175. Walka z nałogami – kompletne niezrozumienie.

okolicepiecdziesiatki.wordpress.com 5 miesięcy temu

Właśnie wspominałem ze Świechną czasy przejścia z PRL do gospodarki rynkowej. Opowiadałem jej o bezczelności legalnych gangsterów z oficjalnie zarejestrowanych firm zajmujących się rzekomo sprzedażą bezpośrednią (czyli zorganizowanym domokrążstwem), a tak naprawdę czerpiących zysk z oszukiwania pracowników, sprzedających po cenach zaporowych gówniane produkty, których jedynymi nabywcami byli zdesperowani bezrobociem oni sami. Mafie te zarabiały na tym, iż pracownik MUSIAŁ nabyć pakiet startowy nic nie wartego towaru oraz zapłacić „symboliczną złotówkę dziennie za prowadzenie księgowości” – oczywiście za cały rok z góry. I wtedy małżonka ma jedyna powiedziała coś ciekawego: „Wydaje mi się, iż wtedy ludzie nie byli gotowi na poziom bezczelności oszustów. Moja mama, gdy coś kupowała, w ogóle nie brała pod uwagę tego, iż towar, za który płaciła, mógł być czymś innym, niż zapewniał sprzedawca”. Mama Świechny dość gwałtownie się nauczyła, iż nie można bezgranicznie wierzyć dystrybutorom, ale jak nie ona, to dał się nabrać kto inny. Na tym w końcu polega marketing – przekonać konsumenta, iż potrzebuje czegoś, co jest totalnie zbędne, choćby o ile trzeba go przy tym wprowadzić w błąd. Przecież każdego dnia na rynek trafiają nowi potencjalni klienci. A wszystko zaczęło się od rozmowy o akwizytorze, próbującym w drzwiach naszego domu przekonać nas, iż powinniśmy podpisać bezterminową umowę na comiesięczny przelew bankowy na konto organizacji wspierającej ponoć największy szpital dziecięcy w Irlandii.

Dokładnie tak samo zwracają się do nas dilerzy narkotyków, obojętne, czy chodzi o legalny alkohol, czy nielegalną marihuanę, próbują nas przekonać, iż ten produkt jest nam potrzebny, a żeby cały czas miał posmak nowości, sprzedają lekko zmodyfikowane wersje (inne opakowanie, nieco inny dodatek, słabszy, mocniejszy, etc…). Przekonują, iż ta ekskluzywna butelka, to znak przynależności do elity, a z kolei tamta wyjarana porcja odpowiedniego gatunku marihuany ze starannej, troskliwej uprawy, zrobi z ciebie kogoś lepszego od pijanego żula. Zwrócę tu uwagę na poziom bezczelności producentów i dilerów narkotyków, wmawiających, iż pijąc piwo danej marki staniecie się skazanymi na sukces koneserami, a narkotyzując się marihuaną tak naprawdę walczycie z uzależnieniami. „Zjedz moje gówno, bo kupa mojego kolegi cuchnie gorzej od mojej.” Ale dlaczego w ogóle mam sięgać po ten, czy inny kał? Sedno w tym, iż nikomu z nas ten produkt nie jest potrzebny, a mocno szkodzi. Zwłaszcza intelektualnie, o czym możemy się przekonać rozmawiając z pijanym, bądź ujaranym delikwentem. Tak, tak…, mówią więcej, niż zazwyczaj, natomiast jakość wypowiedzi pozostawia sporo do życzenia. I nie będę tu się zastanawiać, komu wali mocniej na dekiel, czy pijanej cioci z wesela, która obudziła w sobie pumę parkietu i obtańcowuje równie nietrzeźwą młodzież, bo wujek akuratnież zasnął z nosem w sałatce, czy naćpanemu marihuaniście, który pytaniem „Ile razy oglądałeś ‚Dzień świra'” próbuje rozpocząć ze mną intelektualną pogawędkę na temat filmu, ale kończy ją gdy mu mówię, iż dwa razy, stwierdzając stanowczo, iż w takim razie jeszcze wszystkiego nie zrozumiałem, bo on wszystko pojął dopiero za trzecim razem.

No tak, ale tytuł notki nie jest o tym, więc już się tłumaczę. Przy okazji zapowiedzi wzrostu podatku akcyzowego na alkohol i wyroby zawierające nikotynę, natknąłem się na utyskiwanie pewnego naukowca, iż przez to zmniejszą się wpływy z akcyzy. No i zmartwiłem się, bo autor usiłujący na swoim blogu promować naukę, przekonując iż w interesie Polski jest podniesienie możliwości intelektualnych obywateli, jednocześnie sprzeciwia się przeciwdziałaniu obniżania możliwości umysłowych, sprowadzając sprzedaż wyrobów monopolowych do wpływów budżetowych. I tu jest kompletne niezrozumienie tematu walki z nałogami.

