Kresy Wschodnie, Podole, wrzesień 1939 roku – wspomnienia Karoliny Smoter

tymbark.in 1 godzina temu

Przesyłam tekst ze wspomnieniami i opisem zdarzeń z udziałem moich Rodziców – Karoliny i Ludwika Smoter– napisał Pan Ludwik Smoter (syn). Pan Ludwik opisał również sytuację, w jakiej znaleźli się jego rodzice w krytycznych chwilach września 1939.

Kresy Wschodnie, Podole – Ojciec, Ludwik Smoter, jako żołnierz Korpusu Ochrony Pogranicza mieszkał z Matką niedaleko Zbaraża (tego, o którym pisał Sienkiewicz), we wsi Kurniki. W pobliżu ukraińscy nacjonaliści sieją niepokój, są gotowi zabijać Polaków. Na razie zastraszają. Pewnego dnia ostrzeliwują dom, w którym Rodzice mieszkają. Ojciec każe Matce, gdy szedł na służbę, zamykać drzwi i trzymać karabiny w pogotowiu do użycia.

W pobliskiej wiosce w okrutny sposób zamordowano komendanta policji.

Na posterunek w Kurnikach przywieziono 50 karabinów, zaś zamki do nich przechowywano u Rodziców, gdyby Ukraińcy chcieli je odbić. Trzymano też w nich część amunicji. Żołnierze zaczęli wychodzić na patrole w dwójkę z bronią gotową do użycia.

Wspomnienia Pani Karoliny Smoter:

Wrzesień 1939 r.

Ludwik dostał rozkaz z Batalionu „Czortków”, by wstawić się do jednostki stacjonarnej w Skałacie. Więc się rozstajemy. Rozpłakałam się. On odjeżdża. Rodzice daleko – zostaję sama. Ciężko też Ludwikowi opuszczać dom, ale rozkaz to rozkaz!

Za parę dni Ludwik wrócił. Był już załadowany w pociągu ze swoim wojskiem, ale w ostatniej chwili przyszedł nowy rozkaz. Ma wrócić na swoje miejsce i wraz z chłopcami Przysposobienia Wojskowego i Policji chronić ludność przed ewentualnymi napadami nacjonalistów ukraińskich. Wraz ze swoimi ludźmi opuścił Kurniki, by bazować w Zbarażu. Prosił, bym mu w niedzielę przywiozła czystą bieliznę na zmianę.

W niedzielę 17 września wybierałam się, by go odwiedzić. Byłam prawie gotowa, gdy nagle wypadł komendant posterunku i kazał mi zniszczyć wszystko, co może łączyć się z wojskiem.

Oznajmił, iż Związek Radziecki zbrojnie wkroczył w nasze granice i całą załogę Ochrony Pogranicza wybili. Wydawało mi się to wtedy niemożliwe, by tak się stało, ale posłuchałam poleceń komendanta, zniszczyłam wszystkie wykazy osób związanych z Organizacją Wojskową i instrukcje itp. Rzuciłam okiem, czy już to wszystko, i zobaczyłam skrzynkę z amunicją, granatami, zamkami, karabiny, wiatrówkę i szablę Ludwika! Pobiegłam do gospodarzy. Oni pomogli mi przez ogrody wynieść do sąsiedniej glinianki karabiny, natomiast szablę Tadzik – syn gospodarzy – zakopał w stodole. Kiedy już się uspokoiłam, iż już wszystko zrobione wpadł znowu komendant wołając „Sowieci idą nam na pomoc!” – mają na wozach biało-czerwone chorągiewki. To były jednak ułudne wiadomości.

Zapomniałam wcześniej napisać, iż parę dni przedtem, jak Ludwik pojechał do Zbaraża, przyjechała moja Mama z rodziną, tj. z moją siostrą Józią, Bronią i bratem Władkiem, jej Ojciec został u siebie, bo musiał bronić swojej placówki.

Gdy komendant odszedł, wyszłam przed dom. Drogę przejeżdżało nasze wojsko, kierujące się ze Zbaraża w stronę Tarnopola. Przed domem przystanął polski oficer. Podszedł do mnie i zapytał, czy nie miałbym cywilnego ubrania? – Niestety, mąż wojskowy – odpowiedziałam. Mówię do niego: Sowieci idą nam na pomoc. On na to, – „Za chwilę pani zobaczy. Oni tylko taką pogłoskę puścili, by nie robić popłochu, by potem wziąć nas jak ryby do siatki.”

Zamyślona wróciłam do domu, opowiadając to gospodarzowi i Mamusi. Obiad już nam nie smakował.

