Nie pozwoliła go krzywdzić. Wyjątkowa odwaga Karoliny

2 godzin temu

– To są osoby, które kocham, nie pozwolę, żeby ktokolwiek je krzywdził – przed sądem mówiła Karolina Tamborska. Nie są to puste słowa. Kiedy zobaczyła, jak na ulicy jej podopieczny jest bity, od razu ruszyła na ratunek.

Karolina Tamborska mieszka w Strzałkowie, pracuje w Słupcy. Jest kierowniczką Warsztatu Terapii Zajęciowej. 13 kwietnia zeszłego roku, w ciepłe popołudnie wracała razem z partnerem Cezarym Maciejewskim do domu. Na chwilę wjechali do Żabki przy ul. Kopernika w Słupcy. Cezary wszedł do sklepu, Karolina została w samochodzie. Czekając w aucie zauważyła, iż z Żabki wychodzi Paweł Kolasa, jej podopieczny z Warsztatów Terapii Zajęciowej. Paweł szedł w kierunku bloków przy ul. Kopernika. Na chodniku, między Żabką a blokiem został zaatakowany. – Dwaj mężczyźni podeszli do Pawła i od razu zaczęli jednocześnie go bić. Uderzali go rękoma po głowie i tułowiu – relacjonuje Karolina. Od razu wybiegła z auta ratować Pawła. – Napastnicy nie zważali na mnie, tylko cały czas bili Pawła – opisuje kobieta. Po chwili ze sklepu wyszedł jej partner. Kiedy zobaczył, co się dzieje, natychmiast ruszył z pomocą. – Kiedy Cezaremu udało się oddzielić jednego napastnika, drugi podchodził i bił Pawła, tak na zmianę. Po dłuższej chwili oddzielił ich od Pawła i wtedy Paweł upadł na chodniku tracąc przytomność – opisuje Karolina. Po chwili podeszła do nich młoda dziewczyna, która przejeżdżała tamtędy. Udzielanie pomocy Pawłowi nie było jednak łatwe. – Ci mężczyźni cały czas nam przeszkadzali i przez cały czas próbowali atakować Pawła – relacjonuje Karolina.

„Jak zgłosisz to na psy to masz przeje…”

Po chwili na miejscu zdarzenia pojawiła się karetka pogotowia. Zespół ratownictwa medycznego jechał akurat do innego zdarzenia na ul. Kopernika. Cezary zatrzymał jadący na sygnale ambulans i poprosił o pomoc. Jeden z ratowników pojechał do pierwotnego zdarzenia, drugi został, by pomóc Pawłowi. Nie miał jednak łatwego zadania. – Na chodniku leżał mężczyzna. Już był przytomny, jednak nie było z nim kontaktu logicznego – zeznał później ratownik. Opisał też, w jakich warunkach przyszło mu udzielać pomocy pokrzywdzonemu. Zeznał, iż jeden z mężczyzn wulgarnie go wyzywał. – Jesteś najeb…, jesteś popierd…, naucz się ratować – jak zeznał ratownik, m.in. takie słowa mężczyzna kierował do jego adresem. – Sytuacja była trudna, nie mogłem przez niego skupić się na pomocy. Potem jeszcze jak zbierałem wywiad medyczny to ten starszy mężczyzna zaczął mnie szarpać za ręce i odpychać – zeznał ratownik medyczny.

Paweł karetką został zabrany do szpitala. – My przez cały czas czekaliśmy na policję. Na miejscu byli też obaj napastnicy. Ten starszy powiedział do mnie – cytuję: „jak zgłosisz to na psy to masz przeje…” – relacjonuje Karolina. Choć cały czas bała się o siebie, swojego partnera oraz dziewczynę, która im pomagała, cierpliwie czekała na przyjazd policji. Mundurowi skuli w kajdanki obu mężczyzn i zabrali na komendę. – Młodszy już się w miarę uspokoił, ale ten starszy przez cały czas był agresywny, policjanci mieli problem, żeby zabrać go do radiowozu – relacjonuje Karolina, która razem z partnerem spędziła później kilka godzin na komendzie.

„Nie wiem, czemu mnie pobili”

Paweł trafił do słupeckiego szpitala. Miał wybity ząb – górną jedynkę i potłuczenia twarzy oraz tułowia. Był jednak w stanie złożyć zeznania. – Idąc w stronę bloku z placu zabaw wyszło dwóch nieznanych mi mężczyzn. Jeden od razu uderzył mnie w twarz z otwartej dłoni, nie pamiętam który. Za chwilę obaj mężczyźni zaczęli mnie razem pięściami bić po głowie i tułowiu. Tak się zestresowałem, iż nie pamiętam, czy oni coś do mnie mówili. Z tego co pamiętam to ja się przewróciłem na chodnik i oni przez cały czas mnie bili razem. Jeden z mężczyzn zabrał mi moje klucze od mieszkania z kieszeni kurtki, pamiętam jak mi je pokazywał machając nimi i śmiał się – Paweł powiedział policjantom, którzy przyjechali do szpitala go przesłuchać. – Ja nie znam tych mężczyzn, nie wiem, czemu mnie pobili, jaki był powód – dodał.