Dlaczego bogate kraje próbują walczyć z uzależnieniami? Bo ich koszty ich przewyższają wpływy budżetowe z ewentualnej sprzedaży narkotyków. Mało tego, wpływy stają się wątpliwe, jeżeli naprzeciw osoby uzależnionej, postawimy tę samą osobę, ale trzeźwą. Nie dość, iż będzie w stanie legalnie pracować, zwiększając przychody państwa, to jeszcze będzie wydawać pieniądze na coś innego niż narkotyki, no przecież nie zje tej kasy. Może choćby zamiast się ubzdryngolić, pójdzie na basen, do teatru albo na koncert symfoniczny, kto wie?

Marek Koterski – Wszyscy jesteśmy Chrystusami, dlaczego piję

Niezrozumienie obejmuje też adresatów walki z nałogami. Każde utrudnienia (czy to spowodowane podwyżką akcyzy, czy zmniejszeniem dostępności lub atrakcyjności) spotyka się z demagogiczną reakcją, dającą się streścić zdaniem: „Jak ktoś będzie chciał, to znajdzie sposób, by dotrzeć do narkotyku”. No właśnie! Dlatego nowoczesne państwa stają się coraz bardziej upierdliwe wobec konsumentów alkoholu i innych narkotyków, przy czym zauważalna jest tendencja do utrudniania spożycia przy jednoczesnym odchodzeniu od karania za samo używanie. Ustawodawca liczy na to, iż przez upierdliwość zmieni się liczba chętnych do nabycia produktu. Bo wyobraźmy sobie sytuację, gdy grupa przyjaciół pije alkohol w miejscu, gdzie sprzedaż w godzinach nocnych jest zabroniona. No i może by się jeszcze napili, ale musieliby iść na melinę. Coś, co bez trudu przyjdzie pijącemu prawie codziennie czterdziestoletniemu bezrobotnemu, może się nie spodobać czterdziestoletniemu nauczycielowi, któremu zdarza się za dużo wypić raz w miesiącu. Do tego dochodzi reputacja, ryzyko. Być może odpuści. A już dla młodocianego udanie się na metę będzie decyzją ekstremalnie trudną. choćby jeżeli jest uzależniony, to jest duża szansa, iż pozostali członkowie jego grupy nie są i nie będą chcieli pić jakiegoś ohydztwa niewiadomego pochodzenia.

Świetliki – Tygrysia piosenka

Co się stanie, jeżeli jednak mimo utrudnień, ludzie będą próbowali zdobyć nielegalnie narkotyk? Cóż…, ich sprawa…, wtedy pozostaje mieć takich delikwentów w dupie. Skoro uważają się za tak dorosłych i wiedzących co robią, życie to zweryfikuje. Smutne to, ale nie przeprowadza się na drugą stronę ruchliwej ulicy staruszki, która stawia opór, bo widocznie chce pozostać po tej stronie. Ciekawostka jest taka, iż osoby uzależnione często obwiniają terapeutów uzależnień o „robienie z nich narkomanów”, podczas gdy właśnie ta grupa zawodowa ma to kim są najgłębiej w dupie. Zainteresowanie terapeuty pojawia się dopiero w momencie, gdy osoba z problemem uznaje go i zgłasza chęć odbycia terapii. Szkoda czasu specjalisty na kogoś, kto wysiłek wkłada w zdobycie narkotyku, zamiast w trzeźwienie. Z podobnego powodu ustawodawcy ignorują determinację uzależnionych w dotarciu do środków psychoaktywnych: to nie dla nich pisane jest prawo prewencyjne, dla nich jedyna skuteczna pomoc, to trzeźwienie, najlepiej pod okiem terapeuty. Zatem ani maksymalizacja zysków ze sprzedaży narkotyków, ani leczenie narkomanów, ani tym bardziej ustawianie ich po kątach nie są celem profilaktyki uzależnień.

Autor felietonu żyje w kraju, gdzie paczka papierosów kosztuje prawie 20 euro, podobnie jak butelka przeciętnej whiskey z tych tańszych. Nie wpływa to jednak ani na jego budżet domowy, ani na poziom życia. Podobnie jak cena cukru. I nic się nie zmieni, gdy ceny te wzrosną choćby pięciokrotnie. Czemuż to, ach czemuż?!

Idź do oryginalnego materiału