W tym filmie widzimy istne piekło w domu. Jest dużo przemocy i drastycznych scen. Czy za dużo? – Nie, film odzwierciedla rzeczywistość – podkreśla kom. Agnieszka Żyłka, rzeczniczka prasowa Komendanta Wojewódzkiego Policji w Opolu.
– Smarzowski w tym obrazie skupił jak w soczewce wszystkie sytuacje, z którymi my, policjanci, stykamy się w kontaktach z ofiarami, zakładając Niebieską Kartę. Choć nie każda z ofiar doświadcza jednocześnie całego spektrum przemocy. Czasem jest to przemoc fizyczna, innym razem – wyłącznie ekonomiczna, uzależniająca kobietę od mężczyzny. Bywa też przemoc psychiczna, która w istocie niszczy kobietę. To izolowanie od rodziny, aby nie wiedziała i nie przeszkadzała w tym, co dzieje się za tymi zamkniętymi drzwiami – opisuje.
To nie scenariusz filmowy
Policjanci pamiętają dyrektora z „kominowymi” dochodami. Jego żona, niegdyś elegancka kobieta, była wyższą urzędniczką.
– I to była miłość – usłyszały później policjantki od tej kobiety.
Mąż przekonywał ją, iż nie musi pracować, bo po co? Jej pensja była śmieszna w porównaniu z jego zarobkami.
I tak się zaczęło…
– Najpierw od uzależnienia finansowego od męża. A kiedy dzieci wyprowadziły się z domu, zaczął przypinać ją kajdankami do kaloryfera – mówią policjantki. – Kajdanki były wyścielone futerkiem, żeby nie zostawiały śladów na rękach.
Przykuwał ją, kiedy wychodził rano do pracy. Wracał późnym wieczorem. Kaloryfery były wyłączone, bo lubił, gdy w mieszkaniu panował chłód. Skutą kobietę zostawiał w samej bieliźnie. Tkwiła tak przez cały dzień, bez jedzenia i dostępu do toalety. Wieczorami, gdy wracał, obowiązywał ją zakaz wstępu do kuchni.
Kiedy policjantki weszły do mieszkania, zastały kobietę w fekaliach, skrajnie wychudzoną i wyczerpaną.
Wcześniej przychodził dzielnicowy, zawiadomiony przez kogoś z rodziny. Ale wizyty odbywały się w obecności męża-oprawcy. Kobieta była tak wyniszczona, iż z łatwością zrzucał winę na jej rzekomą anoreksję.
– Proszę, lodówka pełna jedzenia, niczego jej nie żałuję – demonstrował dzielnicowemu. – Moja żona to anorektyczka, co ja mogę zrobić…
Wówczas kobieta milczała, próbując się choćby uśmiechać.
Piekło w domu – a w pracy są harde
– I zdarza się tak, iż kobiety poniżane, bite i gwałcone, przed policją wszystkiego się wypierają – mówi kom. Agnieszka Żyłka. – Często nie są gotowe, by przerwać tę sytuację. Muszą dotknąć dna albo poważnie zachorować, żeby zobaczyć, w czym tkwią. A to „dno” u każdej jest na innym poziomie.
Komisarz Żyłka przywołuje scenę z filmu Smarzowskiego, w której policjantka od razu orientuje się, iż kobieta jest ofiarą przemocy domowej. Z ukrycia pokazuje bohaterce gest sygnalizujący, iż dostrzega tę przemoc.
– Tak, jak w tym filmie, jesteśmy przygotowani do takiej pracy i do rozpoznawania tych mechanizmów – tłumaczy pani komisarz. – Mężczyźni w filmie Smarzowskiego traktują swoje kobiety w ten sam sposób. Widoczne jest przyzwolenie grupy na takie zachowania. One przyjmują, iż to norma. Pada tam zdanie: „Co, przywalił ci już, czy jeszcze nie?”.
Przemocy doświadczają również kobiety odnoszące sukcesy zawodowe, np. prokuratorki, lekarki, urzędniczki czy prezeski dużych firm.
– W swoim środowisku mogą uchodzić za przysłowiowe „harde baby”, idące jak tsunami – opowiada Agnieszka Żyłka. – A w domu przeobrażają się w kogoś zupełnie innego. Są poniżane, obrażane i bite. Przed policją wszystkiego się wypierają. W każdej sytuacji starają się utrzymać wizerunek silnej i nieugiętej kobiety. Niestety, nie są gotowe, by przerwać tę sytuację.
Potwierdza to Justyna Kiedos, terapeutka uzależnień z Opola, prezeska fundacji „Opolski Street”. Trudno przekonać kobietę, by założyła „niebieską kartę”, bo tak bardzo boi się partnera. Najczęściej nie wierzy też, iż ktokolwiek może odmienić jej sytuację.
