Około połowa z sześciu milionów dokumentów w aktach Epsteina nie została jeszcze udostępniona przez Departament Sprawiedliwości. Te braki sprawiają, iż nie jesteśmy w tym momencie w stanie określić, kto należał do jego "klientów". Czyli mówiąc wprost: gwałcił nieletnie ofiary siatki przestępczej Epsteina.
REKLAMA
To jest oczywiście najważniejsze pytanie, bo powinni spędzić resztę życia w więzieniu.
Nie jesteśmy w stanie odpowiedzieć jednoznacznie na pytanie, czy Epstein był agentem albo współpracownikiem zagranicznych służb. To też jest ogromnie istotna kwestia, a poszlaki są bardzo przekonujące.
Ale skoro o wszystkim napisać się nie da, to chciałbym skupić się na wnioskach z tych rzeczy, które są w aktach Epsteina bardzo dobrze udokumentowane. Na czymś, co moim zdaniem trochę ginie - w sposób absolutnie naturalny - w tym huraganie doniesień. Czyli na tych związkach Epsteina, które nie opierały się na współudziale w przestępstwach seksualnych. Na tej ogromnej sieci powiązań, bez której jego bezkarność nie byłaby możliwa.
Zobacz wideo Cała prawda o Epsteinie
Na rzeszy ludzi, którzy ignorowali powszechnie znane, niepodlegające wątpliwości fakty na temat jego przestępstw. Często zresztą nie tylko powszechnie znane, bo w ramach znajomości z nim widzieli - lub mogliby widzieć, gdyby nie skupiali się tak mocno na tym, by odwracać wzrok - rzeczy, które potwierdzały to, o co Epstein był oskarżany.
Bo to, jak wyglądały te relacje, odsłania przed nami mechanizmy funkcjonowania ludzi, którzy nami rządzą. I, co za tym idzie, mówi nam bardzo dużo o świecie, w którym żyjemy.
Epstein łowi grubą rybę
Żadna z relacji Epsteina nie daje nam lepszego wglądu w te mechanizmy niż ta z Kathy Ruemmler.
Ruemmler to prawniczka, która w latach 2011-2014 była główną doradczynią prawną Białego Domu, czyli prezydenta Obamy. Wcześniej była prokuratorką federalną i zasłynęła z tego, iż doprowadziła do skazania w procesie karnym dwóch byłych prezesów Enronu. Czyli mówimy o osobie, która walczyła, by korporacyjni przestępcy ponieśli adekwatne konsekwencje swoich czynów.
Ruemmler odeszła z Białego Domu na początku czerwca 2014 r. Epsteina poznała 2,5 miesiąca później. Czyli siedem lat po tym, jak w 2007 roku prokuratura federalna zawarła z Epsteinem ugodę, w ramach której został uznany za przestępcę seksualnego. Ruemmler, która do 2007 r. była prokuratorką federalną, musiała być zaznajomiona z jego niezwykle głośną sprawą.
Mogłoby się wydawać, iż to powinno dyskwalifikować Epsteina w jej oczach.
Nie zdyskwalifikowało, bo ich znajomość zaczęła się od tego, iż Epstein zgłosił się do niej z prośbą, by przejęła obsługę prawną banku Edmond de Rotschild. Taki klient to dla prawniczki, która dopiero co wróciła do pracy w kancelarii po wielu latach w administracji publicznej, potężna zdobycz. Ruemmler złapała przynętę, a Epstein dodał do swojej sieci osobę z bliskiego otoczenia prezydenta.
Rzecz w tym, iż to dopiero początek. Ruemmler widziała w Epsteinie kogoś, kto może naganiać jej wielu kolejnych, równie lukratywnych klientów i otworzyć przed nią świat wielkiej finansjery, a Epstein w Ruemmler kogoś z rozwiniętymi kontaktami w departamencie sprawiedliwości, skarbówce i wielu innych urzędach regulacyjnych.
Już dwa miesiące później Epstein płacił za to, żeby Ruemmler latała pierwszą klasą, a Ruemmler konsultowała z nim treść publicznego oświadczenia, w którym ogłosiła, iż nie chce być brana pod uwagę jako kandydatka na stanowisko prokuratorki generalnej. Według doniesień medialnych była pierwszym wyborem Obamy, co tylko udowadnia, jak grubą rybę złowił Epstein.
