Dwunastolatka zginęła we własnym domu. Sprawcy szukano wiele lat

2 dni temu

Już ten fakt od początku kierował śledczych w stronę osób, które Ula mogła znać i które mogły wejść do środka bez użycia siły.

19 marca 1998 roku w Poznaniu 12-letnia Urszula Wajs została sama w mieszkaniu. Jej rodzice byli w pracy, ale przecież dziewczynka przebywała w miejscu, które powinno być dla niej najbezpieczniejsze.

Dziewczynka mieszkała z rodziną w rejonie poznańskiej Śródki, w okolicach ulicy Głównej. Tego dnia nie poszła do szkoły. Została w domu sama, a sprawca wykorzystał moment, w którym nikt dorosły nie mógł jej pomóc. W mieszkaniu nie było śladów wyważonych drzwi, rozbitego zamka ani klasycznego obrazu włamania. To nie wyglądało na przypadkowy napad. Od pierwszych godzin trzeba było sprawdzać przede wszystkim osoby z otoczenia rodziny - ludzi, którzy mogli wiedzieć, iż Ula bywa sama, i mogli pojawić się w mieszkaniu bez wzbudzania alarmu.

Coś było nie tak

Kiedy matka Uli wróciła z pracy, mieszkanie nie wyglądało normalnie. W korytarzu stał magnetofon, obok wieszaka leżał nóż, a z łóżka córki zniknęło prześcieradło. W pierwszej chwili nie musiało to jeszcze układać się w obraz zbrodni. Człowiek w takiej sytuacji próbuje znaleźć zwykłe wyjaśnienie, bo najgorsza możliwość nie pojawia się od razu. Matka mogła pomyśleć, iż córka coś zabrudziła i namacza prześcieradło w łazience. Dopiero po wejściu do środka zobaczyła, co się stało. W wannie wypełnionej wodą znajdowała się Ula. Była owinięta w prześcieradło zdjęte wcześniej z jej łóżka.

Śledczy gwałtownie wykluczyli wersję o nieszczęśliwym wypadku - Ula nie utonęła. Według późniejszych ustaleń przed śmiercią padła ofiarą czynu o charakterze seksualnym, a następnie została uduszona rzemykiem, który miała na szyi. Od tego momentu sprawa nie była już tylko śledztwem w sprawie śmierci dziecka, ale postępowaniem dotyczącym brutalnej zbrodni popełnionej w mieszkaniu, do którego sprawca wszedł bez włamania.

Bardzo gwałtownie w kręgu zainteresowania znalazł się Tomasz T. W chwili tragedii miał 24 lata i nie był osobą przypadkową. Był związany z rodziną Wajsów, ponieważ był mężem matki chrzestnej Uli. Znał domowników, znał dziewczynkę i mógł pojawiać się w ich otoczeniu bez wzbudzania podejrzeń. Według późniejszych relacji miał bywać w mieszkaniu także wtedy, gdy nie było tam dorosłych. Matka Uli miała dowiedzieć się o takich wizytach kilka dni przed tragedią i planowała porozmawiać z córką. Nie zdążyła. Ten szczegół przez lata pozostawał jednym z najbardziej bolesnych elementów sprawy, bo pokazuje, iż niepokojący trop pojawił się jeszcze przed śmiercią dziewczynki.

Tomasz T. od początku był sprawdzany, ale pod koniec lat 90. śledczy nie mieli jeszcze dowodu, który pozwoliłby skutecznie doprowadzić sprawę do sądu. Podejrzenia nie wystarczały. Potrzebny był materiał, który można było przedstawić procesowo i obronić przed sądem. Policja zabezpieczała ślady, przesłuchiwała świadków, sprawdzała osoby z otoczenia rodziny i analizowała, kto mógł wejść do mieszkania. Mimo to brakowało jednego elementu, który zamknąłby sprawę. Tomasz T. pozostawał w orbicie podejrzeń, ale nie został wtedy skazany.

Zginęła, bo się broniła

Według późniejszych ustaleń prokuratury Tomasz T. przyszedł do mieszkania Uli z zamiarem seksualnym. Śledczy przyjęli, iż gdy dziewczynka zaczęła się bronić albo próbowała stawiać opór, doszło do ataku, który zakończył się jej śmiercią. Następnie sprawca przeniósł ciało do łazienki i ułożył je w sposób, który mógł mieć utrudnić odtworzenie prawdziwego przebiegu zdarzeń. Ta wersja po latach stała się jednym z kluczowych elementów aktu oskarżenia. Nie opierała się już wyłącznie na podejrzeniach rodziny, ale na materiale dowodowym, który po ponownych badaniach DNA, zeznaniach świadków i analizie wcześniejszych śladów zaczął układać się w spójną całość.

Pierwsze śledztwo trwało prawie trzy lata. Sprawdzano kolejne tropy i wracano do zabezpieczonych informacji, ale bez przełomowego dowodu sprawa nie mogła iść dalej. W 2000 roku postępowanie zostało umorzone z powodu niewykrycia sprawcy. Dla rodziny nie był to żaden koniec. To było zatrzymanie dramatu w najgorszym możliwym miejscu. Ula została pozbawiona życia we własnym domu, jej ciało znalazła matka, a człowiek podejrzewany od początku przez lata pozostawał na wolności.

Sprawa jednak nie została wyrzucona z akt ani zapomniana przez śledczych. Zabezpieczone ślady przez cały czas istniały. Właśnie one po latach okazały się najważniejsze. Kryminalistyka rozwijała się, a badania DNA zaczęły dawać możliwości, których w 1998 roku nie było w takim zakresie.

Powrót do śledztwa

Na początku 2009 roku wrócono do materiałów zabezpieczonych po tragedii. Przebadano je ponownie, już przy użyciu nowszych metod. Przełomem okazał się ślad krwi zabezpieczony na swetrze Tomasza T.