– We wszystkich środowiskach mechanizmy są takie same, niezależnie od statusu materialnego czy wykształcenia – podkreśla terapeutka. – Te mechanizmy tkwią w nas i w tym, co otrzymaliśmy od rodziców. Brak poczucia własnej wartości kobiety mogą kompensować na różne sposoby, na przykład karierą. W domu jednak pozostają bezbronne i bezradne jak dzieci. jeżeli nie mają wsparcia rodziny albo organizacji pozarządowej, kilka mogą zrobić. Brakuje im siły, by rozpocząć jakąkolwiek procedurę i uniezależnić się od oprawcy.
Piekło w domu. To nie sceny z filmu
On – pracownik naukowy, ona – w jego mniemaniu zwykła nauczycielka. Poznali się na studiach. Wtedy nie miało znaczenia, iż pochodziła z małej miejscowości pod Lublinem.
– Potem zaczął mu przeszkadzać mój brat, który został podoficerem w armii – wspomina Anna z Opola (imię zmienione – red.). – A co miał robić? W naszej miejscowości albo zostaje się rolnikiem, albo zakłada mundur. Doszło do tego, iż nie jeździliśmy choćby do moich rodziców, bo twierdził, iż się przy nich męczy.
W domu musiała panować grobowa cisza, bo on robił kolejny stopień naukowy. Nikt nie mógł do niej dzwonić, bo wtedy wpadał w szał.
– Dzwonili rodzice moich uczniów, więc zmieniłam numer telefonu, żeby już było cicho – mówi kobieta. – Wpadał w szał przy byle okazji, wtedy rzucał we mnie czym popadnie.
Anna z przeciętym łukiem brwiowym trafiła na pogotowie, powiedziała, iż zemdlała i przy upadku się rozcięła. Wtedy nie przeszłoby jej przez usta, iż to męża sprawka – iż to przez piekło w domu. W pokoju nauczycielskim czuła się jak z innego świata. Miała posiniaczone ręce i nogi. Potrafił rzucić nią o podłogę, potem kopać i ciągnąć za włosy po całym mieszkaniu. Gdy bił, nigdy nie krzyczała. Zresztą, czy ktoś uwierzyłby, iż ten kulturalny pan potrafi być takim zwyrodnialcem?
– Mówił, iż wszystko robię źle, choćby nie potrafię urządzić mieszkania – wspomina. – Krzyczał, iż to przez to, iż pochodzę z „zadupia”.
Nie była już zdolna do pracy. Do psychiatry trafiła z myślą wyłącznie o zwolnieniu, ale stało się inaczej. W gabinecie zaczęła mówić, iż mąż pracuje naukowo i habilituje się, nie wspominając o sobie. Trafiła na terapię.
– Chciałam mieć dziecko, byłam przekonana, iż to z mojej winy – wspomina. – Ale okazało się, iż mój mąż ma zbyt niską liczbę plemników. Ale przez cały czas winił mnie za wszystko. Mówił, iż szkoda przy mnie zachodu. Odkryłam, iż chodził do sąsiadki z parteru i jakoś nie przeszkadzało mu, iż ta kobieta pracuje w sklepie.
Po terapii Anna wyprowadziła się od męża. Zaczęła głośno mówić o oprawcy. Na razie jednak nie ma siły, by zawalczyć o podział majątku.
To też nie obraz z kina
Farmaceutka z dorosłym synem. Energiczna kobieta, ale życie przez 15 lat w związku przemocowym sprawiło, iż bez leczenia i terapii by sobie nie poradziła. Była gwałcona, bita i deprecjonowana na każdym kroku. Po każdej takiej sytuacji słyszała, jak jest paskudna, iż adekwatnie to szkoda dla niej czasu. Że teraz dopiero pójdzie do prawdziwej kobiety.
Godziła się na to przez 15 lat. Ale przyszedł moment, kiedy miała uczucie, iż jeżeli się z tego nie wygrzebie, to nastąpi jej koniec. Ostatkiem sił trafiła do pani mecenas. Potem była terapia.
Zostawiła większą część majątku byłemu już mężowi, który zgromadzili przez te piętnaście lat. Stwierdziła, iż to cena świętego spokoju, który tak sobie ceni.
Teraz jest w związku z mężczyzną, który był tłamszony przez byłą już żonę. Wspólnie zaczęli normalnie oddychać.
Piekło w domu. Przemoc pozostaje przemocą
Europejska definicja bezdomności i wykluczenia mieszkaniowego może w Polsce zaskakiwać.
– Fakt, iż ktoś nie czuje się bezpiecznie, jest poniżany czy katowany, również tworzy bezdomność – tłumaczy Justyna Kiedos. – Taka jest unijna, społeczna definicja bezdomności. Bo to, co najważniejsze w domu, to poczucie bezpieczeństwa. jeżeli ono znika, oznacza to, iż domu nie ma.
