą kartę micro-SD. Kładę ją na metalowym blacie.
— Myśli pan, iż jestem głupi, komendancie? — charczę. — Myśli pan, iż po tym, co zobaczyłem w dokach, ufałem komukolwiek? choćby panu? To, co dałem panu wcześniej, to była tylko przynęta. Chciałem zobaczyć, czy pan też pęknie, kiedy góra zacznie naciskać.
Zabieram odznakę i zaciskam na niej dłoń.
— Mark ufał Owensowi do samego końca i leży w ziemi. Ja nie popełnię tego błędu. Tutaj są twarde dane, których Varga nie zdążył skasować. Nagrania rozmów Owensa, kody autoryzacji transportów i przelewy. Varga trzymał to jako polisę, a ja mu to odebrałem w marinie. Owens uciekł, bo wiedział, iż ja wciąż oddycham i iż mam to przy sobie.
Gray milczy, patrząc na kartę. W końcu wyciąga po nią rękę. Cofam dłoń z tą kartą. Gray patrzy na mnie wyczekująco.
– Przestań chrzanić, komendancie. Ta karta nic nie zmieni, jeżeli ty znowu zaczniesz czekać na procedury. Varga nie żyje, bo myślałeś, iż system go ochroni. Owens kontroluje to miasto, bo wszyscy gracie według zasad, które on sam napisał.
Próbuję się podnieść wyżej, ale ból natychmiast wciska mnie z powrotem w poduszki. Zimny pot znów zaczyna mi spływać po karku. Nie mam siły utrzymać prosto pleców. Osłabienie po sepsie całkowicie odebrało mi kontrolę nad mięśniami. Gray patrzy na moją bezsilność z ponurym realizmem.
– Jesteś wrakiem, Harrison. Nigdzie nie pojedziesz. Przez najbliższe tygodnie ledwo dojdziesz do łazienki.
Zaciskam zęby, ale wiem, iż nie kłamie. Nogi mam z waty. Puszczam kartę, która z głuchym stukotem ląduje na szafce.
– Więc weź to, Gray. Weź to i uderz teraz, zanim Owens zniknie. Cztery godziny temu puścił fałszywy trop na północ, żeby kupić sobie czas. Ale on nie zostawi interesów ze Szkłem. Szukaj go w San Pedro, w prywatnym garażu zapisanym na jego zmarłego szwagra. Albo go dopadniesz, albo wygra, kiedy ja będę gnić w tym łóżku.
Gray bierze kartę z blatu i chowa ją głęboko do kieszeni.
– San Pedro. Odpoczywaj, Adam. Musisz z tego wyjść. Ja sprawdzę ten adres.
Wychodzi bez słowa, a drzwi zamykają się z cichym kliknięciem. Zostaję sam w ciemnej sali, unieruchomiony, słuchając tylko miarowego pikania aparatury.



Idź do oryginalnego materiału