Piotr Gontarczyk: Jak przepisać na konto Polaków setki ofiar żydowskiej policji

goniec.net 4 godzin temu

za Sieci – Wydanie nr 7/2026 (691) – 09.02.2026 s. 52 – 56

„Nowa polska szkoła badań Holokaustu”, powszechnie kojarzona z Barbarą Engelking, Janem Grabowskim i ich współpracownikami, w kolejnych książkach systemowo „przepisuje” na konto Polaków odpowiedzialność za śmierć setek Żydów zamordowanych przez Niemców. To samo robi z setkami ofiar, które zostały wykryte w różnych kryjówkach i wydane w ręce Niemców przez funkcjonariuszy żydowskiej policji

Piotr Gontarczyk

W 1961 r. ukazała się monumentalna książka Raula Hilberga „Zagłada Żydów europejskich”, która do dziś stanowi jedną z najważniejszych prac na temat Holokaustu. Nie pozostawia ona wątpliwości, iż Żydzi działający w Żydowskiej Policji Porządkowej w różnych krajach okupowanej przez Niemców Europy mieli bezpośredni udział w deportacjach ich pobratymców. To niechlubny przejaw kolaboracji.

Przed problemem opisania działalności tej formacji stanęli adepci tzw. nowej szkoły badań Holokaustu z Barbarą Engelking i Janem Grabowskim na czele. Materiały źródłowe, nad którymi pracowali, tworząc swoje artykuły i książki (w tym przede wszystkim „Dalej jest noc. Losy Żydów w wybranych powiatach okupowanej Polski”) zawierały ogromną liczbę informacji na temat działalności Jüdischer Ordnung sdienst (Żydowskiej Służby Porządkowej, w uproszczeniu JOD lub OD), o której w opracowaniu Hilberga można znaleźć informacje szczątkowe, a na stronie Yad Vashem głównie banalne ogólniki. Engelking i Grabowski na pewno je znają, ale przecież jednym z głównych celów działania tej „szkoły” nie wydaje się rekonstrukcja historii, tylko budowanie jej bardzo specyficznego obrazu.

W ramach tych działań stworzono metodologiczną siatkę zniekształcania treści wykorzystywanych źródeł, tak iż różne grupy Polaków (policjantów, strażaków, sołtysów, a choćby świadków niemieckich zbrodni, nazywanych „świadkami i tym samym uczestnikami akcji eksterminacyjnych”!) wpisano w krąg zła. Na końcu tej drogi jest próba przesunięcia Polaków z grona narodów – ofiar niemieckiej polityki do kategorii „współsprawców Holokaustu”.

Wykonawcy tej operacji stanęli przed problemem, co zrobić z licznymi źródłami na temat niekiedy wręcz zbrodniczych działań żydowskiej policji, które znacząco utrudniają budowanie jednostronnego opisu postaw Polaków i tworzenie schematu przyczepiania łatki „współuczestników Holokaustu”. Zastosowaną w tej sprawie metodę działania można chyba spróbować definiować tak: „Przemilczeć, wyciąć nożyczkami, a czego się nie da usunąć, zwalić na Niemców, a jeszcze lepiej Polaków”.

W tygodniku „Sieci” z 8 września 2025 r. („O żydowskiej policji w czasie wojny”) opisałem ogólne zasady realizacji tej doktryny w różnych publikacjach „nowej szkoły badań Holokaustu”, ukazujących się głównie pod szyldem Polskiej Akademii Nauk. Ale historia odnotowuje wiele różnych, mniej znanych i bardzo drastycznych aspektów działalności JOD, których nie ma w opracowaniu Hilberga ani w dostępnej literaturze przedmiotu czy jakichkolwiek publikacjach Yad Vashem. Jednym z nich jest sprawa działalności żydowskiej policji pozostawionej w gettach po zasadniczej fali deportacji.