Co dwa lata w Polsce odbywa się liczenie osób w kryzysie bezdomności. Justyna Kiedos podkreśla, iż wciąż liczymy „po swojemu”, czyli według polskiej definicji, zawężonej i niedoszacowanej.
– Europejska definicja otworzyłaby drogę do różnego rodzaju działań profilaktycznych – dodaje terapeutka.
Statystyki pokazują, iż wśród wszystkich bezdomnych w 2019 roku kobiety stanowiły 16 proc., a w badaniu z 2024 roku już 20 proc.
– Kobiety doświadczające przemocy próbują radzić sobie na różne sposoby, czasem popadają w uzależnienia – mówi Justyna Kiedos. – Najczęściej są pozbawione wsparcia rodziny. A wystarczyłoby, by ktoś z bliskich zaoferował im kanapę na kilka tygodni, zanim staną na nogi…
W filmie Smarzowskiego główna bohaterka Gośka, gdy nie ma już dla niej miejsca w rodzinnym domu, trafia do mężczyzny, który zostaje jej mężem. Później, gwałcona i bita przez niego, będąc w ciąży, trafia do ośrodka dla samotnych matek. Jak wiele ofiar przemocy, Gośka marnuje szansę na odzyskanie równowagi, wielokrotnie wracając do toksycznego męża.
– Cieszę się, iż Smarzowski wrócił do tego tematu – mówi Justyna Kiedos. – przez cały czas żyjemy tak, iż sprawy rodzinne nie wychodzą na zewnątrz. Zbyt często brakuje społecznej wyobraźni, by spojrzeć poza fasadę. Przemoc domowa nie pasuje nam do obrazu eleganckiej, wykształconej kobiety. A przecież za tą fasadą dobrego wyglądu i wykształcenia może kryć się tragedia. Lubimy koncentrować się na opakowaniu, dlatego przemoc domowa nie mieści się w naszym wyobrażeniu o kobiecie z doktoratem. Doznajemy szoku poznawczego, gdy okazuje się, iż jest katowana przez równie eleganckiego i wykształconego męża.
Piekło w domu. Czemu nie odchodzi, skoro jest bita?
Jak podkreśla Justyna Kiedos, niezależnie od środowiska, wiele kobiet doświadcza przemocy już od wczesnego dzieciństwa.
– Najsmutniejsze jest to, iż są przekonane, iż to norma, iż życie po prostu takie jest, takie pełne przemocy – mówi terapeutka. – Odtwarzając schemat z rodzinnego domu, wybierają podobnych partnerów. Ich poczucie własnej wartości zostaje zabite. Wyjście z takiej relacji jest niezwykle trudne.
To zawsze budzi niezrozumienie. No, bo skoro prześladowca bije i gwałci, to czemu ofiara nie odchodzi?
– Nie każdy z nas ma takie same zasoby, w które wyposażyli nas rodzice – wyjaśnia Justyna Kiedos. – Brak miłości w domu sprawia, iż szuka się jej gdzie indziej. I nieważne, iż rodzice byli świetnie wykształceni, choćby z przygotowaniem pedagogicznym czy psychologicznym. Tym trudniej, bo taka przemoc bywa ukryta, nieoczywista, manipulacyjna. I przy pełnej świadomości, iż tak nie powinno się postępować.
Takie kobiety często wywołują uśmiech politowania, gdy mówią: „Jak kocha, to czasem też przyłoży”.
– Kiedyś osoba doznająca przemocy mogła wycofać zeznania, wówczas kończono procedurę Niebieskiej Karty, a sprawca nie ponosił konsekwencji – wyjaśnia komisarz Agnieszka Żyłka. – Sejm zmienił przepisy, dzisiaj nie ma możliwości wycofania zeznań i wstrzymania procedury Niebieskiej Karty.
Policjanci mówią, iż po interwencji policji sprawca urządzał „miesiąc miodowy”, a później rodzinna gehenna wracała.
– Nie było też instytucji nakazu opuszczenia lokalu przez sprawcę – kontynuuje kom. Żyłka. – Od 2023 roku policjanci podczas interwencji mogą nakazać opuszczenie mieszkania, choćby jeżeli należy ono do sprawcy, oraz zakazać mu zbliżania się do osoby pokrzywdzonej.
Chce tylko się uwolnić
– Większość przypadków przemocy domowej to przemoc wobec kobiet i dzieci, czyli wobec osób słabszych – mówi opolski mecenas Tomasz Orgacki. – jeżeli ktoś próbuje symetryzować albo relatywizować zjawisko, wskazując na przemoc wobec mężczyzn, to trzeba jasno powiedzieć: takich przypadków jest zdecydowanie mniej. o ile miałbym pokusić się o określenie proporcji, to wynosi ona jeden do dziesięciu.
