Ojciec Maksymilian Kolbe, czyli z Auschwitz na ołtarze. Jest i opolski wątek

1 godzina temu

Historia ofiary i śmierci jaką poniósł Maksymilian Kolbe rozpoczęła się 29 lipca 1941 roku. Tego dnia z obozu Auschwitz uciekł więzień, Zygmunt Pilawski, numer 14156. Oznaczało to karny apel – stanie w słońcu na baczność, bez jedzenia i kropli wody. Za to z lękiem, iż jeżeli uciekinier nie da się złapać, dziesięć osób zostanie skazanych na śmierć głodową. Ten apel trwał długo – dzień, noc i dzień – aż zastępca komendanta Karl Fritsch zdecydował się na wybiórkę do głodowego bunkra. Wśród tych, których wskazał, był Franciszek Gajowniczek, numer 5659. „Jak mi żal mojej żony i dzieci, które osierocę” – wyrwało się wyznaczonemu. Maksymilian Kolbe, nr 16670 na jego słowa występuje przed szereg i zdejmując czapkę, staje przed komendantem.

Już to było aktem odwagi – wyjście z szeregu bez rozkazu mogło się skończyć ciężkim pobiciem i śmiercią.

– Czego chce ta polska świnia? – pyta Fritsch. – Chcę umrzeć za niego – słyszy w odpowiedzi. – Kim jesteś? – pada następne pytanie. – Księdzem katolickim. – Dlaczego chce pan umrzeć za niego? – drąży Fritsch, nieoczekiwanie tytułując więźnia Sie. – On ma żonę i dzieci – wyjaśnia lakonicznie franciszkanin. Dobrze – zgadza się równie krótko Fritsch.

Gajowniczek wraca na skrzydło siódmego szeregu więźniów. Kolbe dołącza do skazanych. Każą im zdjąć drewniaki i pasiaki, nago wprowadzają ich do celi śmierci – wszystkiego 8 metrów kwadratowych betonu – bez okien, prycz i sanitariatu. To przedśmiertne obnażenie Tomasz Terlikowski, autor wydanej na początku lutego 2017, biografii świętego, zestawia z odarciem z szat Chrystusa.

– Zdechniecie tu jak tulipany – mówi im esesman odprowadzający ich na tę ostatnią w drogę. Wchodzą do celi po dwóch. Maksymilian w ostatniej parze, podtrzymując pod ramię towarzysza niedoli.

Dlaczego Fritsch się zgodził

Gdyby Fritsch przewidział, iż wiadomość o ofierze księdza wyjdzie za druty, a numer 16670 zostanie cztery dekady później wyniesiony na ołtarze, pewnie by się nie zgodził na zamianę skazanych. Zresztą i bez tego, kierując się logiką Auschwitz, powinien ofiarę przyjąć, a zaraz potem ją unieważnić, wpędzając do bunkra śmierci Maksymiliana Kolbego razem z Gajowniczkiem. Więc dlaczego się jednak zgodził? Jan Józef Szczepański w eseju „Święty” napisał, iż był to wyraz specyficznej logiki Fritscha, człowieka, który codziennie rozstrzeliwał więźniów pod ścianą śmierci. Ani Kolbego, ani Gajowniczka, ani żadnego ze stojących na placu apelowym numerów w pasiakach nie miał za świadków.

Skazanych na śmierć głodową zamykano zawsze w tej samej celi, ale po raz pierwszy dochodziły z niej – jak długo wystarczało im sił – śpiewy pieśni o Matce Bożej i słowa odmawianego różańca. – Miałem wrażenie, iż jestem w kościele – świadczył po latach Bruno Borgowiec, w 1941 roku tłumacz na bloku karnym. Zachowanie Kolbego robiło wrażenie choćby na esesmanach. Inni więźniowie w bunkrze reagowali na pojawienie się kogoś z załogi podczołganiem i prośbą o chleb albo o wodę. Daremnym, bo kończyło się często kopniakiem okutym żołnierskim butem w pusty brzuch. Kolbego esesmani, otwierając celę, najczęściej widywali klęczącego albo – kiedy już sił zabrakło, siedzącego na piętach – wyprostowanego i modlącego się. „Ten tam ksiądz to całkiem porządny człowiek. Takiego tu jeszcze nie mieliśmy” – wyrwało się któremuś z oprawców, wspominał Borgowiec.

