FAJBUSIEWICZ: Czterdzieści lat minęło… ale jubileuszu nie będzie

3 godzin temu

Jej szef – generał Józef Beim – stwierdził, iż nie zgodzi się na program, który „kompromituje i ośmiesza organy ścigania”. – Możecie robić programy o naszych sukcesach – usłyszałem. Byłem bliski rezygnacji, ale sytuacja zmieniła się za sprawą późniejszego prezentera „997” – ppłk. Jana Płócienniczaka, który uznał, iż takiego pomysłu nie wolno zmarnować. Zapewnił, iż zrobi wszystko, by wprowadzić go na antenę. Tak się stało. Ponoć dotarł aż do ministra MSW, gen. Kiszczaka, i uzyskał wsparcie dla „997”. Gen. Beim nagle stał się gorącym zwolennikiem prezentowania niewykrytych spraw w telewizji.

Kiedy wystartowaliśmy 40 lat temu, nikt nie spodziewał się sukcesu. Program od razu oglądało kilka milionów widzów, a w 1989 r. padł rekord – 18,3 mln. I co najważniejsze: już od pierwszych emisji, dzięki telewidzom, udało się zatrzymywać kolejnych morderców.

Po pierwszym odcinku wpadł zabójca pielęgniarki z Warszawy, którą poznał w barze „Antałek”, a godzinę później zgwałcił i zamordował. Po emisji przefarbował włosy i wrócił do „Antałka”, by sprawdzić, czy personel go rozpozna. Rozpoznał. Po emisji drugiego odcinka wpadł morderca z Wrocławia, sprawca zabójstwa starszej kobiety. Nie był z tego miasta, ale telewidz poznał go po charakterystycznej wadzie wymowy. Do 2010 r., kiedy program zdjęto z anteny, dzięki informacjom od telewidzów zatrzymano blisko 300 sprawców ciężkich przestępstw, głównie zabójstw.

Na początku tego roku uświadomiłem sobie, iż w 2026 r. przypada 40. rocznica powstania „997”. Uznałem, iż nie ma czego świętować – minęło prawie 20 lat od zniknięcia programu z anteny. Zmieniłem zdanie niedawno, gdy zaproszono mnie do Wrocławia na Konwent Kryminalne Miasto. Na tę biletowaną imprezę przyjeżdża kilka tysięcy fanów kryminału i kryminalistyki z całej Polski. Spotykają się tu z autorami, specjalistami, prokuratorami, profilerami i policjantami z pionów kryminalnych. W tym roku wśród wykładowców byli także dawni goście mojego programu: m.in. prok. Małgorzata Ronc – od zabójcy chłopców, Trynkiewicza, oraz insp. Marek Bronicki – od tzw. ręcznikowego dusiciela. Ja, podczas blisko dwugodzinnego spotkania, mówiłem o tym, jak „997” wspomagał milicję i policję w zatrzymywaniu sprawców. Kiedy wszedłem na scenę tej ogromnej hali, nie mogłem uwierzyć, iż przyszło kilka tysięcy fanów „997”, w większości ludzie po trzydziestce. Po spotkaniu przez dwie godziny rozdawałem autografy i robiłem zdjęcia z dawnymi telewidzami. Wielu opowiadało, iż jako dzieci w tajemnicy przed rodzicami oglądali program. Kiedy ochłonąłem, doszedłem do wniosku, iż aby uszanować tak liczną grupę wiernych widzów, muszę w „Angorze” napisać kilka słów o tym, iż mija 40 lat, odkąd „997” pojawił się w telewizji.

Choć od ponad roku nie ma mnie na żadnej antenie (poza powtórkami), wciąż dość często jestem zapraszany na imprezy o tematyce kryminalnej. Najbliższa to Grossowisko – zlot w Chełmży fanów twórczości Roberta Małeckiego. Mam też zaproszenie od „Angory” do wioski artystycznej Janowo. Zapraszam Państwa 29 lipca.

PS Po napisaniu tego felietonu otrzymałem takiego maila:

„Moje nazwisko prawdopodobnie kilka Panu powie, ale ja jestem adwokatem ze spotkania w Radomiu (trzydniowy Festiwal Kryminalny – przyp. mój) – wywnioskowałem, iż zachował mnie Pan w życzliwej pamięci (…). Nie będzie przesadą stwierdzenie, iż w latach dwutysięcznych miałem telewizor li tylko po to, aby obejrzeć dwie audycje: «997» i «Szerokie tory» Barbary Włodarczyk. Oglądałem też «Telewizyjne Biuro Śledcze», atoli był to li tylko ersatz. Być może pamięta Pan sprawę zabójstwa Beaty Pruski w marcu 1999 r. w Gryfinie (rekonstrukcja w odcinku z sierpnia 1999 r.) – po obejrzeniu tej rekonstrukcji do dziś mam zwyczaj, by wieczorem sprawdzać, czy drzwi do mieszkania mam zamknięte. Kiedy w tamtych czasach odwiedzała nas babcia Stefania, zawsze dziwiła się, iż u niej w telewizorze to są fajne filmy (np. «Moda na sukces»), a u mnie tylko te zbóje lecą – nagrywałem na wideo kolejne odcinki „997” i oglądałem do granic wytrzymałości domowników. Myślę, iż uwrażliwiło mnie to na zjawisko, które osobiście nazywam złudnym poczuciem bezpieczeństwa: wydaje nam się, iż w swoim domu, na osiedlu czy we wsi, w drodze do/z pracy czy szkoły nie może się nam przydarzyć nic złego, atoli nie brak dowodów, iż jest dokładnie odwrotnie (…). Nam się wydaje, iż śmierć i nieszczęście jest daleko, niestety jest w zasięgu ręki. To jest nie do zmierzenia, ale takimi publikacjami otworzył Pan oczy dziesiątkom tysięcy ludzi. Ile spośród nich w ten sposób uniknęło tragedii? (…) Hubert R.”.

Idź do oryginalnego materiału