I już wtedy - przypominam, dwa miesiące po tym, jak się poznali - Epstein czuł się tak pewnie w rozmowach z Ruemmler, iż gdy ta narzekała w mailu na media grzebiące w jej przeszłości w Białym Domu słowami "większość dziewczyn nie musi się zajmować tym gównem", Epstein odpisał "dziewczyn? Uważaj, bo wrócę do swoich stałych nawyków".
I wtedy zszokowana i oburzona Ruemmler natychmiast zakończyła ich znajomość - pomyślicie.
Otóż nie.
Ruemmler pojawia się w co najmniej 8 tysiącach dokumentów spośród tych, które ujawniono dotychczas z akt Epsteina.
To ona napisała pierwszą wersję groźby pozwu, którym prawnicy Epsteina zastraszyli w 2015 r. telewizję ABC News, żeby zmusić ją do wycofania z emisji wywiadu z Virginią Giuffre, czyli ofiarą Epsteina, która odważyła się mówić publicznie o tym, co ją spotkało.
Gdy w tym samym roku ofiary Epsteina złożyły pozew dążący do unieważnienia ugody z 2008 roku, powołując się na ustawę o "Prawach Ofiar Przestępstw", Ruemmler napisała do Epsteina "victim’s rights my ass". W jej opinii pozew był tylko próbą wyłudzenia pieniędzy.
W maju 2016 r. Epstein napisał do Ruemmler, iż Jean-Luc Brunel, podejrzany o współudział w handlu ludźmi z Epsteinem, planuje spotkać się z prokuratorem federalnym i jest gotowy na współpracę z wymiarem sprawiedliwości. Ruemmler odpowiedziała, żeby Epstein do niej zadzwonił i opowiedział jej o wszystkim bardziej szczegółowo. Następnego dnia napisała do Epsteina, iż właśnie wstała i za 20 minut jest umówiona na rozmowę telefoniczną z jego prawnikiem. Do spotkania Brunela z prokuratorem nigdy nie doszło. Nagle i bez żadnych wyjaśnień wycofał się z gotowości do współpracy.
Reprezentujący Virginię Giuffre prawnik David Boies powiedział później, iż utrata Brunela jako potencjalnego świadka koronnego opóźniło postawienie Epsteina przed sądem o trzy lata.
Gdy sprawa Epsteina odżyła w 2018 roku po serii artykułów śledczych dziennikarki Julie K. Brown dla dziennika Miami Herald, Ruemmler nazwała zebrane tam dowody i oskarżenia "opowieścią opartą na odgrzewanych bzdurach". Gdy kilka miesięcy później w obliczu materiałów upublicznionych w śledztwie dziennikarskim Brown media grzmiały, iż warunki ugody uzyskanej przez Epsteina w 2008 r. były skandaliczne, to Ruemmler doradzała mu w zakresie PR-owej komunikacji kryzysowej.
A gdy Epstein został aresztowany 6 lipca 2019 roku i przysługiwały mu bezpośrednio po zatrzymaniu trzy rozmowy telefoniczne, to zadzwonił do dwóch oficjalnie reprezentujących go prawników oraz właśnie do Ruemmler.
Klienci, płaszcz i odrzutowiec
Dlaczego opowiadam o tym wszystkim tak szczegółowo?
Bo relacja Epsteina z Ruemmler jest być może skrajnym, ale jednocześnie emblematycznym przykładem uniwersalnych mechanizmów funkcjonowania elit, które wyłaniają się z akt Epsteina. Pokazuje, jak daleko w obronie Epsteina potrafiły posunąć się osoby, które nie były w gronie jego "klientów". Osoby, których zachowania nie sposób tłumaczyć tym, iż mógł je szantażować materiałem dowodowym dokumentującym ich przestępstwa seksualne.
Ruemmler stała murem za Epsteinem i z pełną determinacją broniła go przed odpowiedzialnością, bo znajomość z nim była dla niej niezwykle owocna. Epstein załatwiał jej klientów, którzy umacniali jej pozycję w kancelarii. Doradzał, jak najlepiej zaprezentować się przed potencjalnymi pracodawcami. Gdy na przełomie 2018 i 2019 r. Ruemmler ubiegała się o stanowisko głównej radczyni prawnej Facebooka, to właśnie Epstein redagował wiadomości, które wysyłała następnie do Sheryl Sandberg.
