Przyznał się za 20 złotych i kanapkę. Dziś zarzeka się, iż jest niewinny. Oni mu uwierzyli

19 godzin temu
Henryk Sieklucki twierdzi, iż nie jest mordercą. Przekupiony kanapką przez policjantów, przyznał się do wszystkiego. Sąd nie miał wątpliwości. A już na pierwszy rzut oka widać, iż sprawa wcale taka oczywista nie jest.


Jest 24 lutego 2008 roku. Mirek i Darek, jak co dzień rano, idą do szkoły spacerem, wzdłuż drogi wojewódzkiej nr 230 na Pomorzu. W oddali, na zamarzniętym polu pomiędzy wsiami Janiszewo i Kursztyn, widzą jakiś podłużny kształt. Podchodzą bliżej. To ciało kobiety, przykryte kocem.
REKLAMA


Policjanci, wezwani przez chłopców, nie mają wątpliwości. Kobieta została zamordowana, ma poderżnięte gardło i liczne rany od noża na całym ciele. Jej spodnie są częściowo opuszczone, zamek rozerwany.Szybko ustalają, iż to 24-letnia Emilia z pobliskich Cierzpic. Dziewczynę ostatni raz widziano 10 stycznia, miała na sobie tę samą czerwoną bluzkę i jasną kurtkę.


. GAZETA.PL


Ostatnia nocWiele wskazuje na to, iż ostatnią noc swego życia Emilia spędziła w Kursztynie u znajomych. Rano zerwała się wcześnie. Powiedziała, iż musi pomóc matce rozpalić ogień w piecu.


Policjanci przesłuchują brata denatki, Radosława. Zeznaje, iż Emilia - jak większość młodych kobiet w popegeerowskich wsiach - nie pracowała i nie uczyła się. Z Piotrem S., jej chłopakiem, poznała się na tzw. złodziejowie - okrytym złą sławą osiedlu w Pelplinie, gdzie był skup złomu i czasem sprzedawała tam puszki po napojach. Radosław czasem pożyczał Piotrowi 10 złotych, wiedział, iż to na "wieczne oddanie", bo chłopak Emilii nigdy nie miał pieniędzy. Kiedyś siedział w więzieniu, był po rozwodzie.Emilia była w Piotrze zakochana. Planowali choćby ślub, ale ostatnio coś się między nimi psuło. W jej telefonie komórkowym, który leżał na polu obok ciała, zachował się wierszyk wysłany narzeczonemu na początku stycznia."Zmykaj kotku do łóżeczka,tam już czeka poduszeczka.Zamknij oczka swoje dwa,Bo cię tulę właśnie ja.Jeszcze czulej ucałuję,miłą nockę ci szykuję.Pilnuj jego niech ci się nie zgubi,wysłał go ktoś, kto cię bardzo lubi".Policja chce wiedzieć, gdzie Piotr S. był 10 stycznia. Konkubent jego siostry, z którym przesłuchiwany pracował dorywczo w firmie specjalizującej się w kopaniu studni, nie jest pewien, czy S. rano stawił się w robocie. Poprzedniego dnia pożyczył mu samochód, może gdzieś jeździł. - Mówił, iż ma nową d**ę. To taka Magda z Janiszewa. 16-latka - zeznaje.


Sieklucki na ratunekMija miesiąc od znalezienia zwłok. Lokalna policja nie jest w stanie trafić na żaden istotny trop, który doprowadzi do mordercy. Funkcjonariusze desperacko szukają punktu zaczepienia.I tu pojawia się wątek Henryka Siekluckiego, osoby w kryzysie bezdomności. Mężczyzna ma 36 lat, żyje ze sprzedaży złomu, który zdobywa - jak wielu mieszkańców okolicznych wsi - dewastując nieczynną cukrownię w Pelplinie. Kartotekę ma bogatą. Za kratami - z krótkimi przerwami - przesiedział 13 lat. To głównie wyroki za włamania i kradzieże.I właśnie pod pozorem kolejnej z takich spraw pod koniec marca przesłuchują go policjanci. Ale o żadne włamanie nie pytają. Chodzi tylko o sprawę Emilii, zupełnie nieznanej mu dziewczyny.Sieklucki twierdzi, iż o znalezieniu zwłok słyszał od Kazimierza Sz., który użyczył mu na zimę schronienia w altance na działkach. Nie pamięta, co robił 10 stycznia, ale na pewno nie był w okolicach Kursztyna i Janiszewa. Nigdy nie nosił noża. Przyznaje, iż 31 stycznia, kiedy był legitymowany przez policję za kradzież złomu, nie podał swego prawdziwego nazwiska, ale dane personalne Krzysztofa L. Bał się, iż policjanci odkryją, iż jest poszukiwany w związku z włamaniem do warsztatu.


