Okoliczności się nie zdarzają – tworzą je ludzie. To Wy stworzyliście sytuację, w której zostawiliście żywą istotę na ulicy. A teraz chcecie wszystko zmienić, kiedy Wam wygodnie. Olek wracał do domu z pracy podczas zwykłego zimowego wieczoru, gdy wszystko wokół spowite było nudą. Przechodząc obok sklepu spożywczego, zobaczył psa – kundla, rudego, kudłatego, z oczami jak u zagubionego dziecka. – Czego tu szukasz? – burknął Olek, ale zatrzymał się. Pies tylko patrzył. Nie prosił o nic, nie szczekał. „Pewnie czeka na właściciela” – pomyślał Olek, idąc dalej. Jednak kolejnego dnia – ta sama scena. I znów, dzień później. Pies jakby przyrósł do tego miejsca. Ludzie przechodzili, czasem ktoś rzucił kawałek bułki, ktoś inny – parówkę. – No czemu tu siedzisz? – zapytał kiedyś Olek, przysiadając obok. – Właściciele gdzie? Pies ostrożnie podszedł i przytulił pysk do nogi Olka. Ten znieruchomiał. Kiedy ostatni raz kogoś głaskał? Po rozwodzie minęły trzy lata. Pusta kawalerka, praca, telewizor, lodówka. – Laduś moja – wyszeptał. Sam nie wiedział, skąd wzięło się imię. Następnego dnia przyniósł jej parówki. Po tygodniu zamieścił ogłoszenie w internecie: „Znaleziono psa. Szukamy właściciela”. Nikt nie zadzwonił. A kilka tygodni później, wracając z dyżuru – pracował jako inżynier, czasem po 24 godziny na obiekcie – zobaczył tłum przy sklepie. – Co się stało? – spytał sąsiadkę. – Psa ktoś potrącił. Tego, który tu miesiąc siedział. Serce mu opadło. – Gdzie ona? – Zawieźli do kliniki weterynaryjnej na alei Jana Pawła II. Ale żądają sporej sumy… A kto by chciał bezdomnego psa? Olek nie powiedział nic. Zawrócił i pobiegł. W klinice weterynarz pokręcił głową: – Złamania, krwotok wewnętrzny. Leczenie będzie drogie i niepewne. – Proszę leczyć. Zapłacę, ile trzeba. Gdy ją wypisano, zabrał do siebie. I po raz pierwszy od trzech lat w jego domu zagościło życie. Zmieniło się wszystko, całkowicie. Olek budził się nie od budzika, ale od lekkiego muśnięcia noskiem Laduni – czas wstawać, panie. I wstawał, z uśmiechem. Poranek zaczynał się nie od kawy i newsów, a od spaceru po parku. – Chodź, dziewczyno, idziemy na spacer – mówił. Lada wesoło merdała ogonem. W klinice załatwił wszystkie dokumenty – paszport, szczepienia. Oficjalnie była jego. Fotografował każdy papier na wszelki wypadek. W pracy byli zdziwieni: – Olek, młodszy się zrobiłeś czy co? Taki energiczny! Rzeczywiście – po raz pierwszy od lat czuł się potrzebny. Lada okazała się inteligentna, bardzo. Rozumiała każde słowo. Gdy Olek się spóźniał, czekała przy drzwiach i patrzyła z troską – „Martwiłam się”. Bywało, iż wieczorami długo chodził z nią po parku. Opowiadał jej o pracy, o życiu. Śmieszne? Możliwe. Ale słuchała uważnie, czasem cicho popiskiwała w odpowiedzi. – Wiesz, Ladusiu, kiedyś myślałem, iż samemu jest łatwiej. Nikt nie przeszkadza, nikt nie pyta. Ale okazuje się… – głaskał ją po głowie. – Okazuje się, iż po prostu bałem się znów kogoś pokochać. Sąsiedzi ich polubili. Pani Wiesia zawsze zostawiała kość. – Piękna psinka – mówiła – widać, iż kochana. Minął miesiąc, potem drugi. Olek rozważał założenie strony w sieci, wrzucać zdjęcia Lada. Była bardzo fotogeniczna – złote futro lśniło w słońcu. A potem stało się nieoczekiwane. Zwykły spacer w parku. Lada wąchała krzaki, Olek siedział na ławce, czytając coś w telefonie. – Gerda! Gerda! – rozległ się głos. Olek spojrzał. Szła