Czternastego sierpnia 1941 roku męka dobiega końca. Po kolejnej ucieczce cela śmierci jest potrzebna dla innych. Hans Bock, więzień kryminalny numer 5, dostaje polecenie dobicia tych, których głód jeszcze nie zmógł. Zastaje trzech leżących na podłodze skrajnie wyczerpanych więźniów i siedzącego, opartego o ścianę Maksymiliana. Kiedy podchodzi do tego ostatniego ze strzykawką fenolu, Kolbe z uśmiechem wyciąga rękę w jego stronę.

Ocalił człowieczeństwo

– Czy to możliwe? – zastanawiał się, cytowany przez Tomasza Terlikowskiego, Józef Stemler, kolega świętego Maksymiliana z baraku. – A więc może się zdarzyć człowiek, Polak, który nie kawałek chleba, nie kilka łyżek zupy z dna miski, ale swoje życie oddaje, aby ratować innego więźnia. W moralnej atmosferze obozu fakt ten wywołał głęboki dobroczynny wstrząs. Jak fale wywołane przez rzucony na głębinę kamień, potoczył się ten wstrząs moralny z bloku na blok, ze sztuby na sztubę, z serca do serca.

– On przede wszystkim ocalił w nas człowieczeństwo. Był duchowym pasterzem w komorze głodowej. Wspierał, prowadził modlitwy, rozgrzeszał i wyprowadzał znakiem krzyża na drugi świat. W nas, ocalałych z selekcji, umocnił wiarę i nadzieję pośród tego zatracenia, terroru i zła – wspominał inny więzień Michał Micherdziński.

Ale znane są i takie relacje więźniów, którzy przyznają, iż choć stali na pamiętnym lipcowym apelu, nie widzieli czynu Maksymiliana i nie wiedzieli o jego ofierze. Rozmowa z Fritschem trwała parędziesiąt sekund. Dla większości więźniów pozostała niesłyszana. A znaczenie czynu Kolbego – przy najlepszej woli – przytłumiły troski o to, by nie dać się zagłodzić, zagonić ani zatłuc.

Maksymilian, gdy było mu w obozie najciężej, gdy znęcał się nad nim kryminalista kapo Krott, gdy nosił ciała zmarłych kolegów do krematorium, dawał przykłady anielskiej cierpliwości. Gdy koledzy próbowali go osłaniać, prosił: Nie pomagajcie mi. Bo i was bić będą. A mnie Niepokalana pomaga. Dam radę.

Mógł przeżyć

W lipcu 1941 – po opuszczeniu szpitala – w komandzie kartoflarzy, pod dachem mógł przeżyć. Mówił po niemiecku, więc – przynajmniej teoretycznie – miał szansę na funkcję w obozie. I był – jak na tę anonimową masę ludzką – dobrze znany. Bo pod pozorem przechadzki Lagerstrassą spowiadał, bo w ukryciu głosił kazania o Matce Bożej, bo oddawał chleb najsłabszym, a częstowany prawdziwą herbatą – w obozie to był niebywały rarytas – szukał kogoś, kto bardziej potrzebuje. To do jego pryczy ustawiały się w niedzielę kolejki, by napisał list do domu. Urzędową formułkę: „Jestem zdrowy, czuję się dobrze” należało napisać po niemiecku. I Maksymilian pisał, pomagając nieznającym języka Goethego, nie każąc sobie płacić ani papierosami, ani chlebem.