Zobacz wideo


Już następnego dnia zatrzymany w areszcie Sieklucki przyznaje się do morderstwa. Co więcej, prosi o papier i własnoręcznie spisuje wyjaśnienia. Dziwny to zapis. Miejscami zdradza prawie analfabetyzm autora. To znów wtrącane są zdania z użyciem terminów typowych dla śledczych.Wyczyszczona z błędów ortograficznych i stylistycznych wersja podejrzanego wygląda następująco:"10 stycznia byłem podpity i to mocno, szedłem na Pelplin wężykiem. Drugą stroną jezdni mijała mnie kobieta. Spodobała mi się. Powiedziałem do niej: 'Laleczko, jak masz na imię?'. Ona wyzwała mnie od palantów i kazała spadać. Jej reakcja mogła być taka, bo miałem zapuszczoną brodę i ubranie brudne od złomu. Podszedłem do niej i zacząłem wyzywać, dlaczego tak się do mnie odniosła. W zdenerwowaniu dwa albo trzy razy uderzyłem tę panią w twarz. Ona mi oddała. Wcześniej wyjąłem nóż zza paska. Trzymałem go przed sobą i jak ona mnie uderzyła, ja ją z pięści i wtedy nadziała się na nóż. Zobaczyłem krew, przestraszyłem się, zadałem kilka ciosów. Od tego momentu już niczego nie pamiętam - na pewno doszedłem do cukrowni w Pelplinie i gdzieś ten nóż wyrzuciłem. W lutym, kiedy z gazety dowiedziałem się o zabójstwie, nie zdawałem sobie sprawy, iż chodzi o tę kobietę. Dopiero gdy spojrzałem na zdjęcie... Dobrowolnie składam te zeznania, bez przymusu".Czytaj także:
Zwabili Kornelię do lasu w Konstancinie. "To była egzekucja"Niejako w postscriptum przesłuchiwany zamieszcza dokładny opis noża.


Tego samego dnia po południu Sieklucki dopisuje do swoich wyjaśnień: "Na początku upierałem się w rozmowie z policją, iż mnie tam nie było i nie widziałem dziewczyny, ale w celi zacząłem sobie to wszystko przypominać, układać w głowie. Z oczu poleciały mi łzy".Wezwani do komisariatu uczniowie Sebastian i Przemysław rozpoznają przez lustro weneckie mężczyznę, którego widzieli w Kursztynie w styczniu, lutym i w marcu. Ostatni raz podszedł do nich, gdy stali koło popegeerowskiego bloku i groził, iż ich zabije, jeżeli ściągną policję. Miał duże limo na twarzy.Śledczy wpisuje do protokołu, iż rozpoznanym jest Henryk Sieklucki, który wcześniej wyjaśniał, skąd są siniaki pod jego oczami. Powstały, kiedy pobił się z kolegą o zdatny do skupu kabel aluminiowy.Następnego dnia, po przyznaniu się do zabójstwa, Sieklucki jedzie z aresztu na wizję lokalną. Na początku mówi, iż nie jest w stanie podać żadnych szczegółów dotyczących zabójstwa, ale odpowiada na pytania, gdzie zobaczył Emilię, ile zadał jej ciosów, w jaki sposób i w jakie miejsca na ciele ofiary, co zrobił ze zwłokami.


Po eksperymencie procesowym prokurator Krzysztof Kumor z prokuratury w Tczewie oskarża Siekluckiego o zabójstwo, mimo opinii biegłych z Zakładu Medycyny Sądowej w Gdańsku, iż DNA wyizolowany z włosa znalezionego w dłoni martwej kobiety nie pochodzi od oskarżonego, na nożu nie znaleziono krwi ofiary, a wyniki badania genetycznego nie nadają się do interpretacji.Zdaniem patomorfologa nie było możliwe, aby ofiara sama nadziała się na nóż.OsaczonySzef policji w Pelplinie dostaje od Siekluckiego list z aresztu: "Patrzę na kratę i łzy mi lecą. Przyznałem się, bo przez wiele lat będę miał zapewniony dach nad głową, przestanę się tułać. Możecie się panowie zastanawiać, skąd na wizji podałem tyle faktów. Jestem dobrym obserwatorem. Często policjanci poruszali przy mnie ten temat. Mówili, gdzie dokładnie znaleziono zwłoki i ja to wszystko słyszałem" - tłumaczy odwołanie pierwszych zeznań.Tego samego dnia Sieklucki kieruje również do Prokuratury Rejonowej w Tczewie pismo, zatytułowane "Zmiana zeznań i wyjaśnień". Twierdzi, iż funkcjonariusze pouczali go, aby podczas wizji lokalnej i przesłuchań w prokuraturze nie odpowiadał na niewygodne pytania, zasłaniał się niepamięcią. Poza tym zmusili go do przyznania się, szczując wilczurem (co prawda w kagańcu, ale mimo to został poturbowany), a on chciał mieć spokój i jak najszybciej znaleźć się w areszcie śledczym, gdzie dostanie leki na ból kręgosłupa. Pragnie złożyć prawdziwe wyjaśnienia. I poddać się badaniu wariografem.