Znowu przyszedł komendant mówiąc , iż w Dobrowodach tj. przyległej wiosce, idą nam na pewno z pomocą , bo są na ich czołgach biało-czerwone chorągiewki. Jak chcecie zobaczyć, to idźcie. Gospodarz z synem Tadkiem, Mamusią, Bronią, Józią, Władkiem i ja poszliśmy tam niechętnie. Gdy przeszliśmy mostek za wioską, pierwsze wozy z sowieckimi żołnierzami już jechały. Zobaczywszy ich tak brudnych w tych czapach, nie chciałem iść dalej i z najmłodszą siostrą Bronią wróciłyśmy do domu. Stanęłyśmy w ogródku za żywopłotem, okalającym dom od frontu. Ponieważ stamtąd był dobry widok. Cały posterunek z rodzinami i mieszkańcy wioski z dziećmi – wszyscy wylegli na ulicę. Zaczęły jechać czołgi, ale jakieś inne od naszych, piętrowe. Stanęliśmy z siostrą i gospodarzem patrząc. Przyjechał właśnie czołg. Faktycznie! Zobaczyłam biało-czerwone chorągiewki, więc pomyślałam, ze oni idą nam na pomoc. Inni też tak myśleli.

Za chwilę zdarzenia były inne. Nagle od strony Zbaraża nadjechała ich konnica . Sowieci na koniach, karabiny przewieszone na plecach, pistolety w ręku.

Wpadli na kupę Ukraińców stojących niedaleko domu wołając – Ręce do góry!

Padli oni na kolana wołając- Boże pomiłuj! Stojący posterunkowi i wojskowi, jak już dojeżdżali do nich, weszli na drogę rzucając broń , podnieśli ręce do góry.

Jeden sowiet strzelił w powietrze i zawołał, iż to oni niby się bronią. Przecież tak nie było! Zabrali ich wszystkich – tak mężczyzn, jak i kobiety z dziećmi tam stojące, prowadząc ich z bronią przyłożoną do ciał. Żona posterunkowego, z którymi się przyjaźniłam, trzymając małe dziecko na ręku z dwojgiem maluchów trzymających się jej spódnicy chciała skręcić do mojego domu , ale sowiet przyłożył jej pistolet do głowy i nie pozwolił. Siostra Bronia zemdlała. Dobrze, iż byliśmy za żywopłotem, bo nas nie zobaczyli. Wszystkich, których zgarnęli sowieci zaprowadzili na plac obok cmentarza , tam ich trzymali przez noc, rano nieszczęśników wywieziono furmankami.

Gdy tylko Sowieci przeszli i jeszcze nie ochłonęłam, wpadła do mieszkania sąsiadka, Ukrainka. Zaczęła zrywać firanki z okien (myślałam, iż to w celu rabunkowym), ale ona wołała – Prędko! Bo gdzie są firanki w oknach, to Sowieci włażą, bo tam niby mieszkają burżuje!

Za jakieś trzy godziny wrócili: syn gospodarza, Mamusia, siostra Józia i brat Władek, gospodyni. Chłopcy ubrani byli w marynarki przewrócone na lewą stronę, bez krawatów – bo nie chcieli żeby ruscy wzięli ich za burżujów –wszyscy wystraszeni. Pomyślałam – co z Ludwikiem?

Za cztery dni, gdy się trochę uspokoiło, wybrałem się pieszo do Zbaraża (ok. 16 km), zasięgnąć języka. Poszłam do Marysi – mojej druhny ze ślubu, ale ona nic nie wiedziała. W jej domu było czterech braci. Trafiłam na moment ich pożegnania . Dwóch najstarszych wybierało się do Rumunii. Rodzice ich błogosławili. Wzruszający to był widok „Idźcie z Bogiem – tu was nic dobrego nie czeka!” .

Po odejściu chłopców udałyśmy się z Marysią do rynku w nadziei uzyskania informacji. Dowiedziałam się, iż przed wejściem Sowietów Ludwik z wojskiem opuścili Zbaraż. Była więc iskierka nadziei.

W niedzielę rano z całą gromadą dziewcząt i chłopców wybrałyśmy się do kościoła do Dobrychowód.

Z ust chłopców wyrwała się pieśń patriotyczna którą podchwyciliśmy:

Naprzód drużyno strzelecka

Do góry sztandar swój wznieś!

Żadna nas siła zdradziecka

Zniszczyć nie zdoła ni zgnieść (refren)

Czy przyjdzie umrzeć na polu,

czy w tajgach Syberii nam gnić!

Z trudu naszego i znoju

Polska powstanie, by żyć!”

Kolejny rozdział w życiu zaczął się we wtorek. Zostałam wezwana do przywódcy miejscowego UPA ( tej ukraińskiej bojówki) Zawiadomił mnie, ze nie mam obywatelstwa ukraińskiego , więc do siedmiu dni mam opuścić Kurniki , bo będzie źle !!! Powiedział to groźnym głosem. Ciężko było to usłyszeć w chwili, gdy na nas Polaków wszystko się waliło.

Tyle pisze Mama. Potem było ich wzajemne odnajdywanie się, poniewierka , tułaczka i powrót w tymbarskie strony Ojca i Matki – zakończył wspomnienia Mamy Leszek Smoter.

Karolina i Jerzy Smoter, lata 60-te XX wieku
Karolina Smoter lata 60-te XX w.
Idź do oryginalnego materiału