BOCHNIA

W 2006 r. w drugim numerze sztandarowego pisma Centrum Badań nad Zagładą Żydów PAN „Zagłada Żydów. Studia i materiały” ukazał się artykuł Witolda Mędykowskiego z Instytutu Yad Vashem w Jerozolimie pod znamiennym tytułem „Przeciw swoim. Wzorce kolaboracji żydowskiej w Krakowie i okolicy”. Autor napisał: „W czasie wysiedlenia Żydów z Bochni pierwszego września 1943 r. wielu ukryło się w różnych schowkach i specjalnie przygotowanych bunkrach. W akcji wyszukiwania Żydów brali udział miejscowi policjanci żydowscy, ale też konfident krakowski Brodman […] W Bochni […] zdarzało się też, iż Żydzi z własnej inicjatywy donosili na innych, licząc, iż uratują siebie czy rodzinę. [Żydowski policjant] Cukierman, chcąc się ratować, powiedział, iż zna miejsce, gdzie ukryło się około dwustu Żydów. Został zwolniony, a wyciągniętych z dwóch bunkrów rozstrzelano, m.in. rabina z Brzeska zwanego »Wielopoler Rebe« [Icchak Lipszyc z Brzeska – przyp. aut.]. […] Podczas szukania bunkrów w Bochni bardzo był aktywny żydowski policjant Frisch. […] doniósł Niemcom na rodzinę Schanzerów ukrywającą się w bunkrze w swoim domu. Na rozkaz [niemieckiego żandarma] Müllera zaczęto szukać wejścia do bunkra. Frisch mówił, iż byłby to wstyd, gdyby go nie znaleźli i należy pokazać, co potrafią. Później zaproponował Schanzerom darowanie życia za dużą łapówkę. Dwóch młodszych braci zdołało zbiec, ale ojca i dwóch starszych braci po wyłudzeniu od nich pieniędzy rozstrzelano”.

Perfidia żydowskich policjantów sięgała daleko: wyciąganym z bunkrów nakazywano milczenie w czasie konwojowania na posterunek, łudząc ich, iż chodzi o ukrywanie ich przed Niemcami. Ale to była część prawdy, bo w istocie chodziło o to, żeby móc ich wcześniej skrupulatnie przeszukać i obrabować, a dopiero potem wydać w ręce Niemców na rozstrzelanie. Opisy brutalnego rabunku połączonego m.in. z poszukiwaniem złota w intymnych miejscach kobiet zachowały się w aktach. Masowa akcja wyszukiwania uciekinierów i wydawania ich w ręce Niemców przez funkcjonariuszy OD pochłonęła w Bochni setki ofiar.

W czasie, gdy opublikowano artykuł Mędykowskiego, w redakcji pisma „Zagłada Żydów” zasiadali m.in. Jan Grabowski i Barbara Engelking. 12 lat później, w 2018 r., wspomniani badacze byli głównymi autorami i redaktorami książki „Dalej jest noc”, w której historię getta w Bochni zgodnie z owymi kanonami „polskiej szkoły badań Holokaustu” opisała Dagmara Swałtek-Niewińska. Wzięła te same dokumenty, co wcześniej naukowiec z Yad Vashem (powojenne akta sprawy karnej żydowskiego policjanta Samuela Frischa) i napisała, iż żydowskich uciekinierów wyszukiwali w bunkrach… niemieccy i polscy policjanci (t. 2, s. 563–564). Kilka lat temu opisałem sprawę w „Sieci”, opublikowałem dokumenty. Wybuchł skandal, bo nie tylko te akta, ale także wiele żydowskich relacji jednoznacznie opisuje prawdę. Ale w mediach, takich jak portal OKO.press czy „Gazeta Wyborcza”, zarówno Swałtek-Niewińska, jak i Jan Grabowski (ten również w izraelskiej prasie) podtrzymali fałszywe informacje z książki „Dalej jest noc”. Każdy może się pomylić, ale potem powinien się przyznać do błędu. o ile jednak działa w taki sposób, to już wiadomo, z kim mamy do czynienia.