. GAZETA.PL


Adresaci zatrzymują trzy prywatne listy aresztanta, w których pisze to samo, co do organów ścigania i nazywa się kozłem ofiarnym.Prokuratura w Tczewie umarza śledztwo w sprawie agresji policyjnego psa. Powód? Aresztant zmyśla. Nie mogło dojść do takiego incydentu, skoro Sieklucki po zatrzymaniu listownie chwalił policjantów przed ich zwierzchnikiem, iż dali mu kanapkę, papierosy i 20 zł.W czerwcu 2008 roku oskarżony przebywa w szpitalu na obserwacji psychiatrycznej. Wraca stamtąd z opinią, iż jest poczytalny, nie jest upośledzony, ale ma zaburzenia osobowości, czego dowodem są m.in. liczne blizny po samouszkodzeniach. Jego emocje pozbawione kontroli intelektualnej łatwo przechodzą w agresję, zwłaszcza w sytuacji odtrącenia.


Czytaj także:
"Piętnaście minut nikogo nie zbawi". To były jej ostatnie słowaRok później w Sądzie Okręgowym w Gdańsku rozpoczyna się proces Siekluckiego.Dwaj policjanci, którzy 27 marca 2008 roku zatrzymali go na działkach (szukali włamywacza) zeznają, iż w czasie pierwszego przesłuchania niczego nie podpowiadali podejrzanemu. I nie byli agresywni wobec Siekluckiego.Jeden z funkcjonariuszy twierdzi, iż kiedy w Janiszewie chodził od domu do domu, pytając, czy ktoś widział zabójcę, ludzie opowiadali mu o pałętającej się po polach i lasach osobie w kryzysie bezdomności, od której cuchnęło na odległość. Ustalił, iż to był Henryk Sieklucki, tylko podawał inne nazwisko, z czego się później tłumaczył. "Kiedy wypisywałem mu mandat, miał mocno zarośniętą twarz i czarną od brudu kurtkę".Już na pierwszej rozprawie niektórzy świadkowie podważają dowody z aktu oskarżenia. Kazimierz Sz. i jego córka, którzy w zimne dni użyczali Siekluckiemu dachu nad głową twierdzą, iż on nigdy nie nosił noża. Kobieta zeznaje, iż w pierwszych dniach lutego 2008 roku ostrzygła mężczyznę, zatem to nie jego widzieli mieszkańcy Janiszewa na okolicznych polach.


Na kolejnej rozprawie oskarżony przeprasza sąd za swoje zachowanie. Prosi, aby go zrozumieć. Jest załamany kłamstwami zeznających policjantów. Domaga się zatrzymania Piotra S. Jeszcze przed zamordowaniem Emilii miał on już nową dziewczynę i kiedy ta poprzednia zaginęła, mówił Szymonowi P., synowi swego pracodawcy, iż się odnalazła w odległej od Kursztyna miejscowości. To nie była prawda - może tak rozpowiadał, aby odsunąć od siebie podejrzenia?Dla sądu ważne są zeznania Witolda E. Na rozprawie odnosi się do swoich depozycji ze śledztwa, ale nie rozpoznaje okazanego mu oskarżonego - twierdzi, iż nigdy go nie widział. Sąd uzna jednak, iż mężczyzną, którego mijał samochodem 10 stycznia na drodze za Pelplinem, był oskarżony. Zespół orzekający dużą wagę przywiązuje do dwóch uczniów, którzy oglądając przez lustro weneckie podejrzanego i figurantów wskazali na Siekluckiego jako tego, który groził, iż ich zabije, jeżeli ściągną policję - choć tak naprawdę nie ma to przecież żadnego związku z zabójstwem Emilii.Przysłuchująca się tym zeznaniom biegła psycholog stwierdza, iż poziom intelektualny młodocianych świadków jest w granicach upośledzenia w stopniu lekkim. Nie potrafią logicznie zbudować choćby jednego zdania.Zdenerwowanie oskarżonego zeznaniami uczniów gwałtownie rośnie po zarządzeniu przez sąd odtworzenia wizji lokalnej. W pewnej chwili, gdy na ekranie telewizora widać, iż przyznaje się do morderstwa, Sieklucki wyciąga z kieszeni kawałek żyletki i przecina sobie nadgarstek. Trzeba wezwać lekarza.


