przez nowo pobraną aplikację zamówiłaś kurs.
przyjechało auto nieznanej mi marki
(pewnie `chińczyk`). nie był to Uber, ani Bolt.
wsiedliśmy. nagle zaczęła dziać się magia:
obraz widziany za szybami samochodu stał się
właśnie obrazem, nie obserwowaną rzeczywistością.
ulice twojego miasta zmieniły się w wiejskie ścieżki,
bloki i kamienice – w kilkusetletnie chatyny
zbudowane przez praszczurów z, przemyconych
przez granice pod brzuchami osłów i koni,
desek z Santa Marii, Ninii i Pinty,
umistyczniło się wokół auta i spoczciwiało, ale też
wszystko stało się podrzędne, mało istotne.
wtuliłaś się, wszelka odległość zanikła. zacząłem
wspominać, nie tak znowu dawne,
tęgie zjaranie się, gdy nieomal spadłem
ze śmiechu z hotelowego krzesła, bo,
rozbawiony przez samego siebie, wyimaginowałem
śpiewany na melodię `Barki` tekst:
`O Panie, uczyń Sodomę z domu mojego`.
i to kto zawodził ten absurd! najpierw – wierni
w kościele, potem – wywołując u publiczności
zgrozę pomieszaną z konsternacją
– bracia Golec na koncercie!
chcichotało mi się jak głupkowi wyobrażając
sobie i paradoks okraszony góralskim wokalem śpiewajły,
drugiego z bliźniaków smyrajacego rurę puzonu,
i marsowe miny osób na widowni.
pojazd nie był już taksówką, zorientowałem się,
że jedziemy zatłoczonym autobusem
przez metropolię przyszłości.
zacząłem radośnie kląć i krzyczeć jak
bardzo cię kocham, rzucać mięsem w nadziei,
że kierowca zdenerwuje się i nas wyrzuci
w mieście o nieznanej nazwie,
które było bez znaczenia, jak każdy dystans.
chciałem je barwić. nami. jednocześnie
nie prosząc o zatrzymanie się.











English (US) ·
Polish (PL) ·
Russian (RU) ·