TARNÓW

Ten sam fragment historii działalności żydowskiej policji powinien być rzetelnie opisany w książce Jana Grabowskiego „Judenjagd. Polowanie na Żydów 1941–1945. Studium dziejów pewnego powiatu” (2011). Autor twierdzi w tej publikacji, iż jest ona opracowaniem powiatu Dąbrowa Tarnowska. To fałsz: zasadnicza warstwa faktograficzna dotycząca prawdziwych i fikcyjnych przestępstw Polaków przeciwko Żydów została „ściągnięta” z całej Polski: krakowskiego, rzeszowskiego, choćby Mazowsza, a całość tego dzieła została przedstawiona właśnie jako historia jednego, „przykładowego” powiatu. Odnosząc się do najważniejszego, czyli wyszukiwania i wyciągania Żydów z kryjówek, Jan Grabowski obciążył odpowiedzialnością za te działania głównie Niemców i Polaków. Niejako na marginesie wspomniał tylko o udziale żydowskiej policji, opisując jednego z nich (Wilhelma Lernera) jako bezradną ofiarę.

Dostępne akta archiwalne i relacje przedstawiają inny obraz wydarzeń. OD-mani tworzyli zbiorowisko służalców, brutalnie i bezwzględnie traktujących rodaków. To oni u boku Niemców odegrali kluczową rolę we wszystkich deportacjach z Tarnowa. Skazując wspomnianego Wilhelma Lernera na 3,5 lata więzienia, sąd napisał: „W czasie akcji wysiedlań, getta, których do lutego 1944 było kilka, »odemani« – między którymi był również o oskarżony – opróżniali z polecenia gestapa [Gestapo – przyp. aut.] domy z ukrywających się tam Żydów, dostawiając ich na plac zbiórki, gdzie gestapowcy decydowali o ich losie, kierując ich bądź do transportów wysiedleńczych, bądź rozstrzeliwując ich na cmentarzu”.

Między OD-manami – tak jak w Bochni – trwała rywalizacja, kto wyciągnie więcej ofiar i bardziej przypodoba się Niemcom. Jednocześnie funkcjonował także podział ról: jedni wyspecjalizowali się w wyszukiwaniu żydowskich kryjówek i bunkrów, inni lepiej sprawdzali się w wydawaniu Niemcom rodaków ukrywających się na „aryjskich papierach” poza gettem. W nagrodę za zasługi przynajmniej część z policjantów trafiła do obozu w Płaszowie, a potem do obozów koncentracyjnych na terenie Niemiec, gdzie przetrwała do wyzwolenia, cały czas gorliwie służąc Niemcom.

Jednego z nich – nazwiskiem Zimet – rozpoznały po wojnie jego żydowskie ofiary. Świadectwa na jego temat zaczął zbierać słynny tropiciel zbrodniarzy hitlerowskich Szymon Wiesenthal. Zimet pojawił się w jego biurze z nożem, żeby go zabić. Wiesenthal wspominał: „Biorę z biurka kałamarz i rzucam mu w twarz, żeby się chronić, i krzyczę tak głośno, iż ludzie przybiegają na pomoc […]. Zimet spędził za to cztery tygodnie w więzieniu”. Przez wiele lat ofiary Zimeta próbowały doprowadzić go przed oblicze sądu, ale austriackie i kanadyjskie władze w ogóle nie chciały zająć się tą sprawą. Ostatecznie Zimet stanął przed Bet Din (sądem żydowskim) i został uwolniony od zarzutów. Sprawie ukręcono łeb, żeby nie wyszła na jaw, bo będzie „wstyd przed gojami”.

Oprócz Lernera w powojennej Polsce przed sądem stanął jeszcze inny OD-man z Tarnowa. Nie dość, iż zarzucano mu udział w deportacjach i wyciąganiu Żydów z kryjówek, to jeszcze na rozprawie pojawiła się kobieta, która sugestywnie opowiedziała, jak z tarnowskich transportów do obozu ów policjant wyrzucał z wagonów na rozstrzelanie znalezione tam dzieci (Niemcy zabronili ich zabierania). Policjant kluczył, ale ogólnie nie zaprzeczał, iż tak było. Sąd wydał wyrok śmierci, który został wykonany. To chyba jedyny znany przypadek takiego finału historii żydowskiego policjanta, który zapłacił życiem za realizację hitlerowskiej polityki eksterminacji Żydów.