Czytaj także:
"Jeśli chcesz mieć ojca na Wigilię, masz zapłacić pół miliona"To nie koniec demonstracji. Po zaopatrzeniu rany, aresztant ogłasza głodówkę. W piśmie do komendanta zakładu karnego stawia warunek: będzie jadł, jeżeli pozwolą mu odpowiadać z wolnej stopy. Jest gotów wpłacić kaucję. Jej wysokość określa na dwa tysiące złotych - tyle chciałby zarobić u gospodarzy przy zbieraniu buraków.Sąd nie uwzględnia wniosku.Ułaskawienie nie przysługujeW kwietniu 2010 roku Sąd Okręgowy w Gdańsku (przewodniczy sędzia Magdalena Szewczak) skazuje Henryka Siekluckiego na 25 lat więzienia. W uzasadnieniu wyroku podkreślono, iż nie jest możliwe, aby policjanci wymusili na oskarżonym przyznanie się do czynu, którego nie popełnił, wszak ich czynności zostały nagrane. Nie jest też prawdą, iż Henryk Sieklucki nie opuszczał - jak twierdził - granic Pelplina w styczniu i lutym 2008 roku. W Kursztynie widzieli go w tym czasie przesłuchiwani uczniowie.Skazany odpowiada na wyrok na kilkunastu stronach swego pisma. Powtarza, iż jest niewinny, zapowiada apelację.


Bez skutku. Pod koniec października 2011 roku sąd odwoławczy podtrzymuje wyrok. Henrykowi Siekluckiemu pozostaje jeszcze zwrócenie się do prezydenta RP o akt łaski. Ale za wysłanie pisma trzeba zapłacić 45 zł. On nie ma takich pieniędzy, błaga więzienne władze o litościwe wykupienie mu znaczków.W piśmie skupia się na swoich problemach zdrowotnych: "W czasie zatrzymania połamano mi kręgosłup, mimo operacji mam problem z chodzeniem, zażywam bardzo silne leki. Mój stan wymaga ponownego zabiegu chirurgicznego. Mam astmę i silną depresję".Sąd Okręgowy w Gdańsku, który opiniuje wniosek o ułaskawienie, zleca wywiad środowiskowy. Przychodzi informacja dzielnicowego, iż "kiedyś okradł sąsiadkę, ludzie boją się jego powrotu". Natomiast wychowawca z więzienia w Sztumie zauważa, iż "skazany nie wywołuje konfliktów. Nie jest nigdzie zatrudniony, bo brak stanowisk pracy. Nikt go nie odwiedza. Na koncie akumulacyjnym ma 10 zł".Ułaskawienie nie przysługuje - orzeka sąd pośredniczący w skierowaniu wniosku do głowy państwa.


W 2014 roku równie bezskuteczny jest wniosek do SN o wznowienie postępowania zakończonego prawomocnym wyrokiem.Rok 2015. Na antenie Polsatu można obejrzeć program "Państwo w Państwie", w którym szeroko opisywana jest sprawa Siekluckiego. Dziennikarze punktują nieścisłości w aktach, rozmawiają także z bliskimi ofiary. Mama zamordowanej Emilii, pani Marzena, mówi wprost: - Matczyna intuicja od początku mi mówiła, iż to nie on.


. GAZETA.PL


Dużo wątpliwościRok 2018. Niespodziewanie pojawia się nadzieja na zmianę losu więźnia. Jego skarga dociera do Zespołu Przestępstw Niewykrytych Archiwum X. Tamtejsi fachowcy chcą się przyjrzeć sprawie.


W oczekiwaniu na wyniki wnikliwego śledztwa, Henryk Sieklucki kieruje kolejny, już czwarty wniosek do Prezydenta RP o ułaskawienie. Do starych argumentów dodaje nowe: wzorcowo przeszedł resocjalizację, odnalazł rodzinę, która chętnie przyjmie go pod swój dach i zaopiekuje się inwalidą. Będzie miał swoje pieniądze, bo z powodu licznych chorób przysługuje mu renta.Tym razem Sąd Okręgowy w Gdańsku przekazuje akta do Sądu Apelacyjnego w Gdańsku. A ten w 2022 roku odrzuca prośbę skazanego. "Ułaskawienie nie może być nagrodą za dobre zachowanie w zakładzie karnym. Temu służy np. przerwa w odbywaniu wyroku albo przedterminowe zwolnienie" - uzasadnia decyzję sędzia Jerzy Sałata.W połowie lutego 2024 roku wniosek o udzielenie warunkowego przedterminowego zwolnienia z odbycia reszty kary dla Siekluckiego składają do Sądu Okręgowego w Łomży jego nowi obrońcy - Marcin Hilarowicz, Michał Krysztofowicz i Beata Kordon, adwokaci warszawskiej kancelarii Karniści.pl.Obrońcy przypominają, iż cele kary zostały osiągnięte: skazany nie jest zdemoralizowany, nie należy do nieformalnych struktur podkultury przestępczej, z powodzeniem ukończył program psychoterapii uzależnienia.


