Celnicy odkrywali brylanty w racicy żubra i futra w ubikacjach. Fantazja przemytników nie znała granic

9 godzin temu

Choć dziś granicy praktycznie nie ma, Cieszyn pamięta niezwykłe i zaskakujące próby przemytu. Przy okazji rozmów z byłymi celnikami poznaliśmy fascynujące, a czasem wręcz filmowe historie, które pokazują, jak barwne i pełne ciekawostek były dawne realia życia na granicy.

W Transgranicznym Centrum Informacji Turystycznej w Cieszynie można wciąż oglądać wystawę pt. „Coś do zgłoszenia?”, dotyczącą pracy celników Cieszyńskiego Urzędu Celnego od lat 70. po pierwszą dekadę XXI wieku. O niektórych ciekawszych epizodach pracy celniczej opowiada nam Andrzej Lacel – wieloletni pracownik urzędu i twórca ekspozycji.

– Celnikiem byłem ponad cztery dekady. Przeszło mi przez ręce mnóstwo rzeczy, a przy tym i historii – tych śmiesznych, zaskakujących, a czasem bardzo smutnych – wspomina Andrzej Lacel, zapraszając zwiedzających do cofnięcia się w czasie.

Gdy „na granicy” pracowało… tysiąc osób

W szczytowym momencie Cieszyński Urząd Celny, we wszystkich swoich oddziałach, zatrudniał około tysiąca pracowników. Podlegały mu przejścia w Jasnowicach, Zebrzydowicach, Lesznej i Boguszowicach, ale także punkty odpraw w Katowicach czy Bielsku-Białej. Najpierw funkcjonował jako zwykły Urząd Celny, później jako Służba Celna. Działo się tam wiele – od rutynowych kontroli turystów po spektakularne ujawnienia, które trafiały na łamy gazet.

Jedno z najbardziej niezwykłych wydarzeń spotkało samego Andrzeja Lacela.

– Ujawniłem kiedyś w busie na austriackich tablicach skrytkę pełną zabytkowych przedmiotów. Wszystko zostało zabezpieczone i przekazane do magazynu. Miesiąc później znalazłem… dokładnie te same rzeczy w identycznych skrytkach, w takim samym samochodzie – opowiada.

Dopiero później dowiedział się, iż pewien major milicji odebrał zmagazynowane przedmioty jako „dowody do dalszego postępowania”. W efekcie wróciły one do obiegu i… znów trafiły w ręce tego samego celnika.

– Dostałem za to odznaczenie od ministra kultury. Ale była to gorzka satysfakcja. Instytucje bywały wtedy bardzo dziurawe – przyznaje rozmówca.

„Most towarowy”… na sznurku

Historii o pomysłowości przemytników nie brakuje. W latach 70., 80. i 90. przewożono wszystko: od magnetofonów i aparatów fotograficznych po antyki, azotan srebra, stare ikony, a nawet… brylanty. Były też zegarki, skóry i futra z lisów.

– Jeden z kolegów znalazł kiedyś brylant ukryty w racicy żubra – opowiada Andrzej Lacel. – Myśliwy przewoził skórę, ale wpadł przez szczegół, którego nikt by się nie spodziewał.

Celnikom zdarzało się wyciągać futra z oparć wagonów, zaglądać do toalet w pociągach, gdzie przemytnicy upychali pakunki w zbiornikach na wodę, oraz przeczesywać autokary specjalnymi „szabelkami”, zakończonymi metalowymi szpicami.

Najwięcej pracy było jednak na przejściach samochodowych.

– Futra z lisów chowano w kołach zapasowych, kanałach nawiewowych autokarów, a w ciężarówkach pod stopniami kierowcy. Można było je też znaleźć w nadkolach, podszybiach czy w podwójnych podłogach samochodów osobowych – wspomina inny z byłych funkcjonariuszy.

Czasem celnicy trafiali na pomysły wręcz desperackie.

– Zdarzało się, iż kobiety przewoziły zwitki banknotów w miejscach intymnych. Potem usuwał to ginekolog… – dodaje.

Na granicznej Olzie także bywało ciekawie. Według opowieści w Kaczycach istniał regularny „most towarowy” – cienki sznurek przeciągnięty przez rzekę. Towary miały przemieszczać się w ten sposób tam i z powrotem, jak na linowej kolejce.

Heroinowy transport, który wstrząsnął Cieszynem

Najbardziej dramatyczne wydarzenie w historii cieszyńskiej służby celnej miało miejsce 11 grudnia 1997 roku na przejściu w Boguszowicach. Tego dnia funkcjonariusze zatrzymali do ponownej kontroli turecki autokar przewożący 21 Polaków, trzech Turków i jednego Macedończyka. Podejrzenia wzbudziło nietypowe wykonanie bocznych paneli pojazdu…

Jak opisuje protokół pokontrolny, odkryto pięć skrytek ukrytych wewnątrz metalowej rynny, wspawanej w karoserię i zamaskowanej tapicerką. W środku znajdowały się 162 paczki heroiny o łącznej wadze 83 kilogramów. Wówczas szacowano ich wartość na 13 milionów złotych – sumę astronomiczną jak na tamte czasy.

Odkrycie wstrząsnęło nie tylko Cieszynem, ale także opinią publiczną w Turcji. Według ówczesnych doniesień prasowych wszyscy obywatele tureccy, którymi byli kierowcy, zostali zamordowani przez grupę przestępczą. Sprawa na wystawie zajmuje dziś miejsce szczególne – jako memento dotyczące tego, jakie, pośrednie, ale jednak niebezpieczne konsekwencje mogła mieć praca celnika.

Złoty Dzień Kobiet – drugi głośny przemyt 1997 roku

Rok 1997 okazał się dla Boguszowic wyjątkowy. 8 marca, dokładnie w Dzień Kobiet, celnicy ponownie trafili na transport ukryty w tureckim autokarze.

Tym razem było to 13 kilogramów wyrobów ze złota – przede wszystkim kolczyków i łańcuszków – ukrytych w tylnej części tunelu wentylacyjnego. Wartość biżuterii oszacowano na 275 tysięcy złotych. Nikt z pasażerów ani członków załogi pojazdu nie przyznał się do własności cennego ładunku.

Dziś granica jest otwarta, ale historie pozostały. Wystawa „Coś do zgłoszenia?” pokazuje, jak ogromną rolę w życiu Cieszyna odgrywała granica. Dla jednych była codziennością, dla innych symbolem – czasem strachu, częściej handlu i okazji. A dla celników była przede wszystkim niekończącym się źródłem historii.

– Można było mieć najlepszy sprzęt i szkolenia, ale i tak najważniejsze były doświadczenie oraz intuicja – podsumowuje Andrzej Lacel.

Dziś te opowieści są już tylko barwną częścią lokalnej pamięci. A jednak, słuchając ich, trudno nie ulec wrażeniu, iż Cieszyn był kiedyś miastem, w którym każdy dzień mógł przynieść coś… do zgłoszenia.

Idź do oryginalnego materiału