Dbał, by poznawała najbardziej prominentnych ludzi znajdujących się w jego orbicie towarzyskiej: prezesów wielkich korporacji, zagranicznych polityków, słynnych naukowców i tak dalej.
Oraz obsypywał ją prezentami - tu torebki Hermès, tam płaszcz od Fendi, wynajęcie dla niej lotu prywatnym odrzutowcem, który kosztował 50 tysięcy dolarów.
Każdemu według potrzeb, każdemu według zasług
Ruemmler nie była wyjątkiem, tylko regułą. Epstein bardzo dobrze rozumiał, co komu zaoferować, by wciągać go w swoją orbitę towarzyską. I doskonale wykorzystywał to dla swoich celów.
Ludziom ze świata polityki - miękkie lądowanie w sektorze prywatnym i możliwość korzystania z przywilejów bajecznego przepychu i blichtru, znajdującego się poza ich zasięgiem majątkowym.
Ludziom ze świata nauki i kultury - finansowanie ich działalności, fundusze dla ich katedr, grup badawczych i fundacji, networking z bogatymi darczyńcami i wstęp do świata prywatnych wysp, wielkich posiadłości i luksusu, niedostępnego choćby dla tych, którzy osiągnęli na naukowym lub artystycznym polu niemal wszystko, co się dało.
Biznesowym elitom - wstęp do elitarnego klubu, w którym jednego dnia są zaproszeni na kolację z przewodniczącym Komitetu Noblowskiego, następnego - z byłym premierem albo księciem, a kolejnego- ze światowej sławy fizykiem z Harvardu.
Wszystkim, którzy byli zainteresowani - możliwość popełniania przestępstw seksualnych i czynów pedofilskich w sposób, który wydawał się bezkarny.
Ale dołączenie do jego orbity dawało poczucie bezpieczeństwa i bezkarności nie tylko zwyrodnialcom. Dotyczyło to wszystkich osób wpuszczonych do świata Epsteina, niezależnie od tego, co mieli na sumieniu. W stadzie jest zawsze bezpieczniej. Nietrudno sobie wyobrazić, jak wielkie poczucie bezpieczeństwa daje przynależność do najbardziej elitarnej z elit.
Jednocześnie geniusz modus operandi Epsteina wynikał też z tego, iż był oparty na samonapędzającym się mechanizmie. Każdy nowy "rekrut" stawał się przynętą, a często rekruterem, dla kolejnych. Z każdą nową osobą wartość członkostwa w grupie rosła dla wszystkich i każdego z osobna. Jednocześnie rosła zdolność Epsteina do oferowania swoim podopiecznym dokładnie tego, co było dla nich najbardziej atrakcyjne. A to sprawiało, iż jeszcze więcej mu zawdzięczali, a więc jeszcze bardziej uzależniali się od tej znajomości.
Być może nasuwa się wam myśl - wszystko to brzmi przekonująco, ale pomija jedną cholernie istotną kwestię - Epstein nie był zwykłym przestępcą finansowym, malwersantem, jakich wielu. Był potworem, którego ofiarami były setki dziewczynek i dziewczyn. Można przejść do porządku dziennego nad tym, iż ktoś zrujnował finansowo tysiące rodzin, ale nie nad czymś takim.
jeżeli twój interes jest tak nierozłącznie związany z innymi członkami grupy, do której należysz, jeżeli masz pełną świadomość tego, ile zyskujesz na przynależności do niej i ile możesz stracić na jej osłabieniu, to w imię lojalności wobec niej - a w rzeczywistości wobec twojego własnego interesu - jesteś w stanie uzasadnić, usprawiedliwić i przejść do porządku dziennego nad wszystkim.
Klasa Epsteina
Amerykański dziennikarz David Dayen, redaktor naczelny magazynu The American Prospect, określił ludzi znajdujących się na szczycie globalnej piramidy władzy (politycznej, gospodarczej, kulturowej) mianem "klasy Epsteina".