Czytaj także:
"Co za k***a to zrobiła?!". Tego ranka ona krzyczała najgłośniej. Dostała dożywocieBrak oczekiwanej reakcji powoduje, iż półtora roku później w listopadzie 2025 roku adwokaci zwracają się do "Archiwum X" w Gdańsku o ponowne podjęcie czynności w sprawie Henryka Siekluckiego. Niech sprawiedliwości rzeczywiście stanie się zadość, skoro sami funkcjonariusze podkreślali, "że ponownie należałoby spojrzeć na tę sprawę jak na niewykryte zabójstwo".Do wniosku dołączają obszerną analizę postępowania przygotowawczego i procesowego. Wynika z niej, iż wyłącznym dowodem obciążającym skazanego w sprawie o zbrodnię zabójstwa było przyznanie się do winy na początkowym etapie śledztwa. Później Henryk Sieklucki twierdził, iż wyjaśnienia zostały na nim wymuszone przez policjantów. Formalnie został zatrzymany w sprawie kradzieży z włamaniem do warsztatu tokarskiego. Nie poinformowano go o rzeczywistej przyczynie zatrzymania; założono mu kajdanki i postraszono agresywnym psem, aby - jak napisano w raporcie - "uniemożliwić zabójcy ucieczkę". I tego samego dnia Sieklucki został przesłuchany jako świadek na okoliczności związane ze śmiercią Emilii (data przesłuchania jest sfałszowana). Policjant zadawał pytania zawierające z góry przyjętą tezę o sprawstwie, co było szczególnie czytelne, gdy zaprotokołowano utratę przez pijanego Henryka Siekluckiego świadomości o tragicznym wydarzeniu.W tym samym czasie okazano skazanego Sebastianowi Z. i Przemysławowi K. Sieklucki twierdzi, iż kilkanaście minut wcześniej jeden z chłopców widział go przez szybę, gdy ten siedział skuty w policyjnej dyżurce. Do akt został dołączony protokół przesłuchania jednego z uczniów, który rzekomo rozpoznał Siekluckiego jako 20-letniego mężczyznę na osiedlu, gdy ten pod blokiem groził chłopcom pobiciem, jeżeli doniosą na niego policji. Z tego powodu sporządzono portret pamięciowy sprawcy, który w najmniejszym stopniu nie odpowiadał wizerunkowi skazanego.Biegła psycholog, przysłuchująca się podczas rozprawy głównej zeznaniom Sebastiana Z., wskazała, iż świadek o inteligencji niższej niż przeciętna nie zawsze rozumiał treść kierowanych do niego pytań.


Adwokaci mają wiele zastrzeżeń do wizji lokalnej przeprowadzonej 29 marca 2008 roku, czyli przed przedstawieniem zarzutu zabójstwa.Podczas tej czynności Henryk Sieklucki na wstępie deklaruje, iż nie pamięta przebiegu zdarzenia. Mimo to odpowiada na zadawane pytania, zatem brakuje wymaganej kodeksowo swobodnej części jego relacji. Mężczyzna nie jest w stanie podać żadnych szczegółów dotyczących rzekomo dokonanej zbrodni, a miejsce zdarzenia wskazuje całkowicie błędnie.Jego relacja jest niespójna, pełna luk i sprzeczności. Mówi, iż uderzał Emilię pięścią, tymczasem biegły twierdzi, iż rana na głowie ofiary została zadana twardym, ostrokanciastym narzędziem. Nikt z otoczenia Siekluckiego nie zauważył krwi na brudnych rękach czy ubraniu. Nie wiadomo, dlaczego akurat w dniu zaginięcia dziewczyny miał się on udać w okolice, gdzie ją potem odnaleziono, wszak nie była to trasa zwyczajowo przez niego przemierzana. Śledczy nie widzieli konieczności skorzystania z pomocy biegłych psychologów.Podczas pierwszego przesłuchania podał, iż dziewczyna "miała na sobie coś czarnego", a Emilia T. w dniu zaginięcia była ubrana w czerwoną bluzkę i jasny płaszcz.


Wątpliwości adwokatów dotyczą też tego, czy ktoś mocno pijany na drodze, idący - jak sam skazany określił - "wężykiem", mógł dokonać zabójstwa młodej i zdrowej kobiety w takim przebiegu, jak opisuje Henryk Sieklucki. Niestety, w trakcie postępowania przygotowawczego organy ścigania nie zadbały o precyzyjniejsze ustalenia trasy, jaką Henryk Sieklucki miał iść w dniu zabójstwa.Czytaj także:
Ta zbrodnia wstrząsnęła elitami Monako. Stał za nią polski konsulZgodnie z dostępną literaturą przedmiotu, przykrycie ciała, a zwłaszcza twarzy Emilii, kocem wskazywać może na osobisty stosunek sprawcy do ofiary. Ale Henryk Sieklucki nie znał pokrzywdzonej.Nie wyjaśniono wielu okoliczności związanych z Piotrem S. Nie był wiarygodny, gdy zeznawał, o której godzinie przyjechał do pracy w dniu zaginięcia swej dziewczyny. Z zeznań innych świadków wynika, iż mógł być w momencie zdarzenia na miejscu zbrodni.Jak mówiła matka ofiary, Emilia miała twierdzić, iż gdyby zakończyła związek z Piotrem, "na pewno by ją przetrącił". Dziewczyna przestała mu ufać, prawdopodobnie domyślała się, iż ją zdradza. Nie wyjaśniono też, dlaczego po nocy spędzonej z Piotrem w domu jego siostry nieoczekiwanie wcześnie rano postanowiła wrócić pieszo - nie miała pieniędzy na bilet - do matki w odległych o około 15 km Cierzpicach. I dlaczego Piotr S. po znalezieniu zwłok nie pytał nawet, kiedy jest pogrzeb narzeczonej.