– adekwatnie to ojciec Maksymilian Maria Kolbe wśród zmagających się potęg świata wygrał wojnę! – mówił o nim Prymas Polski, kardynał Stefan Wyszyński, w bazylice Dwunastu Apostołów w Rzymie 18 października 1971 roku, nazajutrz po beatyfikacji franciszkanina. – Wtedy, gdy zmagały się potężne moce nie dające się ogarnąć ani powstrzymać, gdy do głosu doszła nienawiść, której nie można było przezwyciężyć większą jeszcze nienawiścią – bo zda się, iż większej już być nie mogło! Pozostał jeden wybór: nienawiść przezwyciężyć większą jeszcze miłością. Taki środek zwycięstwa wybrał nasz rodak.

Maksymilian Kolbe w Lamsdorf

W wojennych i obozowych doświadczeniach ojca Kolbego jest też akcent opolski. We wrześniu 1939 roku przyszły święty spędził dwie noce w obozie Lamsdorf, czyli w Łambinowicach. Pierwsze uwięzienie 48 osób – 36 braci z Niepokalanowa wśród nich św. Maksymiliana, 1 kleryka z Japonii i 11 świeckich, którzy w klasztorze znaleźli schronienie miało miejsce 19 września 1939 roku (Japończyka po interwencji o. Maksymiliana zwolniono).

Zatrzymanych przewieziono samochodami z Rawy Mazowieckiej do Częstochowy (ponieważ zatrzymano się w alejach Najświętszej Marii Panny zakonnicy mogli rzucić okiem na wieże Jasnej Góry). Stąd wagonem towarowym wieziono ich na zachód – do Niemiec. Jak zapisał w podręcznym kalendarzyku jeden z braci, Maksymilian w pociągu tak mówił: – Drogie dzieci. Jedziemy na misje i to tanim kosztem, by dusze pozyskać dla Boga przez Niepokalaną. Nie wiemy, dokąd nas wiozą. Oddajmy się Niepokalanej, niech ona nami kieruje według swojej woli. W normalnych warunkach trudno byłoby nam jechać w takiej grupie za granicę. Gdybyśmy sami chcieli jechać na misje do Niemiec, ileżby trzeba starań, formalności, paszportów, a w końcu na pewno by nam nie pozwolili. A tu taka gratka. Korzystajmy ze sposobności, żeby zrobić dużo dobrego (…), pozyskać jak najwięcej dusz.

21 września o 6.15 rano pociąg wjechał do Opola, by kwadrans przed dziesiątą dotrzeć do Sowina. Stąd pieszo poprowadzono zakonników do Łambinowic. Reakcje podczas drogi wzbudzali różne – 9-letnia dziewczynka na chwilę dołączyła do franciszkanów, by jednemu z nich, bratu Melchiorowi, wepchnąć do ręki swoje szkolne kanapki i ciastka. A przecież nie mogła wiedzieć, iż właśnie Melchior zemdlał w drodze. Dla kontrastu, kilku chłopców obrzuciło ich kamieniami, wyzywając zakonników po niemiecku od polskich klech.

Medaliki z Matką Boską

W Lamsdorf franciszkanów dołączono do namiotu (na 200 osób), w którym przetrzymywano także Żydów. Więźniom rozdano po kocu na dwie osoby i po ręczniku na trzech. Ojciec Maksymilian też miał coś do rozdania. Jeńcom z kampanii wrześniowej ofiarował wydobyte z kieszeni medaliki z Matką Bożą, każdego uprzejmie pytając, czy przyjmie medalik i czy pozwoli się zakonnikowi modlić za siebie. Podobnie zwracał się do niemieckich strażników obozowych: – Myśmy tu przyjechali na misje, proszę przyjąć ten medalik – zachęcał. Nie zdarzyło się podobno, aby któryś odmówił.

