Willa Fränklów – dom dawnych prudnickich fabrykantów, niemieckich Żydów, którzy współtworzyli potęgę miasta – stała się areną ostrego sporu o granice wolności słowa i odpowiedzialności za słowo. Wizyta Roberta Bąkiewicza wywołała protest, policyjne zabezpieczenie i pytanie, które wisi nad Prudnikiem: czy wszystko wolno w imię „debaty”, choćby jeżeli historia ostrzega przed skutkami brunatnej retoryki?

Wieczór w Prudniku nie był zwykłym wydarzeniem z cyklu „spotkanie autorskie” czy „debata obywatelska”. Gdy w Prudnickim Ośrodku Kultury pojawił się Robert Bąkiewicz – działacz środowisk narodowych i lider Ruchu Obrony Granic – emocje sięgnęły zenitu. Przed budynkiem zgromadzili się mieszkańcy z transparentami i megafonami. Hasła „Precz z faszyzmem” czy „Nie ma tolerancji dla braku tolerancji” nie były tylko okrzykami – były deklaracją sprzeciwu wobec języka, który wielu uznaje za niebezpieczny.
Policja utorowała drogę samochodowi gościa, doszło do przepychanek. Sala wypełniła się zwolennikami, przed budynkiem stali przeciwnicy. Dwie Polski w miniaturze, oddzielone drzwiami ośrodka kultury.

Spór o wartości, nie o wynajem
Dyrekcja POK podkreślała, iż instytucja jedynie wynajęła salę zgodnie z regulaminem. Formalnym organizatorem była fundacja, której prezesem jest sam Bąkiewicz. Z prawnego punktu widzenia – wszystko w porządku. Z moralnego? Tu zaczyna się dyskusja.
Radny miejski zwracał uwagę na symbolikę miejsca. Dzisiejsza siedziba POK mieści się w willi rodziny Fränklów – żydowskich przemysłowców, którzy przed wojną budowali gospodarczy rozwój Prudnika. W jego ocenie zapraszanie do takiej przestrzeni osoby oskarżanej o antysemickie i skrajnie nacjonalistyczne wypowiedzi jest „jawną obrazą i pogardą” wobec pamięci dawnych gospodarzy tego domu.
Ten kontekst nie jest marginalny. Historia nie jest dekoracją. W mieście o wielokulturowej przeszłości każde publiczne wystąpienie rezonuje mocniej.
Patriotyzm – słowo, o które toczy się bój
Wśród protestujących był Piotr Fitowski, przedsiębiorca i działacz społeczny. W swoim wystąpieniu mówił, iż patriotyzm to nie krzyk i nie wykluczanie, ale „miłość do drugiego człowieka”, odpowiedzialność i odwaga cywilna. Podkreślał, iż sprzeciw wobec Bąkiewicza nie był aktem nienawiści, ale obroną wartości.
To ważne rozróżnienie. Protestujący nie próbowali zagłuszyć spotkania w środku – wybrali formę „spaceru publicznego”, demonstracji przed budynkiem. W ich przekonaniu była to realizacja obywatelskiego prawa do sprzeciwu wobec treści, które – jak twierdzą – stoją w sprzeczności z konstytucyjnym zakazem propagowania ideologii totalitarnych.
Z kolei zwolennicy Bąkiewicza mówili o wolności słowa i prawie do organizowania spotkań bez presji ulicy. Jeden z uczestników stwierdził, iż protestujący „to nie są prawdziwi Polacy”. Ta fraza – wykluczająca z narodowej wspólnoty tych, którzy myślą inaczej – dobrze pokazuje, jak głęboki jest dziś podział.
Zarzuty i ciężar słów
Na sprawę nakłada się kontekst prawny. Jak informowały media, Bąkiewicz usłyszał prokuratorskie zarzuty dotyczące publicznych wypowiedzi, w których – zdaniem śledczych – nawoływał do przemocy wobec premiera i szerzył nienawiść wobec Niemców oraz migrantów. Sam zainteresowany nie przyznaje się do winy.
Nie jest rolą lokalnej społeczności wydawać wyroki. Ale jest jej prawem – a choćby obowiązkiem – reagować na język, który budzi skojarzenia z najciemniejszymi rozdziałami europejskiej historii.
Dom kultury czy scena ideologii?
Dzień po wyborach prezydenckich Bogna Lewkowicz zobaczyła przed prudnicką księgarnią trzytomową „Historię filozofii” Tatarkiewicza – wystawioną, by ktoś zabrał ją za darmo. „Widok leżącego pod chmurką dzieła był rozdzierający” – wspominała. Teraz przeczytała, iż w willi Fränklów wystąpi Bąkiewicz. „I znowu jakoś tak smutno” – napisała.
Jej słowa trafiają w sedno. Bo pytanie nie brzmi tylko: czy wolno wynająć salę? Pytanie brzmi: czym jest kultura i jaka pamięć mieszka w murach tego domu?
Antysemickie resentymenty, nacjonalistyczne hasła, retoryka „chwastów” i „napalmu” – choćby jeżeli dziś padają w innym kontekście – niosą ze sobą historyczny ciężar. W domu zbudowanym przez niemieckich Żydów wybrzmiewają szczególnie mocno.
Prudnik wybrał pamięć
Ten wieczór nie zakończył sporu. Nie przekonał jednych do drugich. Ale pokazał coś istotnego: iż w niewielkim mieście istnieje grupa ludzi gotowych wyjść na ulicę w obronie wartości, które rozumieją jako sprzeciw wobec faszyzującej narracji. Można różnie oceniać formę protestu. Można bronić formalnej neutralności instytucji. Jednak trudno zignorować symbolikę miejsca i wagę historii. Prudnik stanął wobec wyboru: czy kultura to wyłącznie wynajem sali, czy także odpowiedzialność za pamięć. Willa Fränklów nie jest zwykłym budynkiem. To świadek czasu, w którym pogarda dla „innych” doprowadziła Europę do katastrofy.
Jeśli z historii płynie jakaś lekcja, to ta, iż obojętność bywa pierwszym krokiem ku tragedii. A sprzeciw – choćby głośny – jest czasem formą troski o wspólnotę.
A przy okazji Willa Fränklów


Fot. Łukasz Janiszewski, wikipedia – Tomasz Leśniowski












English (US) ·
Polish (PL) ·
Russian (RU) ·