Po ponownej analizie ślad ten powiązano z Urszulą Wajs. To był moment, którego brakowało przez ponad dekadę. Nie pojawiło się nagłe przyznanie do winy ani przypadkowy świadek, który po latach zmienił bieg sprawy. najważniejszy okazał się stary dowód, zabezpieczony od początku, który dopiero dzięki nowszym badaniom zaczął mówić pełnym głosem. Plama krwi na ubraniu mężczyzny, zestawiona z wcześniejszymi ustaleniami, pozwoliła wrócić do sprawy już nie jako do niewyjaśnionej tragedii, ale jako do postępowania przeciwko konkretnej osobie.

W 2009 roku Tomasz T. został zatrzymany w Poznaniu. Miał wtedy 36 lat. Od śmierci Uli minęło ponad 11 lat. Ustalenie miejsca jego pobytu nie było proste, bo przez lata zmieniał adresy i nie przebywał stale pod dawnym miejscem zameldowania. Według informacji śledczych był widywany w różnych częściach Wielkopolski i na południu kraju, a jako instalator często zmieniał lokalizację. Ostatecznie policjanci dotarli do miejsca, w którym prowadził działalność, i zatrzymali go na poznańskim Łazarzu.

Podczas przeszukań zabezpieczono komputery, płyty CD, aparaty fotograficzne oraz dużą ilość damskiej bielizny. Wśród zabezpieczonych rzeczy miały znajdować się także przedmioty należące do osób niepełnoletnich. Śledczy wskazywali również na zakazane materiały, które stały się osobnym wątkiem postępowania. Ten element miał znaczenie nie tylko jako dodatkowy zarzut, ale także jako część szerszego obrazu sprawy i tła, które prokuratura wiązała ze śmiercią Uli. Tomasz T. nie przyznał się do winy.

Akt oskarżenia trafił do sądu w 2010 roku. Sprawa dotyczyła śmierci Urszuli Wajs oraz dodatkowych zarzutów wynikających z materiałów zabezpieczonych po zatrzymaniu Tomasza T. Ze względu na charakter sprawy postępowanie nie było w pełni jawne. Dla sądu najważniejsze były dowody: wynik badań DNA, ślad krwi na swetrze, zeznania świadków, informacje o kontaktach Tomasza T. z dziewczynką oraz zabezpieczona korespondencja. To właśnie te elementy, połączone razem, pozwoliły po latach zbudować obraz zdarzeń, którego wcześniej nie dało się procesowo domknąć.

Znaczenie miało również to, iż Tomasz T. miał pojawiać się w mieszkaniu Wajsów wtedy, gdy była tam tylko Ula. Ten fakt wzmacniał ustalenia, iż mężczyzna miał realną możliwość kontaktu z dziewczynką pod nieobecność rodziców. Nie był osobą przypadkową, której obecność w tej historii trzeba było dopiero tłumaczyć. Był człowiekiem z kręgu rodziny. To właśnie bliskość, znajomość domu i możliwość wykorzystania zaufania były jednymi z najważniejszych elementów całej sprawy.

28 grudnia 2011 roku Sąd Okręgowy w Poznaniu skazał Tomasza T. na dożywotnie pozbawienie wolności za śmierć 12-letniej Uli. Został skazany także za dodatkowe czyny związane z zabezpieczonymi materiałami. Po 13 latach od tragedii sąd wskazał sprawcę i wymierzył mu najsurowszą karę przewidzianą w polskim prawie. Wyrok w pierwszej instancji nie był jeszcze prawomocny, ale dla rodziny był pierwszym momentem, w którym sprawa przestała być tylko nierozwiązanym dramatem z 1998 roku.

24 maja 2012 roku Sąd Apelacyjny w Poznaniu utrzymał karę dożywotniego więzienia. Wyrok stał się prawomocny. Od tragedii minęło wtedy 14 lat, a od zatrzymania Tomasza T. niespełna trzy lata.

Zanim przyszła sprawiedliwość

Najmocniejsze w tej historii są fakty. 12-letnia dziewczynka została sama w domu. Do mieszkania wszedł człowiek znany rodzinie. Nie było śladów włamania. Ula została znaleziona w wannie, owinięta w prześcieradło. Śledczy ustalili, iż została pozbawiona życia przy użyciu rzemyka. Podejrzewany od początku mężczyzna przez ponad 11 lat był na wolności. Dopiero rozwój badań DNA pozwolił odczytać ślad, który cały czas znajdował się w aktach.

Sprawa Uli Wajs pokazuje, jak ważne są dowody zabezpieczone na początku postępowania. W 1998 roku plama krwi na swetrze nie wystarczyła, by zakończyć sprawę. W 2009 roku, po ponownych badaniach, stała się jednym z kluczowych elementów prowadzących do zatrzymania Tomasza T. W 2011 roku była częścią materiału, który doprowadził do dożywocia. Ula miała 12 lat. Zginęła we własnym mieszkaniu. A człowiek skazany w tej sprawie przez lata pozostawał poza celą.

Kinga Gieraga

Źródła

https://www.fakt.pl/wydarzenia/polska/pedofil-morderca-uli-wpadl-po-12-latach/ypv1tr3

https://interwencja.polsatnews.pl/reportaz/2011-01-20/wpadl-po-11-latach_775079/

https://gloswielkopolski.pl/sad-zabojca-uli-skazany-na-dozywocie/ar/487948

https://naszemiasto.pl/poznan-mala-ule-zabil-przyjaciel-domu-zobacz-film/ar/c1-11075

https://detektywonline.pl/zamordowana-ula-wajs-sprawca-zatrzymany-11-lat-pozniej/

Idź do oryginalnego materiału