– Spacerowałem z o. Maksymilianem wokół namiotu i wówczas wyspowiadałem się i otrzymałem błogosławieństwo – relacjonował po latach Jerzy Cieślak. – Dziś myślę, iż właśnie dlatego przeżyłem szczęśliwie wojnę i omijają mnie choroby. Franciszkanie tylko dwie noce spędzili w tym lagrze, a ja z niektórymi jeńcami z mego namiotu uczestniczyłem dwa razy w ich wieczornych modlitwach.

23 września pociąg z Łambinowic ruszył w stronę obozu Amtitz. W okolicy Opola franciszkanie odprawili w wagonie cotygodniową spowiedź.

Końcowa część życia św. Maksymiliana związana z wojną, jego uwięzieniem i śmiercią nie powinna przesłaniać jego działalności w polskim i japońskim Niepokalanowie. Symbolem i wizytówką tych miejsc stało się czasopismo „Rycerz Niepokalanej”. Zaczął je wydawać w 1922 roku w Krakowie, potem w Grodnie, w nakładzie raptem 10 tys. sztuk.

„Rycerz Niepokalanej”…

W 1927 na terenie otrzymanym od księcia Druckiego-Lubeckiego zakłada Niepokalanów. Krótko przed wybuchem wojny przebywało tu ponad 700 ojców, braci, kleryków i uczniów. Był to największy klasztor na świecie. Obok „Rycerza Niepokalanej” (jego szczytowy nakład znacznie przekraczał 750 tysięcy – tysiąc gazet na jednego brata) franciszkanie wydawali też „Mały Dziennik” (wydanie niedzielne – 225 tys.). Niepokalanów drukował rocznie 60 milionów czasopism.

Działały tam radiostacja, elektrownia, straż pożarna (straż złożona z braci funkcjonuje do dzisiaj), warsztaty naprawcze. Maksymilian planował zbudowanie lotniska, by usprawnić kolportaż. Zaczął szkolić braci na pilotów. Pierwszy program telewizyjny zobaczył w 1938 r. na wystawie w Berlinie. Bardzo mu się ten wynalazek spodobał i myślał o stworzeniu katolickiej telewizji.

Jakie było źródło tego sukcesu? Patrząc po ludzku, fantastyczna organizacja pracy i tania siła robocza (braciom nie trzeba było płacić). Patrząc po Bożemu – ubóstwo i prostota życia oraz całkowite zaufanie do Matki Bożej. Każdemu z braci za cały majątek musiało wystarczyć miejsce do spania. Kapłani (było ich w Niepokalanowie zaledwie kilku) mieli wprawdzie osobne małe pokoiki, ale ich wyposażenie nie wychodziło poza łóżko, prosty stół i zydel. Maksymilian też nie miał więcej. Może dlatego mógł tyle wymagać, bo bracia widzieli, iż ich przełożony kręci korbą maszyny drukarskiej i nosi paczki wydrukowanych gazet jak oni.

Przykładem – po ludzku niezrozumiałego – zaufania Maksymiliana do Matki Bożej może być jego rozmowa z jednym z braci, którego zamierzał uczynić zastępcą, jadąc na misje do Japonii. Wybrany opierał się mocno. Wiedział, iż przyjdzie mu zarządzać nie tylko globalna akcją misyjną, ale i wartą miliony fabryką. – Bracie drogi – przekonywał go przełożony. – Jakie to ma znaczenie, czy dokumenty podpiszesz ty czy ja? Przecież tym wszystkim i tak zarządza Niepokalana.

…także w Azji

Wyjeżdża na misje w 1930 roku. Marzy mu się „Rycerz Niepokalanej” po chińsku i to w odmianie językowej dla prostego ludu.

– Mandarino (chiński kulturalny, urzędniczy) zostawiamy jezuitom – żartował.

Ostatecznie dociera do Nagasaki. Planuje wydawać „Rycerza Niepokalnej” po japońsku i po chińsku. W Nagasaki biskup przystał bez entuzjazmu na wydawanie „Rycerza”. W zamian o. Kolbe przyjął posadę wykładowcy filozofii i teologii w seminarium (nie znał japońskiego, ale wykłady odbywały się w tamtych czasach po łacinie).