kobieta, około trzydziestu pięciu lat, w drogim dresie, z makijażem, blondynka. Lada zesztywniała, przycisnęła uszy. – Przepraszam, to pomyłka – powiedział Olek – to mój pies. Kobieta zatrzymała się, ręce na biodrach. – Co znaczy „Pana”? Przecież widzę, iż to moja Gerda! Zaginęła mi pół roku temu! – Jak? – Tak! Uciekła spod bloku, szukałam jej wszędzie! A pan ją ukradł! Olkowi ziemia się zatrzęsła. – Proszę, jak zaginęła? Znalazłem ją pod sklepem, była tam miesiąc – bezdomna! – No bo się zgubiła! Bardzo ją kocham! Z mężem kupiliśmy ją specjalnie – rasową! – Rasową? Przecież to kundel! – Jest mieszaniec! Bardzo drogi! Olek wstał. Lada przytuliła się do nogi. – jeżeli to pani pies, proszę pokazać dokumenty. – Jakie dokumenty? – Paszport, zaświadczenie o szczepieniach. Cokolwiek. Kobieta się zacukała: – Są w domu. Ale to nieistotne! I tak ją poznam! Gerda, do mnie! Lada nie ruszyła się. – Gerda! Przychodź natychmiast! Pies jeszcze mocniej przytulił się do Olka. – Widzisz? – powiedział cicho. – Ona pani nie zna. – Jest obrażona, bo ją zgubiłam! Ale to moja! Domagam się jej zwrotu! – Mam dokumenty – spokojnie odpowiedział Olek. – Zaświadczenie z kliniki, paszport, paragony za jedzenie i zabawki. – Mam gdzieś pana papiery! To kradzież! Przechodnie zaczęli patrzyć. – Wiesz co? – Olek wyciągnął telefon. – Załatwmy to zgodnie z prawem. Wezwę policję. – Proszę bardzo! Pokażę, iż to moja! Mam świadków! – Jakich? – Sąsiedzi widzieli, jak uciekła! Olek zadzwonił. Serce waliło. A jeżeli kobieta ma rację? Może Lada naprawdę od niej uciekła? Ale czemu siedziała miesiąc pod sklepem? Czemu nie szukała domu? I czemu teraz drży i tuli się do niego? – Halo? Policja? Chodzi o psa… Kobieta uśmiechnęła się złośliwie: – Zobaczy pan, sprawiedliwość zwycięży! Oddaj pan mojego psa! A Lada wciąż się tuliła. Olek zrozumiał, iż będzie walczył do końca. Bo Lada przestała być po prostu psem. Stała się rodziną. Dzielnicowy przyszedł po pół godziny – sierżant Michałowski, człowiek spokojny, rzeczowy. Olka znał z wcześniejszych spraw. – Proszę opowiedzieć – wyjął notes. Kobieta pierwsza zaczęła, szybko, chaotycznie: – To moja Gerda! Kupiłam za dziesięć tysięcy! Pół roku temu zaginęła, szukałam wszędzie! Ten pan ją ukradł! – Nie ukradłem, a przygarnąłem – zaprzeczył Olek – pod sklepem siedziała głodna miesiąc. – Bo się zgubiła! Michałowski spojrzał na Ladę – ta wciąż tuliła się do Olka. – Są dokumenty? – Mam – wyjął teczkę. Przez przypadek po ostatniej wizycie w klinice nie zostawił ich w domu. – Tu zaświadczenie z kliniki, leczenie po potrąceniu, tu paszport, szczepienia. Dzielnicowy przejrzał papiery. – A pani coś ma? – zwrócił się do kobiety. – W domu wszystko! Ale przecież to moja Gerda! – Może dokładnie opisać, jak zaginęła? – spytał Michałowski. – Spacerowałam z nią, zerwała się z smyczy i uciekła. Szukałam, ogłoszenia rozwieszałam. – Gdzie to było? – W parku, niedaleko. – Gdzie pani mieszka? – Na alei Jana Pawła II. Olek zatrząsł się: – Przepraszam, to dwa kilometry od sklepu, gdzie znalazłem psa. Jak się tam dostała? – Pewnie pobłądziła. – Psy zwykle potrafią wrócić do domu. Kobieta się zaczerwieniła: – A co pan może wiedzieć o psach!? – Wiem jedno – powiedział cicho Olek – kochany pies nie siedzi miesiąc głodny w jednym miejscu. Szuka właściciela. – Mogę zapytać? – przerwał Michałowski – mówiła pani, iż szukała psa, rozwieszała ogłoszenia. Dlaczego