Duże wątpliwości są też związane z przesłuchaniem w śledztwie Witolda E., który miał widzieć Emilię w dniu jej zaginięcia, idącą z nieznanym mu mężczyzną. Świadek nie potrafił opisać tego przechodnia widzianego przez szybę prowadzonego samochodu. Zastanawia, iż na dalszym etapie postępowania okoliczność ta ulega zmianie. Zdaniem sądu (a jest to stwierdzenie arbitralne, niewynikające ze zgromadzonego materiału dowodowego), tym nieznanym mężczyzną był Henryk Sieklucki.Szkoda, iż odstąpiono od przesłuchania matki Witolda E., która tego dnia jechała z synem samochodem. Jej obserwacje dotyczące mijanych pieszych mogły być ważnym materiałem dowodowym.Od śledztwa prowadzonego po zabójstwie młodej kobiety koło Pelplina mija 18 lat. Od tamtej pory udoskonaliły się techniki wykrywania sprawców groźnych przestępstw. W przekonaniu adwokatów kancelarii "Karniści.pl" warto przeprowadzić ponowną weryfikację zabezpieczonych śladów. Po odnalezieniu zwłok Emilii w jej zaciśniętej dłoni zabezpieczono włos. Ponieważ nie należał do skazanego, dłużej się nimi nie zajmowano. W ocenie obrony należałoby podjąć próbę zestawienia wyników badania włosa z w tej chwili dostępną dla organów ścigania bazą DNA, gdyż może się tam znajdować odpowiadający zabezpieczonemu materiałowi profil genetyczny.Podobnie można postąpić z zabezpieczonym w sprawie anonimowym listem do Komendy Wojewódzkiej Policji w Gdańsku od osoby, która podpisała się jako Kościuk Jan. Z korespondencji wynikało, iż o okolicznościach śmierci Emilii pewną wiedzę ma niejaki Adrian K. z Janiszewa. Przesłuchiwany mężczyzna zaprzeczył, iż znał ofiarę. Ale na nadesłanym liście ujawniono ślad linii papilarnych. W 2008 roku nie udało się ustalić, do kogo należały. Może w tej chwili byłoby to możliwe?


Czytaj także:
"Mężczyzna musi mieć odskocznię". Gdy zabijała miesięczną córeczkę, trzeźwiał w garażuROZMOWAKtokolwiek widział, ktokolwiek wieHelena Kowalik: Co jeszcze można zrobić dla więźnia, który od 18 lat twierdzi, iż jest niewinny?Marcin Hilarowicz, adwokat warszawskiej kancelarii reprezentującej Henryka Siekluckiego: - Skierowaliśmy ponowną prośbę do Archiwum X, aby przeanalizowali sprawę zabójstwa pod kątem faktycznego sprawstwa, ale nie spotkała się ona z pożądaną reakcją. Bardzo liczymy na to, iż znajdą się w okolicach Pelplina osoby, które mogą mieć istotną wiedzę o prawdziwym sprawcy czy sprawcach tej zbrodni. Może po przeczytaniu tego artykułu ktoś zdecyduje się nawiązać z nami kontakt, aby opowiedzieć, co tak naprawdę się wydarzyło. Wówczas moglibyśmy skierować wniosek o wznowienie postępowania karnego na podstawie nowych, nieznanych wcześniej dowodów.To jest w tej chwili adekwatnie jedyna możliwość, żeby pomóc skazanemu. Mamy w planach również zwrócenie się do Rzecznika Praw Obywatelskich i Prokuratora Generalnego. Naszym zdaniem istnieje duże prawdopodobieństwo, iż doszło do pomyłki sądowej i została skazana osoba, która nie popełniła tego przestępstwa. Zdajemy sobie sprawę, iż bardzo długi czas, jaki minął od zabójstwa, zatarł wiele faktów w pamięci ludzi, ale dalej mamy nadzieję, iż kogoś poruszy ta publikacja i ujawnią się nieznane dotychczas fakty.