Biskup wyznał później, iż zgodził się, bo był pewny, iż w zamkniętej dla cudzoziemców Japonii obcy misjonarz nie zdoła wydać miesięcznika, a jeżeli choćby mu się to jakimś cudem uda, pismo gwałtownie upadnie. A wykładowca z podwójnym rzymskim doktoratem zostanie. Bardzo się mylił. Kolbe w 1936 – wezwany przez przełożonych – wyjeżdża do Polski (chciał w Japonii umrzeć, ale skoro go wzywają, znaczy tak chce Matka Boska – tłumaczył sobie). „Seibo-no kishi”, czyli japoński „Rycerz Niepokalanej” ma 65 tysięcy nakładu.

Dlaczego znów się udało? Bo Kolbe w japońskim Niepokalanowie działał według metod wypracowanych w polskim. W klasztorze od początku panowały spartańskie warunki. Bracia spali na budowie, choćby w zimie. Maksymilian wybierał na misję tych, którzy znali się na stolarce i budownictwie, żeby mogli własnymi rękami postawić klasztor.

– Tylko łagodność, z którą nas traktował pozwalała znosić trudne warunki życia, marne wyżywienie i klimat – mówił po latach brat Eligiusz.

Spokojem imponował choćby Japończykom

Władze zaproponowały franciszkanom działkę w centrum miasta. Kolbe poprosił o czas do namysłu i wybrał znacznie gorszy teren – za miastem i za wzgórzem. – Niepokalana mu podpowiedziała – komentowali z rezygnacją bracia, ale posłusznie poszli za przełożonym. Kiedy na Nagasaki spadła bomba atomowa, centrum miasta przestało istnieć. W klasztorze franciszkanów za wzgórzem raptem wyleciały szyby.

– Nie przyjechaliśmy do Japonii kogokolwiek uczyć, ale po to żebyśmy się sami czegoś nauczyli – przypominał braciom. Sam imponował Japończykom spokojem i umiejętnością nawiązywania kontaktów.

Działalność wydawnicza ściągnęła na Maksymiliana Kolbego zarzut antysemityzmu obecnego – jak zarzucali mu jego przeciwnicy – zwłaszcza na łamach „Małego Dziennika”. Z tego powodu przed kanonizacją franciszkanina (miała miejsce 10 października 1982) protestowano m.in. w środowisku Żydów amerykańskich. Obrońcy św. Maksymiliana przyznają, iż wprawdzie w wydawanych w Niepokalanowie pismach pojawiały się treści związane z ekonomiczną walką Polaków z Żydami, zwłaszcza w handlu czy związkami Żydów z komunizmem czy masonerią, ale podkreślają też, iż antysemitą w sensie rasowym Maksymilian nigdy nie był.

„Mówiąc o Żydach bardzo bym uważał na to, żeby nie wzbudzić albo nie pogłębić nienawiści do nich w czytelnikach i tak już nastrojonych do nich czasem wrogo. Na ogół więcej bym się starał o rozwój polskiego handlu i przemysłu, niż piętnował Żydów (…). Nie zapominajmy, iż naszym pierwszorzędnym celem jest zawsze nawrócenie i uświęcenie dusz” – pisał w liście do braci z Nagasaki w 1935 roku.

Pod koniec 1939 roku – kilka dni po powrocie z Amtitz – otworzył klasztor dla 3500 uchodźców z Wielkopolski, w tym 1500 Żydów.

– Dzieliliśmy z nimi opał, chleb i ubranie – wspominali bracia.

***

Odważne komentarze, unikalna publicystyka, pasjonujące reportaże i rozmowy – czytaj w najnowszym numerze tygodnika „O!Polska”. Do kupienia w punktach sprzedaży prasy w regionie oraz w formie e-wydania

Idź do oryginalnego materiału