Giszowiec wygląda jak tablica. Mieszkańcy: „Ile jeszcze?”

1 miesiąc temu

Nielegalne graffiti i wandalizm wróciły na komisji jak bumerang. Radni alarmowali, iż skala problemu rośnie – szczególnie w Giszowiec, gdzie na ścianach widać coraz więcej napisów związanych z rywalizacją środowisk kibicowskich GKS Katowice i Ruch Chorzów. Pojawiają się też – jak podkreślano – hasła o charakterze rasistowskim lub nawołującym do przemocy. Mieszkańcy mają zgłaszać sprawy służbom, ale oczekują szybszych i bardziej widocznych działań miasta.

W dyskusji padały przykłady z Giszowca: zamalowywanie jednych napisów przez drugich, naklejki, hasła „kibicowskie”, ale też treści, które wykraczają poza stadionową wojnę na symbole. Radni mówili o sygnałach od mieszkańców: rosnące poczucie, iż przestrzeń publiczna jest „oddawana” wandalom, a po remontach elewacji czy infrastruktury „płakać się chce”, gdy pojawiają się kolejne bazgroły.

Wskazywano również, iż problem dotyczy nie tylko ścian budynków, ale też infrastruktury: słupów, ekranów, stacji trafo czy elementów małej architektury. Zwracano uwagę, iż w prywatnych lokalizacjach reakcja bywa wolniejsza, a to sprzyja eskalacji.

Miasto: nie ma „cudownego bata”, kluczowa jest szybka reakcja

Naczelnik przyznał wprost: samorząd nie ma skutecznego narzędzia prawnego, by „z poziomu miasta” zwalczać graffiti. Zwalczanie przestępczości i ściganie sprawców to kompetencja policji, a rola miasta ogranicza się głównie do:

  • działań edukacyjnych i kampanii,

  • piętnowania zjawiska (społecznie i kulturowo),

  • szybkiego usuwania skutków wandalizmu w miejscach, gdzie miasto jest właścicielem lub zarządcą.

W tym miejscu padło nawiązanie do dobrze znanej koncepcji „wybitych okien” – im dłużej napis pozostaje na ścianie, tym większe ryzyko, iż pojawią się kolejne. Jeden ślad braku reakcji uruchamia „kaskadę”: następny wandal dopisuje coś swojego, kolejny zamalowuje, a przestrzeń zaczyna wyglądać jak tablica ogłoszeń dla subkultur.

„To syzyfowa praca”. Prywatni właściciele często zwlekają

W trakcie rozmowy zaznaczono, iż miasto może reagować sprawniej na swoim mieniu, natomiast w przypadku prywatnych elewacji tempo bywa inne. Radni mówili wprost: przepisy są, ale praktyka wygląda tak, iż właściciele nie zawsze reagują natychmiast, a to działa na korzyść wandali.

Pojawił się też wątek niszczenia infrastruktury przez naklejanie taśm i oklejanie elementów w przestrzeni publicznej, co przyspiesza korozję i generuje kolejne koszty.

Murale jako odpowiedź? Jest nadzieja, ale nie ma gwarancji

W dyskusji padła propozycja, by w miejscach „notorycznie zamalowywanych” stosować rozwiązania pozytywne: legalne, estetyczne murale, tworzone we współpracy z mieszkańcami. Przytoczono przykład muralu wykonanego w ramach inicjatywy lokalnej, który – mimo obaw – przez dłuższy czas nie został zniszczony.

Jednocześnie pojawiła się kontrprzykład: choćby dobrze zaprojektowane murale potrafią paść ofiarą wandali i zostać zamalowane. Wniosek? Murale mogą pomagać, ale same w sobie nie rozwiązują problemu, jeżeli nie idą za nimi szybkie reakcje, monitoring i konsekwencja w zgłaszaniu sprawców.

Próbowano rozmów z klubami. Efekt? „Trzy podejścia i ściana”

Wspomniano również, iż w przeszłości podejmowano próby rozmów i „miękkich” działań z udziałem środowisk kibicowskich, aby ograniczyć niszczenie mienia. Według relacji, co najmniej trzy takie podejścia w ostatnich latach nie przyniosły przełomu – choćby jeżeli pojedyncze osoby deklarowały dobre intencje, w praktyce zjawisko wracało.

Źródło: Komisja Polityki Społecznej Rady Miasta Katowice

Idź do oryginalnego materiału