nie zgłosiła straty na policji? – Na policji? Nie wpadłam na to. – Przez pół roku? Psa za dziesięć tysięcy i nie zgłosiła pani straty? – Myślałam, iż sam się znajdzie! Policjant się zmarszczył: – Pani dokument poproszę. Dowód i adres. Kobieta wyjęła dokumenty z drżącymi rękami. – Proszę, dowód… Sprawdził: – Faktycznie mieszka pani na alei Jana Pawła II, budynek piętnaście, mieszkanie dwadzieścia trzy. – Proszę podać dokładną datę zaginięcia. – Dwudziestego albo dwudziestego pierwszego stycznia. Olek wyjął telefon: – Ja znalazłem ją dwudziestego trzeciego stycznia. Ale już prawie miesiąc tam siedziała. Więc pies musiał zaginąć wcześniej. – Może pomyliłam datę! – powiedziała kobieta coraz bardziej zdenerwowana. I nagle… złamała się: – Dobrze! Niech będzie wasza! Ale ja ją naprawdę kochałam! Cisza. – Jak to się stało? – spytał cicho Olek. – Mąż powiedział – przeprowadzamy się, z psem nas nie wezmą na wynajmowaną kawalerkę. A sprzedać nie szło – bo nie rasowa. To zostawiłam pod sklepem. Myślałam, ktoś ją przygarnie. Olek poczuł się, jakby wszystko się w nim obróciło. – Pani ją porzuciła? – No… zostawiłam. Nie porzuciłam! Przecież ktoś dobry zabierze. – Czemu teraz chce pani ją odebrać? Kobieta się rozpłakała: – Rozwiodłam się, mąż wyjechał. Tak samotnie. Chciałam Gerdę z powrotem. Przecież ją kochałam! Olek spojrzał na nią niewierząc. – Kochała pani? – powtórzył powoli – Kochanych się nie porzuca. Michałowski zamknął notes. – Wszystko jasne. Dokumenty potwierdzają, iż pies należy do pana… – zerknął w dowód – Skalskiego. Leczył ją, wyrobił dokumenty, utrzymuje. Prawnie sprawa jasna. Kobieta się rozpłakała: – Ale ja się rozmyśliłam! Chcę ją z powrotem! – Za późno – odpowiedział sierżant. – Porzuciła pani – to znaczy porzuciła. Olek przykucnął przy Ladzie, przytulił ją: – Już dobrze, dziewczyno. – Może chociaż ją pogłaszczę? – poprosiła kobieta. – Ostatni raz? Olek spojrzał na Ladę. Ta podwinęła uszy, schowała się pod jego rękę. – Widać? Boji się pani. – Nie zrobiłam specjalnie. Tak się złożyło… – Wie pani co? – Olek wstał – Okoliczności się nie zdarzają, tylko ludzie je tworzą. To pani stworzyła sytuację, iż rzuciła pani żywą istotę na ulicy. Teraz chce pani wszystko naprawić, bo jej wygodnie. Kobieta rozpłakała się jeszcze mocniej: – Rozumiem. Ale bardzo mi źle samej… – A jej? Jak się czuła, siedząc tam samotnie miesiąc? Cisza. – Gerda… – szepnęła ostatni raz. Pies choćby nie drgnął. Kobieta odwróciła się i odeszła. Szybko, nie oglądając się. Michałowski poklepał Olka po ramieniu: – Dobrze pan zrobił. Wyraźnie się przywiązała. – Dziękuję. Że pan rozumie. – Sam mam psa. Wiem, co to znaczy. Gdy policjant odszedł, Olek został z Ladą sam. – No co, – powiedział, głaszcząc ją – nikt nas już nie rozdzieli. Obiecuję. Lada spojrzała mu w oczy. Olek zobaczył w nich nie tylko wdzięczność. Ale bezgraniczną psia miłość. Miłość. – Idziemy do domu? Szczeknęła radośnie i pobiegła obok. Po drodze Olek pomyślał: w jednym ta kobieta miała rację. Okoliczności mogą się różnie ułożyć. Można stracić pracę, mieszkanie, pieniądze. Ale są rzeczy, których nie wolno tracić. Odpowiedzialność, miłość, współczucie. W domu Lada rozłożyła się na swoim ulubionym dywaniku. Olek zaparzył herbatę, usiadł obok. – Wiesz, Ladusiu – powiedział zamyślony – może dobrze się stało. Teraz już wiem, iż jesteśmy sobie naprawdę potrzebni. Lada westchnęła zadowolona.