Wybita jedynka nie jest jedynym skutkiem zdarzenia sprzed kilku miesięcy. Paweł do dziś boi się chodzić po mieście. Boi się, iż znowu może zostać zaatakowany.

Ojciec i syn

Jak się okazało, zatrzymani mężczyźni to ojciec i syn. Obaj byli pijani. Ojciec na komendzie wydmuchał ponad 2 promile, syn ok. 2,5 promila. Syn nie przyznał się do winy. – Z tego co pamiętam, ale mam tylko przebłyski, to ja już dokładnie nie umiem określić, czy ten mężczyzna odezwał się do mojego taty, czy to tata coś do niego powiedział. Ja nie pamiętam jakich słów kto użył. Mój tata uderzył mężczyznę z otwartej dłoni w twarz, więcej nie pamiętam. Pamiętam, jak przyjechało pogotowie, a po chwili policja, zostaliśmy zakuci w kajdanki – podczas przesłuchania w komendzie powiedział młodszy z zatrzymanych.

Jego ojciec przyznał się do bicia. – Ja już dokładnie nie pamiętam, on chyba coś do mnie powiedział, ale ja nie wiem co, ja go uderzyłem z otwartej ręki w twarz, potem już nie pamiętam – zeznał. Dodał, iż nie pamięta, czy jego syn też bił tego mężczyznę. – Bardzo żałuję tego co zrobiłem, proszę Sąd o łagodny wymiar kary – powiedział na koniec przesłuchania.

Zarówno ojciec, jak i syn zostali oskarżeni o pobicie. Ojciec dodatkowo o naruszenie nietykalności cielesnej i znieważenie funkcjonariusza publicznego – ratownika medycznego. W sierpniu zeszłego roku słupecki sąd wydał w tej sprawie wyrok nakazowy. Obu oskarżonych uznał za winnych. Starszemu z nich wymierzył karę 6 tys. zł grzywny, młodszemu 3 tys. zł grzywny. Od obu zasądził po 1,5 tys. zł zadośćuczynienia na rzecz pokrzywdzonego, a od starszego z mężczyzn także tysiąc złotych zadośćuczynienia na rzecz ratownika medycznego. Prokurator wniósł jednak sprzeciw od wyroku nakazowego. W tej sytuacji sprawa trafiła na rozprawę. Pierwsza odbyła się w połowie grudnia. Starszy z oskarżonych w sądzie się nie pojawił. Obecny był jego syn, który podtrzymał swoje stanowisko. – Nie przyznaję się do bicia, bo ja go nie biłem. Nie chcę składać wyjaśnień – tylko tyle powiedział w sądzie. Dużo więcej do powiedzenia mieli świadkowie. Potrzymali swoje wcześniejsze zeznania obciążające obu oskarżonych. – Proszę o to, aby panowie zostali ukarani. To co się wydarzyło było rzeczą niewyobrażalną. To co oni robili przeszło wszelkie ludzkie pojęcie – w sądzie mówiła Karolina Tamborska.

Wyrok jeszcze nie zapadł. Kolejną rozprawę wyznaczono na marzec. Przesłuchany ma być na niej ratownik medyczny, który udzielał Pawłowi pomocy.

„Poza nami nikt nie zareagował”

Zarówno Paweł, jak i Karolina do dziś przeżywają to, co wydarzyło się w kwietniu. – W głowie się nie mieści, jak można tak się zachować. Żeby kogoś w biały dzień, w środku miasta zaatakować, i to zupełnie bez powodu. Ale jeszcze bardziej zatrważające jest zachowanie naszego społeczeństwa. To było późne, wiosenne popołudnie. W sklepie kręciło się mnóstwo ludzi, inni spacerowali. Wiele osób przechodziło obok nas. Wszyscy widzieli, iż człowiek jest bity, a poza mną, moim partnerem i jedną młodą dziewczyną nikt nie pomógł. Widziały to dziesiątki, jeżeli nie setki osób, i poza nami nikt nie zareagował. Tyle ludzi przechodziło, wchodziło i wychodziło i nikt nie chciał pomóc. Byliśmy skazani sami na siebie. Pomimo mojego wołania o pomoc. Jedna pani oglądała wszystko z okna, choćby policji nie wezwała. W którą stronę zmierzamy jako społeczeństwo? Jak można nie reagować, kiedy widzimy, jak komuś dzieje się krzywda? Czy naprawdę tak przytłaczająca większość z nas nie widzi nic więcej poza czubkiem własnego nosa? – pyta Karolina Tamborska.

Idź do oryginalnego materiału