Przynależność do "klasy Epsteina", bycie na szczycie piramidy społecznej, w potężnym stopniu wzmacnia mechanizmy lojalności grupowej. Z jednej strony wykształca w ludziach bardzo silne przekonanie o ich wybitności, o tym, jak niezwykle istotne jest to, co robią, jak wyjątkowo predysponowani są do kształtowania świata, na jak wyjątkowe traktowanie zasługują. Z drugiej strony wzmacnia lęk przed utratą tego, co mają, bo im wyższy szczyt, tym boleśniejszy upadek. Przekonanie, iż zasługujesz na wszystko, to również sposób na wygłuszenie świadomości, iż skrywasz szafę - a często całą garderobę - pełną trupów, i w każdej chwili możesz stracić wszystko.
Solidarność klasowa jest łatwiejsza, gdy wszyscy żyją w syndromie oblężonej twierdzy, w przekonaniu, iż ci, którzy znajdują się na dole drabiny społecznej. To łypiący na nich zawistnicy, czekający na ich najmniejsze potknięcie. Trudno wspiąć się na szczyt, pozostając po drodze krystalicznie czystym, wszyscy mają coś na sumieniu, każdy potrafi sobie wyobrazić, iż to on może być następną ofiarą "motłochu", gawiedzi motywowanej żądzą krwi ludzi sukcesu.
A to wszystko połączone ze świadomością, iż upadek któregokolwiek członka ich kręgu towarzyskiego odbije się na wszystkich, zmuszonych do tłumaczenia się z zażyłych relacji z osobą, która w publicznym odczuciu stała się potworem.
W rezultacie jedyną bezpieczną przestrzenią jest ta, którą dzielisz z ludźmi, którzy tak jak ty są na szczycie i tak jak ty mogą stracić wszystko, jeżeli przestaną być bezkarni. Tylko z nimi możesz się wszystkim dzielić, tylko oni cię rozumieją, tylko ich możesz się poradzić, tylko im możesz zaufać.
Doskonale widać to na przykładzie relacji Epsteina z Ruemmler. Jednego dnia Ruemmler konsultuje z Epsteinem jak poradzić sobie z dziennikarzami i kongresmenami wysuwającymi oskarżenia, iż jako prawniczka Białego Domu łamała prawo i tuszowała skandale. Następnego Epstein konsultuje z Ruemmler jak uciszyć jego ofiary, które dążą do unieważnienia ugody w sprawie jego przestępstw seksualnych wobec nieletnich.
A kolejnego naradzają się w dwójkę jak obronić Mary Jo White, powołaną przez Obamę szefową Amerykańskiej Komisji Papierów Wartościowych i Giełd, przed zarzutami, iż zamiast nadzorować sektor finansowy i karać za nadużycia, w rzeczywistości stoi na straży jego interesów i broni jego elity przed odpowiedzialnością za przestępstwa. Zarzutami, które wysunęła wobec niej senatorka Partii Demokratycznej Elizabeth Warren, która za zdradę wobec klasy, do której przynależy, zasługuje w ich ocenie na omertę.
"Pieniądze, władza, sława i seks"
Dla ludzi należących do "klasy Epsteina" zarzuty dotyczące tuszowania politycznego skandalu, zarzuty dotyczące handlu ludźmi, czy zarzuty dotyczące wykorzystywania stanowiska publicznego do bronienia interesów finansowych oszustów, całkowicie się przenikają. Te rozróżnienia nie mają żadnego znaczenia.
Jak przekonuje jeden z najbardziej przenikliwych komentatorów naszej polityczno-gospodarczej rzeczywistości, historyk Adam Tooze, podobnie jest z tym, czego pożądają: "pieniądze, władza, sława i seks stanowią wymienialne strumienie [zasobów]". Wszystkie żądze, dla których zaspokojenia nie cofną się przed niczym, są emanacją tego samego - nieograniczonej władzy. Zbrodnie i przestępstwa z zupełnie innych paragrafów zlewają się w jedno. To, co je łączy, to pełna determinacja w obronie bezkarności całej klasy, bo jakiekolwiek jej naruszenie stanowi zagrożenie utraty tejże władzy i przywilejów, które z niej wynikają.
I tak długo, jak obecna - historycznie wysoka - dysproporcja władzy między garstką elit na samym szczycie a resztą społeczeństwa będzie się utrzymywać lub rosnąć, tak długo "klasa Epsteina" będzie dalej robić to, co jej się żywnie podoba, choćby jeżeli personalia należących do niej osób będą się zmieniać.

21 godzin temu







English (US) ·
Polish (PL) ·
Russian (RU) ·