2 tygodni temu

Okoliczności się nie zdarzają. To ludzie je tworzą. Ty stworzyłaś sytuację, w której wyrzuciłaś żywe stworzenie na ulicę. A teraz chcesz ją zmienić, kiedy ci wygodnie.

Olgierd wraca właśnie z pracy do domu. Typowy zimowy wieczór. Wszystko wokół wydaje się przykryte mgłą monotonii. Mija sklep spożywczy i widzi psa. Kundel. Rudy, kudłaty. Oczy zupełnie jak u zagubionego dziecka.

A czego ty tu szukasz? burknął Olgierd, ale zatrzymał się.

Pies podniósł łeb i spojrzał na niego. Nic nie prosił. Po prostu patrzył.

Pewnie czeka na właściciela, pomyślał i ruszył dalej.

Ale następnego dnia obraz się powtarza. I jeszcze kolejnego. Pies jakby przykleił się do tego miejsca. Olgierd zaczął zauważać: ludzie przechodzą, ktoś rzuci kawałek bułki, ktoś parówkę.

No czemu tu siedzisz? spytał pewnego razu, kucając obok. Gdzie są właściciele?

Wtedy pies powoli podszedł, ostrożnie, i przytulił łeb do jego nogi.

Olgierd zastygł. Kiedy ostatni raz kogoś głaskał? Od rozwodu minęły trzy lata. Mieszkanie puste. Tylko praca, telewizor, lodówka.

Laduszko moja, wyszeptał, sam nie wiedząc, skąd mu to imię przyszło do głowy.

Następnego dnia przyniósł jej parówki.

Po tygodniu zamieścił ogłoszenie w internecie: Znaleziono psa. Szukamy właściciela.

Nikt się nie odezwał.

Po miesiącu Olgierd wracał z dyżuru pracował jako inżynier, czasem siedział cały dzień na obiekcie. Zobaczył tłum przed sklepem.

Co się stało? spytał sąsiadkę.

Tego psa potrącił samochód. Tego, co tu siedział miesiąc.

Serce mu zamarło.

Gdzie ona jest?

Zabrali do lecznicy na aleję Mickiewicza. Ale tam wołają kosmiczne sumy No i komu ona potrzebna, bezdomna.

Olgierd nic nie odpowiedział. Odwrócił się i pobiegł.

W lecznicy weterynarz pokręcił głową:

Złamania, krwotok wewnętrzny. Leczenie będzie kosztowało drogo. I nie wiadomo, czy przeżyje.

Niech pan leczy, powiedział Olgierd. Ile będzie trzeba zapłacę.

Gdy ją wypisali, zabrał ją do domu.

Po raz pierwszy od trzech lat jego mieszkanie ożyło.