Może prawnikom niezręcznie o tym mówić, ale ja mam wrażenie, iż doszło do pewnego niechlujstwa procesowego. W protokołach brakuje dat, godzin przesłuchania, źle są obliczone kilometry, z akt wynika, iż Emilia przeszła w ciągu godziny 15 km szosą i podmokłymi polami.Marcin Hilarowicz: - Niechlujstwo w procedowaniu spraw o zabójstwa jest typowe dla spraw prowadzonych na przełomie wieków. Kiedy się czyta akta z tamtego okresu, czasem aż trudno uwierzyć, iż protokół powstał w czasie przesłuchania o poważną zbrodnię.Beata Kordon, adwokat warszawskiej kancelarii reprezentującej Henryka Siekluckiego: - Najtrudniejsze dla nas - jako obrońców - jest to, iż takich błędów nie da się już naprawić. Te pierwsze, jak w łańcuchu, łączą się z następnymi. Równie dramatyczne w skutkach może być przeoczenie czegoś w śledztwie, a takich braków często po czasie nie sposób uzupełnić.Marcin Hilarowicz: - Z tamtych czasów pochodzi głośna sprawa upośledzonego umysłowo chłopca, Tomasza K., któremu policjanci obiecali mundur moro za przyznanie się do zabójstwa i on faktycznie przyznał się do zbrodni i został skazany. Później się okazało, iż prawdziwym mordercą był zupełnie inny człowiek, pedofil. Sprawdziliśmy, to się zdarzyło bardzo blisko tej okolicy, gdzie zginęła Emilia, w sprawie orzekał także Sąd Okręgowy w Gdańsku.Beata Kordon: - Henryk Sieklucki w rozmowach z nami często miał poczucie, iż jego sprawa jest podobna do tej wspomnianej. Ale w toku śledztwa, a potem w procesie, tak naprawdę nie słuchano go, wszystkim zależało na zakończeniu sprawy i znalezieniu sprawcy zabójstwa. Jest to oczywiście naturalne, natomiast chęć postawienia winnego przed wymiarem sprawiedliwości nie może przesłaniać organom ścigania procedur, przepisów, a tak się, w moim odczuciu, tutaj stało.


Marcin Hilarowicz: - Nie możemy przymykać oczu na fakty, iż czasem niewinni przyznają się do zbrodni i zapadają skazujące wyroki. Statystycznie biorąc, jest to kropla w morzu wszystkich orzeczeń, ale prawdopodobnie sprawa Henryka Siekluckiego należy do tej kategorii. Komuś z zewnątrz trudno zrozumieć, jak można przyznać się do zabójstwa, jeżeli się go nie popełniło. Taka decyzja to skomplikowany mechanizm, za każdym razem nieco inny, ale spotykamy się z nim w naszej prawniczej praktyce.Przyznanie się podejrzanego do winy nie oznacza automatycznie, iż jest on winny w świetle prawa.Marcin Hilarowicz: - W polskim systemie prawnym przyznanie się do winy jest traktowane tylko jako jeden z dowodów, bynajmniej nie najważniejszy, który miałby zwalniać organy ścigania czy sąd z obowiązku zbadania sprawy. Natomiast praktyka zawodowa wskazuje, iż niektóre sądy, kiedy mają do czynienia z przyznaniem się oskarżonego, a choćby później odwołaniem takiego stanowiska procesowego, potrafią przymknąć oczy na wymowę innych dowodów przeprowadzonych w sprawie albo oczywistych luk dowodowych w śledztwie.Najczęściej podejrzany przyznaje się w śledztwie i dopiero na pierwszej rozprawie odwołuje wyjaśnienia twierdząc, iż był w czasie przesłuchania bity przez funkcjonariuszy, przekupywany itd. W sprawie Siekluckiego mamy do czynienia ze zgoła inną sytuacją - on już miesiąc po aresztowaniu pisze do prokuratora, iż przyznał się do czegoś, czego faktycznie nie zrobił, ale organy ścigania nie przywiązują do tego żadnej wagi i choćby nie weryfikują wersji, którą ten podaje w swoich wyjaśnieniach.Jak wytłumaczyć rosnącą w tej chwili falę próśb o ponowne rozpatrzenie sprawy, wniosków o wznowienie postępowania, bo skazani za zabójstwo twierdzą, iż są niewinni?Marcin Hilarowicz: - Myślałem o tym i możemy to określić efektem casusu Tomasza Komendy. Ludzie, którzy stracili wszelką nadzieję, iż ktokolwiek ich wysłucha, zobaczyli, iż się udało, prawda wyszła na jaw. Dzięki mediom wieść o uniewinnieniu Komendy szeroko się rozniosła.