Jan Grabowski wiedział – choćby z akt sprawy Wilhelma Lernera – jak było naprawdę. Ale w „Judenjagd” napisał: „W Tarnowie podczas akcji wysiedleńczej […] część Żydów pochowała się w prowizorycznie przygotowanych bunkrach i schowkach. W poszukiwaniu ofiar szczególnie odznaczyli się polscy junacy z Baudienst” (s. 126). „Nowa polska szkoła badań Holokaustu” w pełnej krasie.

DĄBROWA TARNOWSKA

W podobny sposób Jan Grabowski załatwił sprawę działalności żydowskiej policji w Dąbrowie Tarnowskiej. Również tu przez wiele miesięcy po likwidacji getta funkcjonariusze OD porządkowali pożydowskie mienie wywożone do Niemiec, a także tropili dla Niemców ukrywających się w schowkach i bunkrach rodaków. W archiwum Yad Vashem znajduje się relacja Abrahama Weita z Dąbrowy Tarnowskiej: „Komendantem OD był Kalman Fenicher, bogacił się przy zbieraniu kontrybucji, rabował bogatych, ale biednych nie zaczepiał. Co prawda, przez niego wielu Żydów wpadło w ręce Niemców, on znajdował kryjówki i wyciągał stamtąd ludzi. […] Likwidacja Żydów w Dąbrowie miała miejsce między Rosz-Haszana a Jom Kipur, resztę wywieziono furmankami do Tarnowa. Zostali tylko policjanci żydowscy, którzy pomagali Niemcom opróżniać mieszkania. Przyrzeczono im, iż zostaną potym przewiezieni do getta w Tarnowie i iż Kalman będzie tam też komendantem ich na miejsce Binstocka, który dotychczas pełnił tę funkcję. Policjanci żydowscy wierzyli tym obietnicom i gorliwie wyciągali ludzi z bunkrów, by tylko ocalić swoje rodziny, ale potym Niemcy otoczyli i ten dom, w którym wszyscy mieszkali, wyprowadzili każdą rodzinę osobno, kazali im się rozebrać, zastrzelili i zakopali” (A YV, sygn. O.3/2020).

Jan Grabowski zna to źródło, bo wykorzystuje je w „Judenjagd”, podając inne informacje. Ale wyciąganie Żydów z kryjówek na terenie getta w Dąbrowie opisał tak: „Choć nie zachowały się inne opisy wyciągania z bunkrów Żydów [w Dąbrowie Tarnowskiej – przyp. aut.], nie mogło to się w taki istotny sposób różnić od tego, co zapisał w swoim dzienniku Zygmunt Klukowski, lekarz z położonego pod Zamościem Szczebrzeszyna” (s. 58). Obszerny fragment dziennika Klukowskiego zaprezentowany po tych słowach dotyczy deportacji Żydów ze Szczebrzeszyna. Ale został on tak „docięty”, by jego fragmenty można było potraktować jako wyciąganie przez Polaków Żydów z kryjówek, podczas gdy w rzeczywistości był to obraz niemieckiej deportacji.

To wszystko wydaje się wręcz niewiarygodne: Jan Grabowski przemilczał istniejące świadectwa, poinformował czytelnika, iż takich źródeł nie ma, a potem opisał historię getta w Dąbrowie Tarnowskiej dzięki mocno wątpliwego cytatu o innych wydarzeniach z odległego o 200 km Szczebrzeszyna. To się nazywa daleko posunięte poczucie bezkarności.

KRAKÓW

Rabin Menasze Levertov opublikował swoje wspomnienia z Krakowa: „Gdy trafiłem do obozu w Płaszowie, natychmiast rozpocząłem wysiłki, aby uratować moją żonę i dwoje dzieci, które były ukryte w bunkrze w getcie. Wysyłałem żonie listy i jedzenie przez znajomych z obozu, którzy chodzili do pracy w getcie. […] Tymczasem żydowska policja, OD-mann Symche Spira, niech jego imię zostanie wymazane, znalazła moją szwagierkę, synową, Szlomo Joskowicza, zięcia rabina Gerrera i dwójkę dzieci. […] przeszukując cały dom, znalazła moją rodzinę i wszystkich innych ukrywających się Żydów. […] Życie zakończyło się dla mnie”.