Życie się zmieniło. Całkowicie.

Olgierd nie budził się już przez budzik, tylko przez to, iż Lada delikatnie trącał go nosem w rękę. Jakby mówiła: czas wstawać, panie! I wstawał. Z uśmiechem.

Kiedyś poranek zaczynał się od kawy i wiadomości. Teraz od spaceru po parku.

No chodź, dziewczynko, idziemy pooddychać mówi, a Lada radośnie macha ogonem.

W weterynarii wyrobili wszystkie dokumenty. Paszport, szczepienia. Oficjalnie była już jego psem. Olgierd choćby robił zdjęcia każdej kartce na wszelki wypadek.

Koledzy byli zdziwieni:

Olgierd, młodniejesz chyba! Taki pełen energii się zrobiłeś.

I rzeczywiście czuł się potrzebny. Po raz pierwszy od lat.

Lada okazała się bardzo mądra. Niesamowicie. Rozumiała wszystko w pół słowa. Gdy pracował dłużej czekała z takim spojrzeniem w drzwiach, jakby mówiła: Martwiłam się.

Wieczorami długo spacerowali po parku. Olgierd opowiadał jej o pracy, o życiu. Śmieszne? Może. Ale jej to najwyraźniej ciekawiło. Patrzyła uważnie, czasem cicho piszczała w odpowiedzi.

Wiesz, Laduszko, dawniej myślałem, iż łatwiej jest samemu. Nikt nie przeszkadza, nikt nie irytuje. A okazało się, głaskał ją po głowie, iż po prostu bałem się znów kogoś pokochać.

Sąsiedzi przywykli. Pani Weronika z klatki obok zawsze przynosiła jej jakąś kostkę.

Fajny piesek, mówiła. Widać, iż ukochany.

Minął miesiąc. Drugi.

Olgierd choćby myślał, żeby założyć Ladzie profil w mediach społecznościowych. Była fotogeniczna ruda sierść błyszczała w słońcu jak złoto.

A potem stało się coś niespodziewanego.

Zwykły spacer w parku. Lada wącha krzaki, Olgierd siedzi na ławce, coś czyta w telefonie.

Hania! Hania!

Olgierd podniósł głowę. Zbliżała się kobieta. Około trzydziestki. W drogim dresie. Blondynka. Umalowana.

Lada zesztywniała. Przyciska uszy.

Przepraszam, odpowiada Olgierd, chyba się pani pomyliła. To mój pies.

Kobieta stanęła. Ręce w bok.

Jak to, twój? Przecież widzę, iż to moja Hania! Zgubiłam ją pół roku temu!

Słucham?

Tak! Uciekła spod klatki, wszędzie jej szukałam! Pan ją ukradł!

Ziemia zadrżała pod Olgierdem.

Proszę poczekać. Jak zgubiła? Znalazłem ją pod sklepem. Siedziała tam miesiąc bez właściciela!

No bo się zgubiła! Ja ją kocham! Kupiliśmy ją z mężem, specjalnie rasową!

Rasową? Olgierd spojrzał na Ladę. Przecież to kundel.

To mieszaniec! Bardzo drogi!

Olgierd wstał. Lada przykleiła się do jego nogi.

Dobrze. jeżeli to pani pies proszę pokazać dokumenty.

Jakie dokumenty?

Weterynaryjny paszport. Zaświadczenia o szczepieniach. Cokolwiek.

Kobieta się zmieszała:

Zostały w domu. Ale to nie ważne! I tak ją rozpoznaję! Haniu, chodź do mnie!

Lada nie ruszyła się ani trochę.

Haniu! Natychmiast tu!

Pies jeszcze mocniej przylgnął do Olgierda.

Widzi pani? mówi cicho. Nie zna pani.

Obraziła się, iż ją zgubiłam! kobieta podnosi głos. Ale to mój pies! I żądam, żeby mi go oddać!

Mam dokumenty, odpowiada spokojnie Olgierd. Dowód z lecznicy po wypadku. Paszport. Paragony za karmę. Za zabawki.