Dlatego pisaliśmy do Archiwum X z prośbą o pomoc, sami mamy adekwatnie związane ręce. Prowadzimy, kiedy jest to możliwe, coś na kształt małego, prywatnego śledztwa. W przypadku Siekluckiego badaliśmy trasę przebytą przez skazanego w dniu, kiedy zdaniem policjantów miał się spotkać z pokrzywdzoną. Chodziło o to, czy trasa, którą szła pokrzywdzona i wytypowany sprawca geograficznie i czasowo się na siebie nakładała, bo mieliśmy w tym zakresie zasadnicze wątpliwości, zwłaszcza iż nasz klient twierdził, iż go tam nie było. Śledztwo zostało tak pobieżnie poprowadzone, iż choćby nie ustalono godziny rzekomego spotkania ofiary z zabójcą.To byłby istotny trop, ale w pewnym momencie nasze możliwości detektywistyczne skończyły się z braku choćby dostępu do odpowiednich baz danych. W takich sprawach potrzebny jest ktoś z doświadczeniem zawodowym, kto powie autorytatywnie: coś tu nie gra, chcę się temu przyjrzeć.Beata Kordon: - W swojej pracy nie możemy polegać wyłącznie na Archiwum X. Wspomnieliśmy, iż nasz ostatni wniosek skierowany do pomorskiego oddziału tej instytucji, niestety, nie spotkał się ze zrozumieniem. Uzyskaliśmy odpowiedź, a adekwatnie pouczenie co do procedury złożenia wniosku o kasację nadzwyczajną do Rzecznika Praw Obywatelskich albo Prokuratora Generalnego, ze wskazaniem, iż samo Archiwum X nie zajmie się sprawą z uwagi na jej prawomocne zakończenie i ustalenie – przynajmniej formalne - sprawcy zabójstwa. Trudno nam przyjąć to tłumaczenie, bowiem kiedy przed laty funkcjonariusze Archiwum X przyglądali się tej sprawie, prowadząc pewne, choć ograniczone, czynności dowodowe, Henryk Sieklucki też był już osobą prawomocnie skazaną.Marcin Hilarowicz: - W tego typu sprawach potrzebny jest ktoś, kto będzie zdeterminowany wertować stare akta, analizować, wyciągać wnioski. Wnikliwie, z poświęceniem na to mnóstwa czasu. Tak jak się zdarzyło w przypadku policjanta, spiritus movens sprawy Tomasza Komendy.


Beata Kordon: - Adwokaci nie mają możliwości śledczych potrzebnych w tego typu sprawach. Na etapie, na którym dziś w sprawie Henryka jesteśmy, musimy liczyć tak naprawdę na to, iż ktoś po przeczytaniu tego materiału powie: pora przerwać milczenie; zgłoszę się i powiem, co wiem. Być może na podstawie tego będziemy mogli zgodnie z regułami procesowymi złożyć skuteczny wniosek o wznowienie postępowania karnego. Ewentualnie liczymy na to, iż Archiwum X jednak przyjrzy się po raz kolejny tej sprawie.Marcin Hilarowicz: - Gdybym ja miał uprawnienia śledcze, wytypowałbym całą listę świadków i przesłuchał ich w sposób prawidłowy i pogłębiony. Włączyłbym też inne działania. Mogłoby się okazać, iż Sieklucki miał rację, iż zgodnie z prawami fizyki tych dwoje - ofiara i wytypowany napastnik w żadnej mierze nie mogli się spotkać. Niestety strony procesowe nie były zainteresowane rozwikłaniem takich wątpliwości.Na sali sądowej wyjaśnieniom oskarżonego przysłuchiwała się biegła psycholożka. Miała do powiedzenia tylko tyle, iż Sieklucki jest poczytalny. A przecież mogła ocenić jego prawdomówność; psycholodzy mają ku temu odpowiednie narzędzia.Marcin Hilarowicz: - W śledztwie i procesie wiele zależy od tego, czy sędziom, prokuratorowi, obrońcom, policjantom zależy na dojściu do prawdy. Bo można się przyłożyć, ale też, nie wchodząc w kolizję z kodeksem postępowania karnego, potraktować proces oskarżonego jako jeszcze jedną pozycję w statystyce spraw i nic ponadto. Wtedy więcej jest patrzenia w przepisy i zapisane tam "widełki" wysokości kary niż w człowieka, o którego losie się decyduje.Beata Kordon: - Nieuwzględnienie naszego wniosku o warunkowe przedterminowe zwolnienie z odbywania kary zostało uzasadnione m.in. tym, iż Henryk Sieklucki w dalszym ciągu nie przyznał się do czynu, który mu przypisano i nie pokajał się. To dla sądu było ważniejsze niż pomyślny przebieg resocjalizacji.


Wiele razy rozmawialiśmy z nim o tym. Pan Henryk zdaje sobie sprawę, iż procesowo bardziej by mu się opłacało, gdyby się na obecnym etapie sprawy przyznał. Ale nie chce tego zrobić. Swego czasu korzystał z rocznej przepustki udzielonej z uwagi na stan swojego zdrowia; kiedy nadszedł termin powrotu za kraty, stawił się we właściwym zakładzie karnym. Na wolności zachowywał się wzorowo. Choćby miało mu to umożliwić stały pobyt w warunkach wolnościowych, Henryk Sieklucki nie przyzna się do czegoś, czego nie zrobił. Już raz popełnił ten błąd, co kosztuje go jak dotąd kilkanaście lat życia.
Idź do oryginalnego materiału