Wspomniany już Witold Mędykowski piszący o żydowskiej kolaboracji w Krakowskiem cytuje znane wspomnienia Tadeusza Pankiewicza, w czasie wojny właściciela apteki w getcie: „Niemcy, powiadomieni przez konfidentów bądź przez przypadek, wpadali na ślad kryjówek w getcie. Wyruszały wówczas całe wyprawy złożone z Niemców i odemanów pod wodzą [szefa krakowskiej JOD Symchego – przyp. aut.] Spiry w asyście robotników uzbrojonych w siekiery, kilofy i drągi żelazne. Wykrywano misternie zrobione skrytki na strychach, w piwnicach, w dużych piekarniach, gdzie ludzie zaopatrzeni w żywność i wodę mogli przeżyć całe miesiące, gdyby nie pech lub zdrada. Znalezionych odstawiano do więzienia OD, a stamtąd szli do Płaszowa, najczęściej na śmierć”.

Jako pierwsza „nowego opisu historii” podjęła się Alicja Jarkowska-Natkaniec. Utrzymywała naukowe kontakty z Centrum Badań Nad Zagładą Żydów ISP PAN, ale na co dzień jest pracownikiem Instytutu Historycznego Uniwersytetu Jagiellońskiego. W książce „Wymuszona kooperacja czy zdrada? Wokół przypadków kolaboracji Żydów w okupowanym Krakowie” (2018) napisała: „Kolejne poszukiwania Żydów ukrywających się w bunkrach i schowkach na terenie byłego getta krakowskiego przeprowadzono w pierwszej połowie września 1943 r. Według Michała Weicherta w akcji tej brali udział przede wszystkim polscy i żydowscy policjanci” (s. 170). To oczywista nieprawda. Weichert na wielu stronach przedstawił, iż działalność tę prowadziła policja żydowska, a nie polska, pisząc m.in.: „Po dwukrotnym przeszukiwaniu mieszkań, piwnic i strychów przez niemiecką policję w dniu 14-tym [września] wydawało się, iż poza rodzinami pozostałymi za zezwoleniem Władz nie ma już w dzielnicy żydowskiej ani jednego żyda. OD […], a zwłaszcza kierownik SPIRA […], udowodnił w następnych dniach i tygodniach, iż żydowska służba porządkowa potrafi znaleźć ukrytych żydów tam, gdzie nie zdołała ich odnaleźć policja niemiecka” (Archiwum ŻIH, sygn. 302/25). Znając dostępne źródła, ale mając takich „naukowych” poprzedników, w kolejnej książce „Na posterunku. Udział polskiej policji granatowej i kryminalnej w zagładzie Żydów” (2020) Jan Grabowski mógł napisać: „Także w krakowskim getcie po ostatecznym wysiedleniu przez cały czas ukrywały się setki Żydów. Dzień po dniu schrony i bunkry wpadały w ręce niemieckich i polskich policjantów [podkreślenie moje – przyp. aut.] przeszukujących teren byłej dzielnicy żydowskiej” (s. 144).

Historie gett w Tarnowie, Dąbrowie Tarnowskiej, Bochni i Krakowie zostały już „przepisane na nowo”. Ale jest wiele innych gett, o których źródła jednoznacznie mówią, kto wyciągał tam z bunkrów i kryjówek na śmierć setki, a raczej tysiące Żydów. Można się spodziewać, iż „nowa szkoła badań Holokaustu” afiliowana przy ISP PAN (może przy udziale Jarkowskiej-Natkaniec z Instytutu Historii UJ) zrobi wreszcie „porządek” w historii i także te ofiary żydowskiej policji „przepisze” na konto Polaków.

Autor jest pracownikiem IPN. Poglądy wyrażone w tekście są wyłącznie jego opiniami

Idź do oryginalnego materiału