Mam gdzieś pańskie dokumenty! To kradzież!

Przechodnie zaczęli się przyglądać.

Wie pani co? Olgierd wyciągnął telefon. Rozstrzygnijmy to prawnie. Zadzwonię po policję.

Dzwońcie! prychnęła kobieta. Udowodnię, iż to mój pies! Mam świadków!

Jakich świadków?

Sąsiedzi widzieli, jak uciekała!

Olgierd wybrał numer. Serce waliło. A jeżeli kobieta ma rację? Może Lada naprawdę od niej uciekła?

Ale dlaczego więc miesiąc czekała pod sklepem? Dlaczego nie szukała drogi do domu?

I co najważniejsze, czemu teraz trzęsie się przy jego nodze, jakby szukała schronienia?

Halo? Policja? Mam tutaj sytuację

Kobieta uśmiechnęła się złośliwie:

Jeszcze zobaczycie. Sprawiedliwość zwycięży. Oddajcie mojego psa!

A Lada przytulała się coraz mocniej.

Wtedy Olgierd zrozumiał będzie walczył o nią do końca.

Bo przez te miesiące Lada stała się kimś więcej niż tylko psem.

Stała się rodziną.

Dzielnicowy przyjechał po pół godzinie. Sierżant Michalski człowiek rzeczowy, flegmatyczny. Olgierd znał go z kontaktów z administracją.

No to opowiadajcie, powiedział, wyjmując notes.

Kobieta zaczęła pierwsza, szybko, chaotycznie:

To mój pies! Hania! Kupiłam ją za cztery tysiące złotych! Pół roku temu uciekła, wszędzie jej szukałam! Ten pan ją ukradł!

Nie ukradłem, tylko znalazłem, spokojnie prostuje Olgierd. Pod sklepem. Siedziała tam miesiąc, głodna.

No bo się zgubiła!

Michalski spojrzał na Ladę. Ta, jak wcześniej, przytulała się do Olgierda.

Ktoś ma dokumenty?

Ja, Olgierd wyjął teczkę. Przez przypadek zapomniał odłożyć dokumenty po ostatniej wizycie w lecznicy.

Tu zaświadczenie z lecznicy, gdzie ją leczyłem po wypadku. Paszport. Szczepienia.

Dzielnicowy przejrzał papiery.

A pani coś ma? pyta kobietę.

W domu! Ale co za różnica!? Przecież mówię, to moja Hania!

Może pani dokładniej opowiedzieć, jak zgubiła psa? pyta Michalski.

No, spacerowaliśmy. Zerwała się ze smyczy i uciekła. Szukałam jej, rozwieszałam ogłoszenia.

Gdzie to było?

W parku, tu niedaleko.

A gdzie pani mieszka?

Na alei Mickiewicza.

Olgierd się wzdrygnął:

Proszę zaczekać. To dwa kilometry od sklepu, gdzie ją znalazłem. jeżeli uciekła w parku, jak trafiła tam?

No, zabłądziła chyba!

Psy zwykle znajdują drogę do domu.

Kobieta poczerwieniała:

A co pan wie o psach?!

Wiem, szepnął Olgierd. Wiem, iż ukochany pies nie siedzi miesiąc głodny w jednym miejscu. Szuka właścicieli.

A mogę spytać? odezwał się Michalski. Rozwieszała pani ogłoszenia, a czemu nie zgłosiła na policję?

Policja? No, nie pomyślałam.

Przez pół roku? Pies za cztery tysiące zginął i nie poszła pani na policję?

Myślałam, iż sama się znajdzie!

Michalski zmarszczył się:

Proszę okazać dokumenty.

Jakie dokumenty?

Dowód osobisty. I adres zamieszkania potwierdzić.

Kobieta szuka w torebce. Ręce jej drżą.

Tu dowód.

Michalski patrzy:

Tak, rzeczywiście, mieszka pani na alei Mickiewicza. Numer domu czternaście. A mieszkanie?

Numer dwadzieścia dwa.

Rozumiem. Proszę podać dokładną datę zagubienia psa.