I z grubsza potwierdzają to dane policji. Na Opolszczyźnie od stycznia do listopada br. funkcjonariusze wszczęli blisko 880 procedur „Niebieskiej Karty”, z czego aż 740 dotyczyło kobiet. W ubiegłym roku było prawie 1100 takich procedur, a blisko 940 obejmowało kobiety.
Choć mecenas Orgacki uważa, iż statystyki nie oddają pełnej rzeczywistości, bo nie wiemy, co dzieje się za wieloma szczelnie zamkniętymi drzwiami.
– Z mojej praktyki zawodowej wynika, iż skala przemocy wobec kobiet maleje, ale nie ulega wątpliwości, iż przez cały czas jest to poważny problem – mówi mecenas Orgacki.
Doświadczony adwokat potrafi gwałtownie rozpoznać ofiarę, która przeżywa piekło w domu.
– Taka kobieta chce się tylko rozwieść, odseparować od męża i jak najszybciej zakończyć sprawę – tłumaczy Tomasz Orgacki. – Zależy jej wyłącznie na dzieciach. Często mówi, iż choćby alimentów nie potrzebuje, iż zostawi wszystko: mieszkanie, działkę, samochód i psa. Chce tylko odejść. Chcąc się uwolnić, choćby kosztem strat materialnych, byle jak najdalej od oprawcy.
Problemem jest to, iż ofiary często nie zbierają dowodów, więc przed sądem trudno udowodnić przemoc. Nierzadko po raz pierwszy rozmawiają o bardzo intymnych sprawach właśnie z adwokatem.
Sprawca manipuluje drugą osobą: zaprzecza wydarzeniom albo przedstawia je w zupełnie innym świetle, neguje własne wcześniejsze słowa.
– Kobiety zaczynają wątpić w swoją pamięć i w to, co widzą – mówi mecenas Orgacki. – Ofiara takiej przemocy traci kontakt ze światem zewnętrznym, zaczyna mieć wiele wątpliwości, traci wiarę w siebie. To całkowite deprecjonowanie kobiety.
Sprawcy często obwiniają pełnomocnika prawnego, twierdząc: „ta wariatka by tego przecież nie wymyśliła”. Winny ma być mecenas, który rzekomo wkłada jej w usta wszystkie słowa. Gdyby nie prawnicy – twierdzą – nie byłoby żadnych problemów. Nierzadko wmawiają żonie chorobę psychiczną, podważając jej zdolność do samodzielnego myślenia.
– Istnieje grupa mizoginów, a źródła takiego zachowania często tkwią w rodzinnych zaszłościach. Tak zachowywał się ojciec wobec matki, tak dziadek wobec babci – dodaje Orgacki.
Przemoc ekonomiczna to kolejny rodzaj przemocy, który bywa bagatelizowany. Niektórzy twierdzą, iż „wydzielanie pieniędzy” to żadna przemoc.
– Przemoc ekonomiczna polega na tym, iż za każdy wydatek żona dostaje reprymendę, czasem bywa przy tym popchnięta albo pobita. Takie sytuacje wciąż się zdarzają. A jednocześnie ojciec co rusz kupuje sobie nowe gadżety – podkreśla mecenas Orgacki.
Piekło w domu. Wzajemność przemocy
Jak to w życiu, nie wszystko jest wyłącznie czarne, albo białe.
– Obserwuję również zjawisko manipulacji ze strony kobiet – mówi mecenas. – Przechodzimy w tej chwili swoistą rewolucję kulturową i mentalnościową. Widzę, jak kobiety odzyskują siłę, ale każda rewolucja ma swoje ofiary. Jedną z nich są mężczyźni – ci, których przedstawia się jako sprawców przemocy, choć faktycznie nimi nie są. Kiedy nagle na końcu rozprawy kobieta twierdzi, iż związek był przemocowy. Coraz częściej mamy do czynienia z wzajemnością przemocy.
– Uważam, iż ludzie nie rodzą się źli – dodaje mecenas Orgacki. – Nikt nie rodzi się przestępcą. To społeczny proces przyzwalania. A przemoc wciąż jest relatywizowana.
Co musimy zrobić?
– Trzeba zacząć rozmawiać o przemocy już w szkole – przekonuje Justyna Kiedos. – Już w języku możemy odczytać to, czego się doświadcza. Powinniśmy być uczeni dekodowania języka przemocy.
Bo, jak mówi, przemoc i piekło zaczyna się w domu, od złego słowa i kłamstwa.
***
Odważne komentarze, unikalna publicystyka, pasjonujące reportaże i rozmowy – czytaj w najnowszym numerze tygodnika „O!Polska”. Do kupienia w punktach sprzedaży prasy w regionie oraz w formie e-wydanie

1 godzina temu









English (US) ·
Polish (PL) ·
Russian (RU) ·