Około dwudziestego stycznia, może dwudziestego pierwszego.

Olgierd sięga po telefon:

Ja ją znalazłem dwudziestego trzeciego stycznia. I siedziała tam już prawie miesiąc.

Więc zgubiła się wcześniej.

Może pomyliłam datę! kobieta zaczyna wyraźnie panikować.

Nagle łamie się:

Dobrze! Niech będzie pana! Ale ja naprawdę ją kochałam!

Cisza.

Jak to się stało? Olgierd pyta cicho.

Mąż powiedział: przeprowadzamy się, do wynajmowanego nie wezmą psa. Sprzedać się nie dała nie rasowa. Zostawiłam ją pod sklepem. Myślałam, iż ktoś weźmie.

Olgierd poczuł, iż wszystko się w nim przewraca.

Zostawiła ją pani?

No, zostawiłam. Przecież nie wyrzuciłam! Dobrzy ludzie, myślałam, zabiorą.

Czemu teraz chce pani ją z powrotem?

Kobieta szlocha:

Rozwiedliśmy się. Mąż wyjechał, zostałam sama. Tęsknię. Chciałam odzyskać Hanię. Kocham ją!

Olgierd patrzy na nią, nie może uwierzyć.

Kochaliście? powtarza. Ukochanych się nie wyrzuca.

Michalski zamyka notes.

Wszystko jasne. Dokumenty wskazują, iż pies należy do pana spojrzenie na dowód, Wojciechowskiego. Leczył, zadbał, utrzymuje. Prawnie sprawa jest klarowna.

Kobieta szlocha:

Ale ja się rozmyśliłam! Chcę ją z powrotem!

Za późno na zmianę decyzji, odpowiada sucho dzielnicowy. Zostawiła pani to zostawiła.

Olgierd siada obok Lady, obejmuje ją:

Już dobrze, dziewczynko. Już po wszystkim.

Mogę ją chociaż pogłaskać? pyta kobieta. Ostatni raz?

Olgierd patrzy na Lady. Ta chowa uszy, wciska się pod jego rękę.

Widzi pani? Boj się.

Nie zrobiłam tego specjalnie. Tak wyszło z okoliczności.

Wie pani co? wstaje Olgierd. Okoliczności nie tworzą się same. Ludzie je kształtują. Pani stworzyła sytuację, w której zostawiła żywą istotę na ulicy. Teraz chce pani wszystko odwrócić, bo pani wygodnie.

Kobieta zaczyna płakać:

Rozumiem. Ale tak źle mi samej

A jej dobrze było? Przez miesiąc czekała na panią

Cisza.

Haniu, kobieta szepcze ostatni raz.

Pies nie porusza się ani trochę.

Kobieta odwraca się i odchodzi. Szybko. Nie patrzy wstecz.

Michalski klepie Olgierda po ramieniu:

Słuszna decyzja. Widać, iż jest przywiązana do pana.

Dziękuję. Za zrozumienie.

Daj spokój. Sam mam psa. Wiem, jak to jest.

Gdy dzielnicowy wyjeżdża, Olgierd zostaje sam z Ladą.

No cóż, mówi, głaszcząc ją po głowie. Nikt nas już nie rozdzieli. Obiecuję.

Lada patrzy mu w oczy. I Olgierd widzi w nich nie tylko wdzięczność. Ale bezgraniczną psia miłość.

Miłość.

Idziemy do domu?

Zaszczekała radośnie i pobiegła obok.

Po drodze Olgierd myśli: ta kobieta w jednym miała rację. Okoliczności mogą się ułożyć różnie. Praca, mieszkanie, pieniądze wszystko można stracić.

Ale są rzeczy, których stracić nie wolno. Odpowiedzialność, miłość, współczucie.

W domu Lada układa się na swoim ulubionym dywaniku. Olgierd robi herbatę, siada obok.

Wiesz, Laduszko, mówi zamyślony, chyba tak miało być. Teraz wiemy na pewno jesteśmy sobie potrzebni.

Lada westchnęła z zadowoleniem.

Idź do oryginalnego materiału